środa, 29 lipca 2015

1. 0. Jolly Roger

A co byście powiedzieli na propozycję nowej "nieznanej" historii Piotrusia Pana? Piotrusia, który wcale nie był dobrym chłopcem? A gdyby to Kapitan Hak, choć pozornie czarny charakter, tak naprawdę byłby poszkodowanym bohaterem? Jeśli zawarłabym tutaj też jakąś część współczesnego świata, walki z przeszłością i pragnienia uratowania tak dawno zaginionej rodziny?
To tylko propozycja, ale ciekawi mnie bardzo z jaką opinią się spotka ;)
Przeczytajcie prolog!




0

Jolly Roger




Obudziła się.
            W pokoju należącym do niej i jej dwóch młodszych braci zrobiło się chłodno. A wręcz zimno. Choć w sumie nie było to nic dziwnego. Zima dopiero powoli ustępowała wiośnie i może jej tata zapomniał rozpalić piec na noc. Roztarła zmarznięte dłonie i wyszła powoli spod ciężkiej kołdry. Wsunęła lekko zziębnięte stopy w kapcie i, szurając podeszwami cicho po podłodze wyłożonej starymi sosnowymi deskami, podeszła do okna. Otworzyła je na oścież bez wahania. Obok jej łóżka nadal spała Nana, ich pies i opiekunka. Pogrążona była w tak głębokim śnie, że poczynania dziewczynki nawet nie wzbudziły jej zainteresowania. Jej pochrapywanie słychać było w całym pokoju, a może i nawet na całym piętrze domu. Nie było wiatru, a zimowe powietrze lekko szczypało dziewczynkę w nozdrza przy każdym wdechu. Ale było to przyjemne. Uśmiechnęła się delikatnie. Lubiła zimę. Niebo nad Londynem było zachmurzone. Z racji tego, że ich pokuj mieścił się na poddaszu wielkiego i wiekowego domostwa jej rodziców usytuowanego niemal w samym centrum Londynu, stolicy potężnej monarchii jaką były Wyspy Brytyjskie, widziała na dachach domów kominy, z których w powietrze wzbijał się gęsty dym. Usiadła na wyściełanej ławeczce w wykuszu okna i podciągnęła kolana pod brodę. Objęła ciasno nogi ramionami.
            Wbijała wzrok w gęste chmury na niebie, jakby starała się coś przez nie dostrzec. Nie przynosiło to jedna większych skutków.
            Londyn pogrążony był w głębokim śnie. Nie słyszała odgłosów żyjącego miasta, ujadania psów, śpiewu ptaków... Po dachach nie kręcił się August, jej znajomy kominiarz, który nawet zimą przynosił jej bukiecik stokrotek kupiony w maleńkiej kwiaciarni za rogiem, ilekroć przychodził na dach domu jej sąsiadów.
            Wszystko wydawało się jej takie spokojne. Takie należące do niej, a jednocześnie takie obce i obojętne.
            Miała już odruchowo odetchnąć głęboko, zamknąć okno i odejść do łóżka, kiedy oddech zamarł jej w płucach. Przez dachy londyńskich kamienic, które miała teraz kilka naście cali poniżej linii wzroku, toczył się cień czegoś wielkich rozmiarów. Czegoś tak dużego jeszcze nigdy w swoim życiu nie widziała.
            Z trwogą i zaciekawieniem uniosła wzrok na niebo, wychylając się lekko przez okno. Szeroko otwartymi oczyma wpatrywała się w ogromny trójmasztowy statek przetaczający się po niebie nad jej domem. Mimo mroku, który spowijał Londyn niczym całun, dostrzegła, że żagle na dwóch masztach są kremowo-białe, a na jednym - czarne niczym smoła i błyszczące jak aksamit. W powietrzu roztaczał się zapach soli morskiej, dokładnie ten sam, który czuła za każdym razem na ubraniach ojca, kiedy ten przytulał ją po powrocie z licznych zamorskich podróży.
            Ale... Pokręciła głową otępiała. Jak to możliwe, że ten statek dryfował po londyńskim niebie? W powietrzu...
            Przecież takie rzeczy dzieją się tylko w bajkach! Chyba że magia istnieje... Czy to w ogóle mogło być możliwe...?
            Kiedy statek lekko zmienił kurs w stronę centrum miasta, jej oczom ukazała się rufa, a pochyły napis na burcie głosił dumnie "Jolly Roger".
            - Wendy... - usłyszała zaspany głos Michaela.
            Odwróciła się szybko w stronę młodszego brata. Michael pocierał oczy zaspany, a kędziory jego ciemnych, kręconych włosów powykręcane były w nieładzie we wszystkich kierunkach.
            Wendy szybko ponownie spojrzała w noc za otwartym oknem, nie chcąc stracić latającego okrętu z oczu, ale było już za późno. Jolly Roger zniknął wśród chmur, nie zostawiając po sobie nawet najmniejszego śladu. Dokładnie tak jakby był tylko wytworem jej wyobraźni. Ale to przecież nieprawda! Widziała go! Na pewno!
            Ta noc zmieniła jej życie, bo Wendy uwierzyła w magię. Nie wiedziała tylko jak wielkiej zmianie ulegnie wszystko, co dotychczas znała i kochała.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz