Miłej lektury! :)
Babie Lato
Listopad.
Rok
2012.
„It was a cold
September,
Before the Indian summer,
That's the thing I remember,
Then she gave me her number,
Went from station to station,
On a train 'cross the nation
And the rain of November,
That's the time that we ended,
She was the one - for me,
Well alright.”
Before the Indian summer,
That's the thing I remember,
Then she gave me her number,
Went from station to station,
On a train 'cross the nation
And the rain of November,
That's the time that we ended,
She was the one - for me,
Well alright.”
~Stereophonics
Seth nucił sobie nowy kawałek,
przegrywając go chyba po raz setny. Grał oczywiście na swojej ulubionej gitarze
– bursztynowo-brązowym Les Paulu. Siedział na odsłuchu ustawionym po środku sceny
tuż przy jej krawędzi. Przyglądał się sporemu obszarowi hali, który tego
właśnie wieczora miał być zapełniony po brzegi ludźmi. Nie wzruszało go to
zbytnio. Cold Iron byli już grupą znaną w całych Stanach, Kanadzie i północnej
części Brazylii, a grali zaledwie od siedmiu lat.
– Sevi, jak tam solo do „Carte Blanche”? Nie graj tego tak
dużo, bo ci się znudzi – zaśmiał się Max, wokalista grupy i postawił obok
gitarzysty butelkę zimnego piwa.
– Nie bój się, Wiewiórze – odparł,
uśmiechając się półgębkiem. – Jak mi się znudzi, to je dopracuję, żeby było
lepsze.
– Wymiatasz, stary – odpowiedział
rudzielec i odmaszerował z powrotem za kulisy ubrany już w kostium sceniczny,
mianowicie w obcisłe czarne krótkie spodenki, które można było spokojnie nazwać
majtkami i kraciastą, bordową koszulę, pasującą do jego czerwonego czerepu.
Sevi pokręcił głową. Gdyby był na jego
miejscu, wywaliłby stylistę na zbity ryj. A jeżeli sam by się tak ubierał,
wywaliłby siebie.
Chwycił butelkę piwa i wychylił ją
niemal do połowy jednym haustem. Życie rockmana miało wiele plusów. Choć powoli
ogarniała go nostalgia. Chciał coś zmienić…
***
– Nadal nie mam pojęcia, jak ty to
zrobiłaś, że udało ci się namówić mnie na ten koncert… – mruknęła Rosalia,
naciągając na siebie sprany t-shirt Black Sabbath.
– Oj, nie marudź, Rose – mruknęła Alice.
Stała z założonymi na piersi ramionami przy drzwiach sypialni przyjaciółki,
czekając aż ta będzie gotowa do wyjścia. – Będzie super. Przecież lubisz ich
muzykę!
Prawda. Lubiła. Nawet bardzo. Swego
czasu podrzucała im nawet swoje teksty pod pseudonimem i bywała na większości
ich koncertów, kiedy tylko fundusze na to pozwalały. Do czasu. Nadal pluła
sobie w brodę za to, co stało się po jednej z tych imprez. Ciężko było jej
nawet o tym myśleć, dlatego rzadko wracała wspomnieniami do tego okresu. Co tu
dużo mówić? Po prostu raz w życiu się schlała, bo rzucił ją chłopak, którego
kochała nad życie i po pijaku przespała się z jednym z członków Cold Iron.
Owszem, od tego zdarzenia minęły niespełna
cztery lata, ale i tak nie miała ochoty bywać na ich koncertach, mimo że z
dyskografią, teledyskami i trasami koncertowymi była na bieżąco.
– Naprawdę nie rozumiem twojej
niechęci… – No tak, przecież nie powiedziała nic przyjaciółce o tamtym wybryku.
