To tylko propozycja, ale ciekawi mnie bardzo z jaką opinią się spotka ;)
Przeczytajcie prolog!
0
Jolly Roger
Obudziła się.
W pokoju należącym do niej i jej dwóch młodszych braci
zrobiło się chłodno. A wręcz zimno. Choć w sumie nie było to nic dziwnego. Zima
dopiero powoli ustępowała wiośnie i może jej tata zapomniał rozpalić piec na
noc. Roztarła zmarznięte dłonie i wyszła powoli spod ciężkiej kołdry. Wsunęła lekko
zziębnięte stopy w kapcie i, szurając podeszwami cicho po podłodze wyłożonej
starymi sosnowymi deskami, podeszła do okna. Otworzyła je na oścież bez wahania.
Obok jej łóżka nadal spała Nana, ich pies i opiekunka. Pogrążona była w tak
głębokim śnie, że poczynania dziewczynki nawet nie wzbudziły jej
zainteresowania. Jej pochrapywanie słychać było w całym pokoju, a może i nawet
na całym piętrze domu. Nie było wiatru, a zimowe powietrze lekko szczypało dziewczynkę
w nozdrza przy każdym wdechu. Ale było to przyjemne. Uśmiechnęła się
delikatnie. Lubiła zimę. Niebo nad Londynem było zachmurzone. Z racji tego, że
ich pokuj mieścił się na poddaszu wielkiego i wiekowego domostwa jej rodziców
usytuowanego niemal w samym centrum Londynu, stolicy potężnej monarchii jaką były
Wyspy Brytyjskie, widziała na dachach domów kominy, z których w powietrze
wzbijał się gęsty dym. Usiadła na wyściełanej ławeczce w wykuszu okna i
podciągnęła kolana pod brodę. Objęła ciasno nogi ramionami.
Wbijała wzrok w gęste chmury na niebie, jakby starała się
coś przez nie dostrzec. Nie przynosiło to jedna większych skutków.
Londyn pogrążony był w głębokim śnie. Nie słyszała
odgłosów żyjącego miasta, ujadania psów, śpiewu ptaków... Po dachach nie kręcił
się August, jej znajomy kominiarz, który nawet zimą przynosił jej bukiecik
stokrotek kupiony w maleńkiej kwiaciarni za rogiem, ilekroć przychodził na dach
domu jej sąsiadów.
Wszystko wydawało się jej takie spokojne. Takie należące
do niej, a jednocześnie takie obce i obojętne.
Miała już odruchowo odetchnąć głęboko, zamknąć okno i
odejść do łóżka, kiedy oddech zamarł jej w płucach. Przez dachy londyńskich
kamienic, które miała teraz kilka naście cali poniżej linii wzroku, toczył się
cień czegoś wielkich rozmiarów. Czegoś tak dużego jeszcze nigdy w swoim życiu
nie widziała.
Z trwogą i zaciekawieniem uniosła wzrok na niebo,
wychylając się lekko przez okno. Szeroko otwartymi oczyma wpatrywała się w ogromny
trójmasztowy statek przetaczający się po niebie nad jej domem. Mimo mroku,
który spowijał Londyn niczym całun, dostrzegła, że żagle na dwóch masztach są
kremowo-białe, a na jednym - czarne niczym smoła i błyszczące jak aksamit. W
powietrzu roztaczał się zapach soli morskiej, dokładnie ten sam, który czuła za
każdym razem na ubraniach ojca, kiedy ten przytulał ją po powrocie z licznych
zamorskich podróży.
Ale... Pokręciła głową otępiała. Jak to możliwe, że ten
statek dryfował po londyńskim niebie? W powietrzu...
Przecież takie rzeczy dzieją się tylko w bajkach! Chyba
że magia istnieje... Czy to w ogóle mogło być możliwe...?
Kiedy statek lekko zmienił kurs w stronę centrum miasta,
jej oczom ukazała się rufa, a pochyły napis na burcie głosił dumnie "Jolly
Roger".
- Wendy... - usłyszała zaspany głos Michaela.
Odwróciła się szybko w stronę młodszego brata. Michael
pocierał oczy zaspany, a kędziory jego ciemnych, kręconych włosów powykręcane
były w nieładzie we wszystkich kierunkach.
Wendy szybko ponownie spojrzała w noc za otwartym oknem,
nie chcąc stracić latającego okrętu z oczu, ale było już za późno. Jolly Roger
zniknął wśród chmur, nie zostawiając po sobie nawet najmniejszego śladu.
Dokładnie tak jakby był tylko wytworem jej wyobraźni. Ale to przecież
nieprawda! Widziała go! Na pewno!
Ta noc zmieniła jej życie, bo Wendy uwierzyła w magię.
Nie wiedziała tylko jak wielkiej zmianie ulegnie wszystko, co dotychczas znała
i kochała.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz