sobota, 18 kwietnia 2015

01. Babie Lato

Zacznę od jednego z moich ulubionych opowiadań.
Miłej lektury! :)






Babie Lato


Listopad.
Rok 2012.
„It was a cold September,
Before the Indian summer,
That's the thing I remember,
Then she gave me her number,
Went from station to station,
On a train 'cross the nation
And the rain of November,
That's the time that we ended,
She was the one - for me,
Well alright.”
~Stereophonics

Seth nucił sobie nowy kawałek, przegrywając go chyba po raz setny. Grał oczywiście na swojej ulubionej gitarze – bursztynowo-brązowym Les Paulu. Siedział na odsłuchu ustawionym po środku sceny tuż przy jej krawędzi. Przyglądał się sporemu obszarowi hali, który tego właśnie wieczora miał być zapełniony po brzegi ludźmi. Nie wzruszało go to zbytnio. Cold Iron byli już grupą znaną w całych Stanach, Kanadzie i północnej części Brazylii, a grali zaledwie od siedmiu lat.
­– Sevi, jak tam solo do „Carte Blanche”? Nie graj tego tak dużo, bo ci się znudzi – zaśmiał się Max, wokalista grupy i postawił obok gitarzysty butelkę zimnego piwa.
– Nie bój się, Wiewiórze – odparł, uśmiechając się półgębkiem. – Jak mi się znudzi, to je dopracuję, żeby było lepsze.
– Wymiatasz, stary – odpowiedział rudzielec i odmaszerował z powrotem za kulisy ubrany już w kostium sceniczny, mianowicie w obcisłe czarne krótkie spodenki, które można było spokojnie nazwać majtkami i kraciastą, bordową koszulę, pasującą do jego czerwonego czerepu.
Sevi pokręcił głową. Gdyby był na jego miejscu, wywaliłby stylistę na zbity ryj. A jeżeli sam by się tak ubierał, wywaliłby siebie.
Chwycił butelkę piwa i wychylił ją niemal do połowy jednym haustem. Życie rockmana miało wiele plusów. Choć powoli ogarniała go nostalgia. Chciał coś zmienić…

***

– Nadal nie mam pojęcia, jak ty to zrobiłaś, że udało ci się namówić mnie na ten koncert… – mruknęła Rosalia, naciągając na siebie sprany t-shirt Black Sabbath.
– Oj, nie marudź, Rose – mruknęła Alice. Stała z założonymi na piersi ramionami przy drzwiach sypialni przyjaciółki, czekając aż ta będzie gotowa do wyjścia. – Będzie super. Przecież lubisz ich muzykę!
Prawda. Lubiła. Nawet bardzo. Swego czasu podrzucała im nawet swoje teksty pod pseudonimem i bywała na większości ich koncertów, kiedy tylko fundusze na to pozwalały. Do czasu. Nadal pluła sobie w brodę za to, co stało się po jednej z tych imprez. Ciężko było jej nawet o tym myśleć, dlatego rzadko wracała wspomnieniami do tego okresu. Co tu dużo mówić? Po prostu raz w życiu się schlała, bo rzucił ją chłopak, którego kochała nad życie i po pijaku przespała się z jednym z członków Cold Iron.
Owszem, od tego zdarzenia minęły niespełna cztery lata, ale i tak nie miała ochoty bywać na ich koncertach, mimo że z dyskografią, teledyskami i trasami koncertowymi była na bieżąco.
­– Naprawdę nie rozumiem twojej niechęci… – No tak, przecież nie powiedziała nic przyjaciółce o tamtym wybryku. Nikomu nie powiedziała, z kim spędziła tamtą noc. Przecież wyśmialiby ją, że pozwoliła mu odejść i że żałuje tego, co się między nimi wydarzyło. Większość dziewczyn, dałaby się zastrzelić z noc z Sevim albo Maksem, lub chociażby z Fredy’m na przykład. – A poza tym mam nadzieję, że uda mi się chociaż nawiązać kontakt wzrokowy z Fredy’m McLeam’em – wyszczerzyła zęby i poruszyła energicznie brwiami w górę i w dół.
Rose parsknęła śmiechem, wciągnęła niezawiązane do końca glany na nogi i wyszła z domu razem z przyjaciółką. Miała postanowienie: Będzie się świetnie bawić i chce po raz pierwszy od czterech lat usłyszeć na żywo swój tekst.

***

– Pieprzysz głupoty, durniu – zawołał Jackson Lee. – Wcale, że nie wychodzę na scenę jako pierwszy na każdym koncercie!
­– Ma rację – przyznał Fredy, a kiedy Jack uśmiechnął się z dumą, dodał: – Na 30 ostatnich koncertach 2 razy pierwszy wszedłeś ty, Max, a raz Sevi.
– I ty Brutusie przeciwko mnie? – mruknął urażony perkusista, a pozostali parsknęli śmiechem. Nawet techniczni, którzy biegali dookoła nich, dopinając wszystkie, nawet te najdrobniejsze niedociągnięcia.
­– Ja proponuję ciągnąć słomki – oznajmił Max i wystawił dłoń zaciśniętą na kilku plastikowych rurkach. ­– Kto wyciągnie najkrótszą wchodzi pierwszy i zaczyna swoją popisówę…
– A przypadkiem najkrótsza słomka nie jest karą? Ten, kto ją wyciągnie: odpada – oznajmił Jack.
– Pewno, perkusista zawsze ma rację – mruknął zrezygnowany organizator losowania. – Nie mamy czasu na dłuższe zabawy. Trzeba zaczynać koncert. Nie słyszycie tłumów?
Wszystkich równo zamurowało. Fakt, słyszeli wyraźnie chór głosów skandujących nazwę zespołu, ale że Max chciał już wychodzić?
– Maksiu, to na pewno ty? Nikt nam cię nie podmienił? ­­– zapytał Drew, przykładając dłoń o długich paluchach do okrytego czarną bandaną czoła kumpla. ­– Nie za dużo wypiłeś? A może coś brałeś? Chuchnij!
– Odwal się, ćwoku! – warknął tamten, strącając rękę kumpla.
– Boże! Stał się cud! – zawołał Sevi, starając się nie parsknąć śmiechem. – Chyba jednak się nawrócę… Maxwell chce wejść na scenę o czasie! Bez standardowego godzinnego spóźnienia! Który dzisiaj jest? Trzeba w kalendarzu zapisać.
– Haha, no bardzo zabawne – warknął naburmuszony obiekt żartów. – I po chuj ja się staram?
– Maxy, skąd te nerwy? – rzucił Jack.
– Bo ja lubię się pośmiać, ale nie z siebie… Ciągnąć te słomki!
– Słomkę chcesz ciągnąć, ta? To może daruj sobie teraz i po koncercie zabunkruj się w jakiejś łazience, co? – Fredy ani myślał o zaprzestaniu strojenia sobie żartów z kumpla.
Tym razem nawet Max parsknął śmiechem.
– Rozważę propozycję, jeśli pójdziesz ze mną, tygrysie – odparł w odwecie. Własnym kosztem, ale nie pozostał mu dłużny.
Ostatecznie na scenę pierwszy miał wejść Drew ze swoim ukochanym czarnym basem. Mniejsza o to, że nie mieli zwyczaju zaczynania solówki tego instrumentu bez podkładu innego.

***

Bas na scenie jako pierwszy? Też można. Widocznie chcieli dać chłopakowi się popisać. Przywitał się zaczepnie z publicznością, słowami: Damy czadu, ludzie!, po czym zaczął grać swoje solo – zapewne wymyślone na poczekaniu. W rytm dźwięków wydawanych przez instrument machał głową, nadając gwałtowne ruchy pofalowanemu sianu w kolorze karmelowy blond, które miał głowie.
Rose nachyliła się do Alice i krzyknęła jej do ucha to, co obie wiedziały doskonale:
– Kocham jego palce!
– Ja też! – odparła ta druga.
Chłopak miał bowiem niesamowicie długie palce, które tym bardziej świetnie wyglądały od dołu, kiedy łapał akordy na gryfie basu. A miały na to zjawisko wyjątkowo dobry widok. Stały pięć metrów od sceny w odległości i dwa w wysokości. A tym bardziej, że wcale nie był niski, bo jego wzrost mierzył spokojnie dwa metry, choć być może i więcej.
W końcu solo Drew przemieniło się w mocne rockowe brzmienie piosenki, której Rosalia wcześniej nie słyszała. Bynajmniej tak jej się wydawało do momentu, kiedy zaczął się refren…
– Ale ja nie chcę w to uwierzyć, że ja też tak muszę żyć ­– śpiewał Max. ­– Nie chcę poddać się by przeżyć; kapitulacja nie może wolnością być…
Po chwili do wokalu głównego dołączyły się chórki pozostałych muzyków:
– Nie chcę być więźniem siebie; nie chcę wciąż się życia bać. Nie chcę stracić wiary w Ciebie – jesteś nadzieją przyszłych lat…
To był jej tekst. Ostatni, który im wysłała.
Ali spojrzała na przyjaciółkę, a ta uchwyciła zdziwiony wzrok.
– Myślałam, że tekst im się nie spodobał i nie zrobią tej piosenki…
– Jak widać, jednak spodobał. Mają duży zapas twojej twórczości – zaśmiała się. – Tak myślałam, że przeginasz z wysyłaniem. A mówiłam już, że jesteś zajebista? Tak? To powiem jeszcze raz: W. Y. M. I. A. T. A. S. Z!
– Dzięki… – mruknęła i zwróciła wzrok na scenę. Tym razem po krótkiej przemowie Maksa zagrali stary kawałek „Niby Lepszy”. Trochę paradoks, bo tekst był…

„Dlaczego wszystko musisz spieprzyć?
Do szału doprowadza mnie sposób w jaki stajesz się niby lepszy
Nie chcesz nic, chodzisz zły, przestań pić, z życia drwić…”

Ta, przestań pić… Którzy członkowie „porządnego” zespołu rockowego nie piją? A zwłaszcza przed koncertami?!
­– Boże drogi, uwielbiam, jak on skacze po tej scenie… – przemyślenia Rose zostały przerwane natychmiastowo.
Dziewczyna mimowolnie spojrzała na gitarzystę rytmicznego zespołu – Fredy’ego McLeam’a, obiekt marzeń sennych Alice.
McLeam właśnie był w trakcie kręcenia się dookoła własnej osi z gitarą z prędkością powalającą. Czarne, długie do ramion, mocno wycieniowane włosy chłopaka uniosły się niemal do poziomu, a kiedy zatrzymał się, opadły gwałtownie. Nie na długo, bo za chwilę zaczął biegać po scenie. Podobnie z resztą jak Max. Dziewczynom pozostawało tylko modlić się, żeby nie wrócił na brzeg sceny zbyt szybko. W przeciwieństwie do Drew nie chciały mieć rzutu z dołu na niego, bo w tych obcisłych gaciach, wyraźnie odznaczało mu się przyrodzenie za bardzo wsunięte do prawej nogawki, co znaczyło, że spodenki pełniły rolę majtek. W ciągu przerwy pomiędzy tą i następną piosenką zniknął, ale nie na długo. Po krótkiej chwili wrócił tym razem ubrany w samą czarną marynarkę i równie obcisłe spodenki, co wcześniej, lecz teraz czerwone z czarnymi lamówkami. Jeszcze lepiej.
– Ma świetnego stylistę – zaszydziła Rose, przysunąwszy się do Ali.
– Ba! Biega też wcale nie wolno!
Prawda. Kondycję miał niezłą. Równocześnie śpiewał i biegał po scenie tak szybko, że jego długie, rude włosy unosiły się niemal do kąta prostego.
– Skacze po tej scenie jak małpa po pustym sklepie… – skwitowała Alice i parsknęły śmiechem. Kilkoro ludzi obok nich również. Zapewniały niezłe atrakcje swoimi komentarzami. To było pewne. – Patrz! – odezwała się i wskazała palcem na sprzęt zespołu. – Żeby mi wzmacniaczy nie podpitolili, to se je podpiszę!
Dopiero wtedy Rosalia zdała sobie sprawę, że na dwóch dużych ustawionych jeden ja drugim głośnikach jest podpis: na pierwszym „DR”, a na drugim „EW”.
Obie parsknęły niepohamowanym śmiechem. Nie trwało to jednak długo, bo Ali wyrwała przyjaciółkę z wesołego nastroju krótkim stwierdzeniem.
­– Sevi ci się przygląda, jeśli dobrze widzę jego oczy przez te loczki.
Rose momentalnie zamurowało.
Spojrzała na gitarzystę, który właśnie kończył swoje solo, manewrując umiejętnie zwinnymi palcami po gryfie elektryka. Miał 28 lat, ale jego twarz sprawiała wrażenie młodszej o co najmniej dziesięć. Duże, umiejętnie wyrzeźbione usta, zgrabny nos, śniada cera i te świdrujące brązowe oczy, przyglądające się jej spod setek drobnych sprężynek ułożonych z czarnych loków. Zgrabne nogi, minimalny mięsień piwny na brzuchu, umięśnione ramiona, z czego prawe przyozdobione tatuażem, loki końcówkami zahaczające o barki. Takiego go pamiętała. W ogóle się nie zmienił. I znowu przeszywał ją wzrokiem. Tak samo jak przed czterema laty. Różnica była taka, że tym razem w tych oczach nie dostrzegła aż tyle żaru, co w kiedyś. No i oboje byli trzeźwi. Chyba oboje. Ona na pewno.
Kiedy piosenka się skończyła, Seth – bo tak miał na imię, o czym niewiele osób wiedziało – zniknął ze sceny na dosłownie kilka sekund.
Potem Max coś mówił, ale nie wiedziała, co. Dopiero wesołe solo gitary rytmicznej wyrwało ją z zamyślenia. I słowa. Ufał jej; wierzył, że go nie opuści; długo czekał, aż wróci; nie chciał spać, żeby zobaczyć jej twarz, ale już nie oczekuje na powrót dziewczyny…


***
– Hej, Mary Elle! Zapamiętać ciebie chcę ­– Max jak zwykle darł ryja. – Hej, Mary Elle! Myśl o tobie uspokaja mnie. Chociaż dobrze wiem, wspomnieniem o tobie żyje każdy sen. Jutro jest też nowy dzień – bez ciebie!
Sevi już nie mógł się doczekać końca koncertu. Aż wreszcie ponownie stanie z nią twarzą w twarz. Nie spodziewał się, że dziewczyna rzuci mu się w ramiona, bo ani jedno, ani drugie nie odezwało się do siebie przez ostatnie kilka lat. A on w tym czasie był postacią… cóż, dość nieprzychylnie opisywaną przez brukowce. Określano go mianem „kobieciarza”, „łamacza serc”… Raz nawet bezpodstawnie oskarżono go o gwałt, a kiedy już to odwołano, pismacy stwierdzili, że ożenił się ukradkiem w Vegas z tą samą dziewczyną, którą rzekomo wykorzystał. Ludzie szukają sensacji wszędzie, dlatego też nigdy nie wychodził z domu w rozpuszczonych włosach, a jeśli już, to je prostował, chociaż i tak pozostawały pofalowane. Nie ważne jak, byle nikt go nie rozpoznał.
Ona, do pewnej nocy po którymś z koncertów Cold Iron, kiedy to łazienka personelu baru, w którym grali, stała się dla nich małym rajem, bywała na każdej imprezie z ich udziałem. I bardzo to doceniał.
– Widzisz tę szatynkę z grzywką, co stoi w pierwszym rzędzie? ­– odezwał się Fredy, nagle wyłaniając się obok Setha. Urwał jego myśli wpół. – Tę z włosami do ramion; w okularach.
– Widzę – odparł, nie przerywając solówki, którą dzielił z kumplem od rytmiki. – Co z nią?
– Nic – zaśmiał się, a jego oczy błyszczały. – Umówię się z nią po koncercie.
Sevi błysnął bielą zębów do kumpla.
– Powodzenia… – Puścił do McLeam’a oko. – Ale nie odwal żadnej głupiej akcji.
– Odezwał się ten, co w życiu nie wywołał żadnego skandalu – tamten uśmiechnął się zadziornie, jednakże widząc wzrok kumpla, doda: – Spoko, stary, widzę, że nie chodzi tu i skandal, ale o tę drugą.
– Brawa dla zwycięscy! Otrzymuje pan maksymalną pulę punktów – zawołał, wyginając się w szybszym rytmie swojego popisu i jednocześnie schodząc palcami do najwyższych dźwięków.
Jego kolejne półtorej godziny minęło na sporadycznym odrywaniu od niej wzroku.

***

Dwie godziny koncertu, plus cztery bisy. Ładny wynik, ludzie szaleli. Ona i Ali z resztą też bawiły się świetnie. Ludzie już zaczynali opuszczać halę. One też powoli ruszały z tłumem, kiedy ktoś złapał Rose za rękę. Odwróciła się mimo woli. To był ochroniarz. Łysy facet w sile wieku, uśmiechnięty od ucha do ucha.
– Obie panie są proszone o pozostanie przy scenie – oznajmił, kiedy puścił ramię dziewczyny, zerkając to na jedną, to na drugą. – Mogą panie stanąć za barierką. – Wypowiedziawszy te słowa, mężczyzna otworzył metalową bramkę i przepuścił przyjaciółki.
Obie były mocno zdezorientowane. Z resztą każdy by był. Przez cały czas oczekiwania, który dla nich trwał niemal wieczność, nie odezwały się do siebie. Po prostu się bały. Nie wiedziały, czego mają się spodziewać. Zwłaszcza, że ochroniarz był uzbrojony po zęby i czekał przy nich, dysząc Alice na kark.
W reszcie na scenie pojawiła się postać w koszuli, luźnej beżowej kamizelce, podartych na kolanach jasnych dżinsach i jasnobrązowych kowbojkach. Ciemnowłosy chłopak uśmiechnął się promiennie do przyjaciółek.
– Siem, dziewczyny – przywitał się, zeskakując zgrabnie ze sceny. – Jestem Fredy – przywitał się z każdą po kolei, poznając ich imiona. – Generalnie, to przyszedłem tu, bo… – zająknął się niezgrabnie, ale uroczo, a jego uśmiech zmienił się na lekko niepewny. – Chciałem zaprosić cię na piwo, Alice. Albo na Colę – dodał szybko.
Ali stała jak wryta zszokowana. Na pewno miała wątpliwości, ale ostatecznie się zgodziła. Gitarzysta wyglądał na bardzo ucieszonego.
Rose z resztą też się cieszyła, choć odrobinę bała się o przyjaciółkę.
– Rosalio – zwrócił się niespodziewanie do niej. – Idź z ochroniarzem, co?
Dziewczyna chciała zaprotestować, ale muzyk przerwał jej, mówiąc uzbrojonemu facetowi, żeby zaprowadził ją do jakiejś „szóstki”, po czym odszedł z Alice niewzruszony. Ona zapewne wypytywała go o co chodzi, ale Rose już tego nie usłyszała. Szła tylko pełna obaw za ochroniarzem do wyznaczonego pokoju. Ciemny korytarz oświetlony co parę metrów słabymi żarówkami ciągnął się niemiłosiernie, dopóki nie zatrzymali się przed garderobą numer 6. Nim Rosalia zdążyła się odezwać, ochroniarz zapukał w futrynę i odszedł. Po sekundzie drzwi stanęły otworem, a w nich dostrzegła mężczyznę o włosach koloru ciemnej czekolady i odrobinę jaśniejszych oczach. Odsunął się od wejścia i skinął ręką w stronę środka pomieszczenia.
Miała opory, ale skorzystała z zaproszenia. Drzwi zamknęły się za nią.
Garderoba nie wyglądała jak ją zawsze przedstawiano w filmach. Była przestronna, owszem, pogrążona w półmroku, ale ściany były koloru brzoskwiniowego. Pod nimi stały szafki, mała kanapa, duża toaletka z lustrem obramowanym listwą z żarówkami, obok drzwi dwa wiadra wypchane bukietami kwiatów, na parkiecie leżał puchaty, gruby dywan. Na sofie leżały ubrania, a obok toaletki i szafek stało kilka gitar w pokrowcach lub samych pokrowców.
– Po co tu jestem? – zapytała bez żadnych zbędnych zwrotów grzecznościowych.
– Chciałem się z tobą zobaczyć – usłyszała miękki, głęboki głos za sobą.
– Widziałeś podczas koncertu – mruknęła zrezygnowana, odwracając się do niego przodem. – Po co ci więcej?
– Żeby nadrobić stracone lata. – odparł zwięźle, a ona prychnęła cicho i uśmiechnęła się półgębkiem, kręcąc lekko głową. – Wiem, że może nie zasłużyłem… Nie podobała ci się tamta noc?
Zaśmiała się, niedowierzając własnym uszom.
– Podobała, ale co z tego? – warknęła. – Byłam pijana, zraniona, potrzebowałam bliskości, a przez ostatnie trzy lata próbowałam o tym zapomnieć. I prawie mi się udało.
– Może to banalne, ale co jeśli ja nadal coś do ciebie czuję? – zapytał przygnębiony. Nagle pożałował swojego postępowania i życia, jakie prowadził w ciągu tego czasu od ich wspólnej nocy. Jak nigdy. Zawsze żył zabawą. Seks, dragi i Rock n’ Roll. Miał gdzieś zasady i pieprzył wszystkie ograniczenia.
– Powiem… – zająknęła się nieznacznie, ale on i tak wychwycił to wahanie – że mnie to nie interesuje. Masz na pęczki dziewczyn, które są aktorkami, modelkami i cholera wie, czym jeszcze. Po co ci taka jak ja? – dodała najostrzejszym tonem na jaki tylko było ją stać. Mógł on wręcz ciąć szkło.
Zaniemówił, a Rose skorzystała z okazji, odwróciła się na pięcie i ruszyła ku drzwiom.

***

Nie wiedział, dlaczego, ale mocno zabolały go słowa Rosalii. Mimo to jednak nie odpuścił. Stracił za dużo szans, żeby coś zmienić.
Chwycił ją za ramię i przyciągnął do siebie. Nie zdążyła zrobić swojego ruchu, bo ją pocałował. Delikatnie, żeby mogła go odepchnąć i dać mu w twarz, na co był przygotowany psychicznie odkąd spojrzał w jej ciemnozielone oczy, kiedy stał na scenie, a jego priorytetem powinna być gitara.
Nie odsunęła się. Zacisnęła tylko lekko palce na dolnej krawędzi jego czarnego podkoszulka.
Objął delikatnie dłońmi jej dolną szczękę i pocałował mocniej, językiem lekko rozwierając jej usta. Cały czas uważał, żeby nie przesadzić i pozwolić jej odejść w każdej chwili. Nie zanosiło się jednak na to. Przylgnęła do niego lekko, poddając mu się. Wpili się w swoje usta, jak gdyby byli spragnieni. Choć przecież byli. Spragnieni siebie nawzajem.
Nie spodziewał się tego, ale to ona zrobiła pierwszy, władczy krok, mimo swojej uległej postawy. Szarpnęła jego podkoszulek do góry, zdejmując go z jego ciała. Oderwali swoje wargi od siebie tylko na krótką chwilę. Nastąpiło to jednak ponownie, bo niedługo później czarny t-shirt Black Sabbathu leżał gdzieś na podłodze.
Poderwał Rose na ręce, a ta zaśmiała się nieznacznie. Poczuł ten uśmiech podczas pocałunku. Położył ją na miękkim dywanie, a ona przeczesała palcami jego włosy. Ramiona dziewczyny opadły luźno na podłogę. Sevi chwycił ją za spoczywające na wysokości głowy nadgarstki. Przeniósł pocałunki z jej warg na policzek, dolną linię szczęki, szyję, nasadę gardła, aż w końcu dotarł do dekoltu i zaczął muskać ustami jej biust.
Czuł przez skórę przyspieszone bicie jej serca i płytkie oddechy. Jej ciało w dotyku było takie samo jak pamiętał z przygody, którą oboje przeżyli cztery lata wcześniej. Nie miał pojęcia, że zdoła zapamiętać takie szczegóły jak jej zapach, fakturę skóry, dotyk ciała, jedwabiste proste jak struny brązowe włosy. Iskra pożądania, która rozpaliła pożar wokół nich również była tą samą, co przed laty.
Powiódł palcami po obu rąk po wewnętrznej stronie jej ramion, pod pachami – przy czym drgnęła, po żebrach, talii, aż zatrzymał je na pasku spodni. Nie musiał się długo mocować z zapięciem, dzięki czemu całą swoją uwagę skupił na całowaniu ciała Rose. Nie minęło wiele czasu aż miał pod sobą po raz drugi tę piękną dziewczynę w samej tylko bieliźnie. Na nogach wcześniej miała jeszcze glany, które ściągnęła w kilka sekund. Były rozwiązane.
Schodził coraz niżej. Powiódł dłonią od łydki, przez kolano, do wewnętrznej strony jej uda. Skórę miała tam równie miękką, co na piersiach. Musnął to miejsce ustami, a potem nosem. Odsunął się kilka milimetrów. Rose sapnęła, a jej ciałem wstrząsnął dreszcz. Była podniecona. Nie przypuszczał, że może to tak silnie działać również na niego. Nabrzmiał, napierał na bawełniane bokserki.
Zsunął czarne koronkowe majtki dziewczyny o kilka centymetrów. Dotknął niemal czarnego pasma między jej nogami.
– Seks na szybko jest beznadziejny – stwierdził ochrypłym głosem. Rose spojrzała na niego nieodgadnionym spojrzeniem i drgnęła zaskoczona. Wsunął palec w jej wilgotne wnętrze. Poruszyła się niespokojnie.
Sapnęła, osuwając głowę na podłogę.
Uśmiechnął się, obserwując jej reakcje. Włożył palec głębiej i poruszył nim ostrożnie. Jęknęła głośno.
Miał wyćwiczone dłonie gitarzysty, czemu więc z tego nie skorzystać? Poczuł wilgoć na palcu, przez co nabrzmiał jeszcze bardziej. Chciał posunąć się dalej. Ściągnął jej bieliznę i rzucił gdzieś na podłogę. Dotykał jej powoli, przyglądając się jak jej delikatne dłonie zaciskają się na długim włosiu dywanu. Jej ciało powoli wyginało się w łuk. Powstrzymywała się, żeby nie krzyczeć.
Przemożna ochota badania jej ciała w taki sposób dużo dłużej chciała wziąć górę nad rozsądkiem, ale niestety nie mieli całej nocy.
Uniósł się niemal nad jej twarz, podpierając się wolnym ramieniem na wysokości żeber dziewczyny. Powoli wyjął z niej palce, ale zanim zdążył zrobić kolejny ruch oplotła go nogami w pasie. Szybko zdjął spodnie i bieliznę. Oboje byli gotowi, żeby pójść na całość. Wsunął się w nią powoli. Był twardy i nabrzmiały. Objął ją mocno i poruszał się w jej wnętrzu najpierw powoli, a potem stopniowo coraz szybciej. Wbiła paznokcie w jego plecy. Widocznie tempo i tak było dla niej zbyt wolne. Nie zaprzestając czynności, ponownie wpił się w jej usta. Czuł, że oboje są bliscy szczytu.
Na jego pocałunek również odpowiedziała pieszczotą. Wsunęła palce jednej ręki w jego włosy i przeczesała je powoli, starając się nie szarpnąć go, gdyby pukle zaplątały się na jej dłoni.
Oboje dyszeli nierównomiernie i jęczeli co chwilę. Z czasem coraz częściej i coraz głośniej. W końcu eksplodowali. Po jego ciele rozeszła się wiązka podniecenia. Czuł się jakby włożył palce do gniazdka elektrycznego. Z tą różnicą, że włożył coś innego, gniazdko było cudownym rajem, a prąd – najprzyjemniejszą rzeczą na świecie.

***

Otworzyła oczy. Kilka sekund zajął jej powrót do rzeczywistości. Leżała kompletnie naga na dywanie wtulona w ramiona mężczyzny, z którym już raz uprawiała seks. Ale to nie było to samo. Za pierwszym razem w ich czynach było tylko pożądanie, a tym razem coś jeszcze. Coś silniejszego.
Mogła tak leżeć przy nim przez resztę życia, ale nie była pewna jego uczuć. To był tylko jeden koncert. Niedługo miał ruszyć w dalszą trasę koncertową. I najprawdopodobniej znowu o niej zapomni. Podobnie jak przed kilkoma laty. Ale tym czasem pozostawało jej jedynie przyglądanie się mu.
Oddychał miarowo, spokojnie. Pot znikł już z jego ciała, a pozostał spokojny, delikatny wyraz twarzy. Odgarnęła ciemne pukle z oczu Setha. Długie, czarne rzęsy chłopaka kładły się cieniem na jego policzkach, a usta prosiły, żeby je całować.
Pokręciła głową, starając się otrząsnąć i dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że dywan na którym wciąż leżeli był cholernie szorstki, gryzł w nagą skórę. Wyplątała się ostrożnie z jego objęć i, stąpając na palcach, podeszła do małej sofy. Zdjęła z niej narzutę i przykryła chłopaka. Ubrała się cicho, wzięła torbę i glany w ręce, po czym rozejrzała się po pomieszczeniu. Na blacie toaletki leżał świstek czystego papieru i marker. Namazała coś na nim szybko. Ruszyła w stronę drzwi. Gdy dotknęła opuszkami palców gałki w drzwiach, jej uwagę zwróciła biała róża umieszczona w wiadrze z wodą w towarzystwie samych czerwonych. Wyjęła kwiat, powąchała jego delikatny zapach i położyła go tuż obok liściku. Wychodząc, zerknęła tylko na zegarek ścienny – zbliżała się szósta rano. Musiała wracać prosto do domu. Matka ją przecież zamorduje. Jak mogła zapomnieć o domu i obowiązkach?
Kiedy tylko zamknęła za sobą drzwi, naciągnęła na stopy masywne buty i ruszyła szybkim krokiem w stronę wyjścia, które miała nadzieję, że zapamiętała, idąc z ochroniarzem tuż po koncercie. Wbiegają za róg niemal na kogoś wpadła.
– Wybacz! – zawołała na odchodne. – Świetny koncert! – dodała, kiedy zdała sobie sprawę, że minęła się z Maksem Colde’m. Kątem oka przyuważyła, że miał na sobie kraciastą koszulę o niezidentyfikowanym w tym świetle kolorze, dżinsy i kowbojki. Przyjrzał się jej zdziwiony.
 – Dzięki – zawołał za nią, ale ta właśnie wychodziła przez drzwi zaplecza.
Gdy tylko owiał ją wiatr poranka, a promienie wschodzącego słońca musnęły jej twarz, puściła się truchtem do domu. Chciała być tam jak najszybciej mogła. Przemierzając kolejne przecznice, nie myślała o zmęczeniu, o możliwych kłopotach, o nieprzespanej nocy, ale o tym, że wreszcie była szczęśliwa.
Dobiegła do małego domku, na który zapracowała i kupiła go sobie z drobną pomocą finansową rodziców. Przekręciła klucz w drzwiach i cichutko weszła do środka. Zdjęła buty, zawiesiła torbę na wieszaku i weszła do przestronnego przedpokoju, który pełnił tu funkcję salonu. Na fotelu siedziała szczupła niska kobieta, o krótkich brązowych włosach. Farbowanych rzecz jasna.
– Dobrze, że jesteś – odezwała się matka Rose. – Właśnie miałam wychodzić. Jak było na koncercie?
– Dużo by opowiadać – odparła, starając się zbyć mamę.
– Nieźle zaszalałyście z Alice – uśmiechnęła się pogodnie. Wstała z fotela i weszła do małego ganeczku. – Przyjdę jutro. Już nie masz wolnego. Opiekuj się Mary. – I wyszła. Rose nie pozostało nic innego, jak tylko zamknąć za matką drzwi, obejść cały dom, jak co dziennie i położyć się spać. Chociaż na chwilę.

***

Zgniótł skrawek papieru w palcach i schował go do tylnej kieszeni dżinsów. Kiedy się obudził, jej nie było, a na niego czekały setki pytań od kumpli. Wszystkich z wyjątkiem Fredy’ego, bo ten nie wrócił na noc. Nie widział sensu tłumaczenia się, więc przeczekał do odpowiedniej pory i zwyczajnie wyszedł z hotelu.
Przeciągnął dłonią po kręconych włosach związanych z tyłu głowy w gruby kucyk. Poprawił białą różę włożoną do małej kieszonki w marynarce i ruszył do drzwi domu znajdującego się pod adresem, który Rose zostawiła mu na kartce. Odetchnął głęboko i nacisnął dzwonek. Nie musiał oczekiwać zbyt długo. Nagle drzwi się otworzyły, ale co najdziwniejsze, nikogo w nich nie było. Zamrugał szybko powiekami.
– Dzień dobry – odezwał się cichutki głosik gdzieś z dołu.
Zniżył wzrok. W progu stało dziecko. Dziewczynka o czarnych loczkach ubrana granatową sukienkę i białe rajstopy. Wygląd wskazywał na to, że mogła mieć trzy lub cztery lata. Nie miał pojęcia jak się do niej zwrócić, więc uklęknął na jedno kolano, żeby mieć wzrok na wysokości jej twarzy.
– Mieszka tu Rosalia Kane? – wydusił z siebie po krótkiej chwili.
– Yhym – przytaknęła mała. – Jest w łazience. Proszę wejść. – Dziewczynka odbiegła od drzwi w głąb pokoju. Sevi zamknął za sobą cicho drzwi i ściągnął buty.
Pierwszy raz w życiu widział dziecko w tym wieku, które tak świetnie chodzi i mówi pełnymi, składniowymi zdaniami. Uśmiechnął się, patrząc jak dziewczynka biegnie w kierunku schodów.
Nagle potknęła się niezgrabnie o własne nóżki i upadła na kolana. Na chwilę zamilkła. Seth ruszył w jej stronę, ale zanim zdążył jej dosięgnąć, dziecko rozpłakało się przeraźliwie. Uklęknął przy niej na podłodze i, głaszcząc po główce, starał się ją uspokoić. Niestety nie wychodziło mu to. Po ułamku sekundy usłyszał szybkie kroki na schodach zagłuszone głośnym szlochem dziecka. Jego oczom ukazała się Rose ubrana w czarne spodnie i granatową luźną jedwabną bluzkę z białym kwiatem z przodu. Zobaczyła go i na chwilę zamarła, ale otrzeźwiała i rzuciła się ku małej.
– Mama! – Dziewczynka rzuciła się w ramiona Rosalii, a ta wzięła ją na ręce i przytuliła mocno, kołysząc w ramionach zapłakaną.
– Spokojnie, Mary – mówiła uspakajająco. – Nic się nie stało. Cichutko.
Dziecko się uspakajało, ale w nim narastały nerwy. Nie wiedział nawet z jakiego powodu. Może takiego, że miała dziecko z innym mężczyzną?
Rose spojrzała na niego smutnym wzrokiem. Jakby czekała na wybaczenie.
– Nic nie powiedziałaś – odezwał się, usiłując trzymać głos na wodzy. Był zdenerwowanym, ale mimo wszystko czuł, że będzie w stanie zaopiekować się tym dzieckiem. – Czyją córką jest Mary? Obiecuję, że cokolwiek mi powiesz, nic się nie zmieni. – Otworzyła usta, żeby odpowiedzieć, ale jego ostatnie zdanie ją zamurowało. – Będę kochał was obie…
Nastąpiła chwila ciszy, dopóki dziewczyna nie wydusiła z siebie jednego zdania.
– Mary ma trzy lata.
– Domyślam się, a ty ile masz tak właściwie lat? – zapytał, nie rozumiejąc stwierdzenia Rose.
– Dwadzieścia dwa, ale to nie ma nic do rzeczy. – Pokręciła lekko głową. Seth i Mary przyglądali się jej uważnie. – Nie wiesz, co stało się trzy lata temu z hakiem? – Zaprzeczył powolnym, lekkim ruchem głowy. ­– Mary jest twoją córką.
Wyprostował się, powoli nabierając do płuc powietrza. Cofnął się chwiejnie kilka kroków i usiadł dosłownie tam gdzie stał. Przez dłuższą chwilę patrzył w przestrzeń przed sobą, nie mogąc wydusić słowa.
– Czemu mi nie powiedziałaś? Przecież bym ci pomagał… – odezwał się w końcu, przeniósłszy odrobinę bardziej obecny wzrok na dziewczynę.
– Nie chciałam cię naciągać i robić z siebie ofiary, która żeruje na ojcu jej dziecka – wyjaśniła zwięźle, a były to logiczne argumenty, biorąc pod uwagę jego pozycję i jej położenie.
– Mamo… –  odezwała się Mary. – To jest tatuś? – Kiedy Rose skinęła głową, mała kontynuowała: – Przecież mówiłaś, że nie ma taty.
– Chciałam, żeby nie było… – mruknęła młoda matka z przygnębioną miną.
– Podasz mi małą? – zapytał chłopak ostrożnie.
Rose natychmiast spojrzała na niego zdziwiona. Postawiła małą na podłodze i pchnęła ją lekko w jego kierunku. Dziewczynka podbiegła wesoło do Setha, przyjrzała mu się raz jeszcze i objęła go za szyję, co wprowadziło jo w jeszcze większy szok.
– Mam tatusia – szepnęła mu do ucha wesołym tonem.
Uśmiechnął się z czułością i objął dziecko delikatnie. Wtulił policzek w jej loczki, a po jego policzku spłynęła niewidoczna łza, która zaraz zniknęła we włosach Mary. Wstał, podnosząc ją ze sobą.
– Jak masz na imię, tato? – zapytała mała, odsunąwszy się odrobinę od niego, a jego serce zabiło szybciej. Nigdy nie sądził, że słowo „tato” z ust dziecka jest tak piękne.
– Seth – odparł krótko z łagodnym uśmiechem na twarzy.
– To nieprzyjemne imię – oznajmiła smutno.
– Ale mówią na mnie Sevi ­– uśmiechnął się szerzej do dziecka.
– Tak ładniej… – Zachichotała, po czym niespodziewanie spojrzała mu w oczy z powagą dorosłej osoby. – Zostaniesz z nami?
To pytanie go zdziwiło i ukłuło. Chciał odpowiedzieć, że tak, ale nie mógł.
– Wiesz, skarbie – odezwała się Rose – tata jest muzykiem i gra koncerty w całym kraju.
W oczach małej zaświeciły tysiące iskierek.
– Poważnie?! – pisnęła. – Zabierzesz mnie kiedyś ze sobą?
Seth zaśmiał się.
– Jak tylko mama się zgodzi…
– Mama pojedzie z nami! – zawołała podekscytowana. – Bo przecież kochasz mamę, prawda?
Chłopaka zamurowało. Zerknął na matkę Mary: wpatrywała się w podłogę nieobecnym, smutnym spojrzeniem. Postąpił ku niej kilka kroków, usadził sobie małą na przedramieniu, a wolną ręką uniósł podbródek Rosalii tak, żeby spojrzała mu w oczy.
  Oczywiście, że kocham – odpowiedział dziewczynce, patrząc głęboko w zielone oczy jej mamy. Z jego słowami pojawiły się w nich łzy.
Powiódł ręką po jej ramieniu i chwycił za dłoń. Przyciągnął Rose do siebie i objął, jej twarz wtulając we własną pierś. Pocałował ją w czubek głowy.
– Nadal nie wierzysz, prawda? – szepnął głosem stłumionym przez jej włosy.
Pokręciła nieznacznie głową. Poczuł jej ruch aż w sercu.
W końcu oderwała się od niego i uciekła z jego objęć, żeby zobaczy senny wzrok córki. Dziecko ziewało. Zabrała mu je i ruszyła w górę po schodach, nie zważając na protesty małej.
– Idziemy spać, Mary – oznajmiła tonem nieznoszącym sprzeciwu.
– Nie martw się – odezwał się Seth. – Jak wstaniesz rano, nadal tu będę.
Dziewczynka uśmiechnęła się do chłopaka i opadła w ramiona matki. Sevi ruszył po schodach w ślad za Rosalią. Dziewczyna weszła z dzieckiem do jednego z pokoi i zatrzasnęła za sobą drzwi. On z kolei stanął w futrynie naprzeciwko. Otworzył szerzej uchylone drzwi i zobaczył pokój o jasnozielonych ścianach i białych zasłonach w oknach. Pośrodku pomieszczenia stało duże mahoniowe łóżko małżeńskie przykryte białą lekką, puchową kołdrą. Sterczał tak przez dłuższy czas, aż w końcu drzwi, za którymi wcześniej zniknęły obie, otworzyły się i stanęła w nich sama Rose.
– Myślałam, że zdążę ją zaprowadzić do matki, zanim przyjdziesz – mruknęła, wymijając go w drzwiach sypialni.
– Długo chciałaś ją przede mną ukrywać? – odezwał się cicho.
– Nie wiem – szepnęła. – Nie wiem, co chciałam zrobić.
Odwróciła się od niego plecami. Zapewne nie chciała, aby wdział jej łzy. Usiadła na krawędzi łóżka nadal odwrócona od niego.
– Musiało ci być ciężko przez te cztery lata – szepnął i przycupnął na przeciwnym brzegu materaca. Spojrzał sobie przez ramię, żeby ją widzieć.
– Kiedy się dowiedziałam, że byłam w ciąży, zaczął się horror – sapnęła, zaciągając się powietrzem przez szloch. – Bałam się, chciałam się doprowadzić do poronienia, a nawet popełnić samobójstwo. Byłam pewna, że nie dam sobie rady. Że nie połączę szkoły, pracy i dziecka. A serce krwawiło…
Zmarszczył z troską brwi i usiadł na środku łóżka. Chwycił ją w talii i pociągnął ku sobie. Leżeli oboje w miękkiej, białej pościeli przytuleni. Z jej oczu nadal wypływały kolejne strumienie łez, ale już nie szlochała.
– Nie płacz już, kochanie – szepnął, ocierając jej oczy. – Już wszystko będzie dobrze. Obiecuję… – Spojrzała mu w oczy powoli. – I, że cię nie opuszczę, aż do śmierci – dodał i pocałował ją. Najpierw delikatnie, potem coraz mocniej. Poznawał jej usta. Badał smak.
– Kocham cię – szepnęła cichutko. Już wierzyła, że to, co mówił było szczere. Uwierzyła w jego uczucia.
– Ja ciebie też kocham. – Pocałował ją w czoło.
Leżeli tak obok siebie, wpatrując się nawzajem w swoje oczy z delikatnym uśmiechem na ustach.
– Tatusiu… – Usłyszeli nagle głos Mary. Seth usiadł na łóżku i spojrzał w stronę korytarza. W drzwiach stała dziewczynka, sennie pocierając oko jedną rączką, a drugim ramieniem ściskając pluszowego misia. Miała na sobie błękitną koszulę nocną do kolan. – Mogę się z wami położyć?
– Pewnie – odparł i pomógł jej wdrapać się na materac.
Nadal ciężko mu było odnaleźć się w roli ojca. Potrzebował czasu.
Mary przeczołgała się niezdarnie po łóżku i, tuląc misia, położył się między nim a Rose. Opadł z powrotem na posłanie. Odnalazł na sobie czuły wzrok dziewczyny i obdarzył ją równie delikatnym uśmiechem. Następnie spojrzał na swoją córkę już drzemiącą. Na białej kołdrze wyglądała jak mały aniołek. Przysunął się do niej o objął ramieniem je obie. Jeszcze dzień wcześniej nie miał nic, a teraz wszystko: kobietę, którą kochał, i śliczną córeczkę.
Dostał od losu drugą szansę i zamierzał ją dobrze wykorzystać.



Do następnego razu!
W.E.B.
Melanie Carter

Witam!

Cóż, zawsze musi być ten pierwszy post.
I oto on.

Dlaczego tworzę tego bloga?
Nigdy nie byłam zwolenniczką internetowej twórczości. Wolałam dotknąć papieru, poczuć wypukłość druku pod palcami, powąchać kartki i farbę drukarską. Nie zmieniłam zdania w temacie papierowych książek, ale jeśli człowiek chce podzielić się z innymi swoimi myślami i historiami, które tworzy w głowie jego wyobraźnia, szuka każdego sposobu. Jednym z nich jest właśnie Internet i powszechny dostęp do każdych jego zakamarków. Wierzę, że znajdą się ludzie, którzy zawędrują w tę część sieci i trafią na mnie.

Co tutaj znajdziecie?
Chyba ciężko mi skategoryzować to, co robię. Piszę o różnych rzeczach i ludziach, a tematyką zakrawam często o melodramaty, romanse, kryminały i szeroko pojętą fantastykę, ale łączę je z gustem.
Na tym blogu będą pojawiać się krótkie opowiadania, połączone ze sobą w mniejszym lub większym stopniu. Nie przemyślałam jeszcze, gdzie znajdzie się ich akcja, więc przedstawię wam pierwszy plan.

Co z innymi projektami?
Piszę całkiem sporo... Mam wiele pomysłów, ale nie wiem, czy się spodobam. Stąd też pomysł na bloga. Poza wyżej wspomnianymi opowiadaniami mam projekt kryminału "Faceci w czerni, bieli i sandałach", fantastyki zakrawającej o coś więcej "Demony Tańczą" ("Demony Hasajo" :D ) i powieść w charakterze melodramatu "Uczennica w sztuce zaprzeczania".

Mam ambicje na zostanie malarką, ale o tym nie będę już się rozwodzić.



Mam nadzieję, że się wam spodobam.

Do następnego razu!