Nikomu nie powiedziała, z kim spędziła tamtą noc. Przecież wyśmialiby ją, że
pozwoliła mu odejść i że żałuje tego, co się między nimi wydarzyło. Większość
dziewczyn, dałaby się zastrzelić z noc z Sevim albo Maksem, lub chociażby z
Fredy’m na przykład. – A poza tym mam nadzieję, że uda mi się chociaż nawiązać
kontakt wzrokowy z Fredy’m McLeam’em – wyszczerzyła zęby i poruszyła
energicznie brwiami w górę i w dół.
Rose parsknęła śmiechem, wciągnęła
niezawiązane do końca glany na nogi i wyszła z domu razem z przyjaciółką. Miała
postanowienie: Będzie się świetnie bawić i chce po raz pierwszy od czterech lat
usłyszeć na żywo swój tekst.
***
– Pieprzysz głupoty, durniu – zawołał
Jackson Lee. – Wcale, że nie wychodzę na scenę jako pierwszy na każdym
koncercie!
– Ma rację – przyznał Fredy, a kiedy
Jack uśmiechnął się z dumą, dodał: – Na 30 ostatnich koncertach 2 razy pierwszy
wszedłeś ty, Max, a raz Sevi.
– I ty Brutusie przeciwko mnie? –
mruknął urażony perkusista, a pozostali parsknęli śmiechem. Nawet techniczni,
którzy biegali dookoła nich, dopinając wszystkie, nawet te najdrobniejsze
niedociągnięcia.
– Ja proponuję ciągnąć słomki –
oznajmił Max i wystawił dłoń zaciśniętą na kilku plastikowych rurkach. – Kto
wyciągnie najkrótszą wchodzi pierwszy i zaczyna swoją popisówę…
– A przypadkiem najkrótsza słomka nie
jest karą? Ten, kto ją wyciągnie: odpada – oznajmił Jack.
– Pewno, perkusista zawsze ma rację –
mruknął zrezygnowany organizator losowania. – Nie mamy czasu na dłuższe zabawy.
Trzeba zaczynać koncert. Nie słyszycie tłumów?
Wszystkich równo zamurowało. Fakt,
słyszeli wyraźnie chór głosów skandujących nazwę zespołu, ale że Max chciał już
wychodzić?
– Maksiu, to na pewno ty? Nikt nam cię
nie podmienił? – zapytał Drew, przykładając dłoń o długich paluchach do
okrytego czarną bandaną czoła kumpla. – Nie za dużo wypiłeś? A może coś
brałeś? Chuchnij!
– Odwal się, ćwoku! – warknął tamten,
strącając rękę kumpla.
– Boże! Stał się cud! – zawołał Sevi,
starając się nie parsknąć śmiechem. – Chyba jednak się nawrócę… Maxwell chce
wejść na scenę o czasie! Bez standardowego godzinnego spóźnienia! Który dzisiaj
jest? Trzeba w kalendarzu zapisać.
– Haha, no bardzo zabawne – warknął
naburmuszony obiekt żartów. – I po chuj ja się staram?
– Maxy, skąd te nerwy? – rzucił Jack.
– Bo ja lubię się pośmiać, ale nie z
siebie… Ciągnąć te słomki!
– Słomkę chcesz ciągnąć, ta? To może
daruj sobie teraz i po koncercie zabunkruj się w jakiejś łazience, co? – Fredy
ani myślał o zaprzestaniu strojenia sobie żartów z kumpla.
Tym razem nawet Max parsknął śmiechem.
– Rozważę propozycję, jeśli pójdziesz ze
mną, tygrysie – odparł w odwecie. Własnym kosztem, ale nie pozostał mu dłużny.
Ostatecznie na scenę pierwszy miał wejść
Drew ze swoim ukochanym czarnym basem. Mniejsza o to, że nie mieli zwyczaju
zaczynania solówki tego instrumentu bez podkładu innego.
***
Bas na scenie jako pierwszy? Też można.
Widocznie chcieli dać chłopakowi się popisać. Przywitał się zaczepnie z
publicznością, słowami: Damy czadu, ludzie!, po czym zaczął grać swoje solo –
zapewne wymyślone na poczekaniu. W rytm dźwięków wydawanych przez instrument
machał głową, nadając gwałtowne ruchy pofalowanemu sianu w kolorze karmelowy
blond, które miał głowie.
Rose nachyliła się do Alice i krzyknęła
jej do ucha to, co obie wiedziały doskonale:
– Kocham jego palce!
– Ja też! – odparła ta druga.
Chłopak miał bowiem niesamowicie długie
palce, które tym bardziej świetnie wyglądały od dołu, kiedy łapał akordy na
gryfie basu. A miały na to zjawisko wyjątkowo dobry widok. Stały pięć metrów od
sceny w odległości i dwa w wysokości. A tym bardziej, że wcale nie był niski,
bo jego wzrost mierzył spokojnie dwa metry, choć być może i więcej.
W końcu solo Drew przemieniło się w
mocne rockowe brzmienie piosenki, której Rosalia wcześniej nie słyszała.
Bynajmniej tak jej się wydawało do momentu, kiedy zaczął się refren…
– Ale ja nie chcę w to uwierzyć, że ja
też tak muszę żyć – śpiewał Max. – Nie chcę poddać się by przeżyć;
kapitulacja nie może wolnością być…
Po chwili do wokalu głównego dołączyły
się chórki pozostałych muzyków:
– Nie chcę być więźniem siebie; nie chcę
wciąż się życia bać. Nie chcę stracić wiary w Ciebie – jesteś nadzieją przyszłych
lat…
To był jej tekst. Ostatni, który im
wysłała.
Ali spojrzała na przyjaciółkę, a ta
uchwyciła zdziwiony wzrok.
– Myślałam, że tekst im się nie spodobał
i nie zrobią tej piosenki…
– Jak widać, jednak spodobał. Mają duży
zapas twojej twórczości – zaśmiała się. – Tak myślałam, że przeginasz z
wysyłaniem. A mówiłam już, że jesteś zajebista? Tak? To powiem jeszcze raz: W.
Y. M. I. A. T. A. S. Z!
– Dzięki… – mruknęła i zwróciła wzrok na
scenę. Tym razem po krótkiej przemowie Maksa zagrali stary kawałek „Niby
Lepszy”. Trochę paradoks, bo tekst był…
„Dlaczego wszystko musisz spieprzyć?
Do szału doprowadza mnie sposób w jaki
stajesz się niby lepszy
Nie chcesz nic, chodzisz zły, przestań
pić, z życia drwić…”
Ta, przestań
pić… Którzy członkowie „porządnego” zespołu rockowego nie piją? A zwłaszcza
przed koncertami?!
– Boże drogi, uwielbiam, jak on skacze
po tej scenie… – przemyślenia Rose zostały przerwane natychmiastowo.
Dziewczyna mimowolnie spojrzała na
gitarzystę rytmicznego zespołu – Fredy’ego McLeam’a, obiekt marzeń sennych
Alice.
McLeam właśnie był w trakcie kręcenia
się dookoła własnej osi z gitarą z prędkością powalającą. Czarne, długie do
ramion, mocno wycieniowane włosy chłopaka uniosły się niemal do poziomu, a
kiedy zatrzymał się, opadły gwałtownie. Nie na długo, bo za chwilę zaczął
biegać po scenie. Podobnie z resztą jak Max. Dziewczynom pozostawało tylko
modlić się, żeby nie wrócił na brzeg sceny zbyt szybko. W przeciwieństwie do
Drew nie chciały mieć rzutu z dołu na niego, bo w tych obcisłych gaciach,
wyraźnie odznaczało mu się przyrodzenie za bardzo wsunięte do prawej nogawki,
co znaczyło, że spodenki pełniły rolę majtek. W ciągu przerwy pomiędzy tą i
następną piosenką zniknął, ale nie na długo. Po krótkiej chwili wrócił tym
razem ubrany w samą czarną marynarkę i równie obcisłe spodenki, co wcześniej,
lecz teraz czerwone z czarnymi lamówkami. Jeszcze lepiej.
– Ma świetnego stylistę – zaszydziła
Rose, przysunąwszy się do Ali.
– Ba! Biega też wcale nie wolno!
Prawda. Kondycję miał niezłą. Równocześnie
śpiewał i biegał po scenie tak szybko, że jego długie, rude włosy unosiły się
niemal do kąta prostego.
– Skacze po tej scenie jak małpa po
pustym sklepie… – skwitowała Alice i parsknęły śmiechem. Kilkoro ludzi obok
nich również. Zapewniały niezłe atrakcje swoimi komentarzami. To było pewne. –
Patrz! – odezwała się i wskazała palcem na sprzęt zespołu. – Żeby mi
wzmacniaczy nie podpitolili, to se je podpiszę!
Dopiero wtedy Rosalia zdała sobie
sprawę, że na dwóch dużych ustawionych jeden ja drugim głośnikach jest podpis:
na pierwszym „DR”, a na drugim „EW”.
Obie parsknęły niepohamowanym śmiechem.
Nie trwało to jednak długo, bo Ali wyrwała przyjaciółkę z wesołego nastroju
krótkim stwierdzeniem.
– Sevi ci się przygląda, jeśli dobrze
widzę jego oczy przez te loczki.
Rose momentalnie zamurowało.
Spojrzała na gitarzystę, który właśnie
kończył swoje solo, manewrując umiejętnie zwinnymi palcami po gryfie elektryka.
Miał 28 lat, ale jego twarz sprawiała wrażenie młodszej o co najmniej dziesięć.
Duże, umiejętnie wyrzeźbione usta, zgrabny nos, śniada cera i te świdrujące
brązowe oczy, przyglądające się jej spod setek drobnych sprężynek ułożonych z
czarnych loków. Zgrabne nogi, minimalny mięsień piwny na brzuchu, umięśnione
ramiona, z czego prawe przyozdobione tatuażem, loki końcówkami zahaczające o
barki. Takiego go pamiętała. W ogóle się nie zmienił. I znowu przeszywał ją wzrokiem.
Tak samo jak przed czterema laty. Różnica była taka, że tym razem w tych oczach
nie dostrzegła aż tyle żaru, co w kiedyś. No i oboje byli trzeźwi. Chyba oboje.
Ona na pewno.
Kiedy piosenka się skończyła, Seth – bo
tak miał na imię, o czym niewiele osób wiedziało – zniknął ze sceny na
dosłownie kilka sekund.
Potem Max coś mówił, ale nie wiedziała,
co. Dopiero wesołe solo gitary rytmicznej wyrwało ją z zamyślenia. I słowa.
Ufał jej; wierzył, że go nie opuści; długo czekał, aż wróci; nie chciał spać,
żeby zobaczyć jej twarz, ale już nie oczekuje na powrót dziewczyny…
***
– Hej, Mary Elle! Zapamiętać ciebie chcę
– Max jak zwykle darł ryja. – Hej, Mary Elle! Myśl o tobie uspokaja mnie.
Chociaż dobrze wiem, wspomnieniem o tobie żyje każdy sen. Jutro jest też nowy
dzień – bez ciebie!
Sevi już nie mógł się doczekać końca
koncertu. Aż wreszcie ponownie stanie z nią twarzą w twarz. Nie spodziewał się,
że dziewczyna rzuci mu się w ramiona, bo ani jedno, ani drugie nie odezwało się
do siebie przez ostatnie kilka lat. A on w tym czasie był postacią… cóż, dość
nieprzychylnie opisywaną przez brukowce. Określano go mianem „kobieciarza”,
„łamacza serc”… Raz nawet bezpodstawnie oskarżono go o gwałt, a kiedy już to
odwołano, pismacy stwierdzili, że ożenił się ukradkiem w Vegas z tą samą
dziewczyną, którą rzekomo wykorzystał. Ludzie szukają sensacji wszędzie,
dlatego też nigdy nie wychodził z domu w rozpuszczonych włosach, a jeśli już,
to je prostował, chociaż i tak pozostawały pofalowane. Nie ważne jak, byle nikt
go nie rozpoznał.
Ona, do pewnej nocy po którymś z
koncertów Cold Iron, kiedy to łazienka personelu baru, w którym grali, stała
się dla nich małym rajem, bywała na każdej imprezie z ich udziałem. I bardzo to
doceniał.
– Widzisz tę szatynkę z grzywką, co stoi
w pierwszym rzędzie? – odezwał się Fredy, nagle wyłaniając się obok Setha.
Urwał jego myśli wpół. – Tę z włosami do ramion; w okularach.
– Widzę – odparł, nie przerywając
solówki, którą dzielił z kumplem od rytmiki. – Co z nią?
– Nic – zaśmiał się, a jego oczy
błyszczały. – Umówię się z nią po koncercie.
Sevi błysnął bielą zębów do kumpla.
– Powodzenia… – Puścił do McLeam’a oko.
– Ale nie odwal żadnej głupiej akcji.
– Odezwał się ten, co w życiu nie
wywołał żadnego skandalu – tamten uśmiechnął się zadziornie, jednakże widząc
wzrok kumpla, doda: – Spoko, stary, widzę, że nie chodzi tu i skandal, ale o tę
drugą.
– Brawa dla zwycięscy! Otrzymuje pan maksymalną
pulę punktów – zawołał, wyginając się w szybszym rytmie swojego popisu i
jednocześnie schodząc palcami do najwyższych dźwięków.
Jego kolejne półtorej godziny minęło na
sporadycznym odrywaniu od niej wzroku.
***
Dwie godziny koncertu, plus cztery bisy.
Ładny wynik, ludzie szaleli. Ona i Ali z resztą też bawiły się świetnie. Ludzie
już zaczynali opuszczać halę. One też powoli ruszały z tłumem, kiedy ktoś
złapał Rose za rękę. Odwróciła się mimo woli. To był ochroniarz. Łysy facet w
sile wieku, uśmiechnięty od ucha do ucha.
– Obie panie są proszone o pozostanie
przy scenie – oznajmił, kiedy puścił ramię dziewczyny, zerkając to na jedną, to
na drugą. – Mogą panie stanąć za barierką. – Wypowiedziawszy te słowa,
mężczyzna otworzył metalową bramkę i przepuścił przyjaciółki.
Obie były mocno zdezorientowane. Z
resztą każdy by był. Przez cały czas oczekiwania, który dla nich trwał niemal
wieczność, nie odezwały się do siebie. Po prostu się bały. Nie wiedziały, czego
mają się spodziewać. Zwłaszcza, że ochroniarz był uzbrojony po zęby i czekał
przy nich, dysząc Alice na kark.
W reszcie na scenie pojawiła się postać
w koszuli, luźnej beżowej kamizelce, podartych na kolanach jasnych dżinsach i
jasnobrązowych kowbojkach. Ciemnowłosy chłopak uśmiechnął się promiennie do przyjaciółek.
– Siem, dziewczyny – przywitał się,
zeskakując zgrabnie ze sceny. – Jestem Fredy – przywitał się z każdą po kolei,
poznając ich imiona. – Generalnie, to przyszedłem tu, bo… – zająknął się
niezgrabnie, ale uroczo, a jego uśmiech zmienił się na lekko niepewny. –
Chciałem zaprosić cię na piwo, Alice. Albo na Colę – dodał szybko.
Ali stała jak wryta zszokowana. Na pewno
miała wątpliwości, ale ostatecznie się zgodziła. Gitarzysta wyglądał na bardzo
ucieszonego.
Rose z resztą też się cieszyła, choć
odrobinę bała się o przyjaciółkę.
– Rosalio – zwrócił się niespodziewanie
do niej. – Idź z ochroniarzem, co?
Dziewczyna chciała zaprotestować, ale
muzyk przerwał jej, mówiąc uzbrojonemu facetowi, żeby zaprowadził ją do jakiejś
„szóstki”, po czym odszedł z Alice niewzruszony. Ona zapewne wypytywała go o co
chodzi, ale Rose już tego nie usłyszała. Szła tylko pełna obaw za ochroniarzem
do wyznaczonego pokoju. Ciemny korytarz oświetlony co parę metrów słabymi
żarówkami ciągnął się niemiłosiernie, dopóki nie zatrzymali się przed garderobą
numer 6. Nim Rosalia zdążyła się odezwać, ochroniarz zapukał w futrynę i
odszedł. Po sekundzie drzwi stanęły otworem, a w nich dostrzegła mężczyznę o
włosach koloru ciemnej czekolady i odrobinę jaśniejszych oczach. Odsunął się od
wejścia i skinął ręką w stronę środka pomieszczenia.
Miała opory, ale skorzystała z
zaproszenia. Drzwi zamknęły się za nią.
Garderoba nie wyglądała jak ją zawsze
przedstawiano w filmach. Była przestronna, owszem, pogrążona w półmroku, ale
ściany były koloru brzoskwiniowego. Pod nimi stały szafki, mała kanapa, duża
toaletka z lustrem obramowanym listwą z żarówkami, obok drzwi dwa wiadra
wypchane bukietami kwiatów, na parkiecie leżał puchaty, gruby dywan. Na sofie
leżały ubrania, a obok toaletki i szafek stało kilka gitar w pokrowcach lub
samych pokrowców.
– Po co tu jestem? – zapytała bez
żadnych zbędnych zwrotów grzecznościowych.
– Chciałem się z tobą zobaczyć –
usłyszała miękki, głęboki głos za sobą.
– Widziałeś podczas koncertu – mruknęła
zrezygnowana, odwracając się do niego przodem. – Po co ci więcej?
– Żeby nadrobić stracone lata. – odparł
zwięźle, a ona prychnęła cicho i uśmiechnęła się półgębkiem, kręcąc lekko
głową. – Wiem, że może nie zasłużyłem… Nie podobała ci się tamta noc?
Zaśmiała się, niedowierzając własnym
uszom.
– Podobała, ale co z tego? – warknęła. –
Byłam pijana, zraniona, potrzebowałam bliskości, a przez ostatnie trzy lata
próbowałam o tym zapomnieć. I prawie mi się udało.
– Może to banalne, ale co jeśli ja nadal
coś do ciebie czuję? – zapytał przygnębiony. Nagle pożałował swojego
postępowania i życia, jakie prowadził w ciągu tego czasu od ich wspólnej nocy.
Jak nigdy. Zawsze żył zabawą. Seks, dragi i Rock n’ Roll. Miał gdzieś zasady i
pieprzył wszystkie ograniczenia.
– Powiem… – zająknęła się nieznacznie,
ale on i tak wychwycił to wahanie – że mnie to nie interesuje. Masz na pęczki
dziewczyn, które są aktorkami, modelkami i cholera wie, czym jeszcze. Po co ci taka
jak ja? – dodała najostrzejszym tonem na jaki tylko było ją stać. Mógł on wręcz
ciąć szkło.
Zaniemówił, a Rose skorzystała z okazji,
odwróciła się na pięcie i ruszyła ku drzwiom.
***
Nie wiedział, dlaczego, ale mocno
zabolały go słowa Rosalii. Mimo to jednak nie odpuścił. Stracił za dużo szans,
żeby coś zmienić.
Chwycił ją za ramię i przyciągnął do
siebie. Nie zdążyła zrobić swojego ruchu, bo ją pocałował. Delikatnie, żeby
mogła go odepchnąć i dać mu w twarz, na co był przygotowany psychicznie odkąd
spojrzał w jej ciemnozielone oczy, kiedy stał na scenie, a jego priorytetem
powinna być gitara.
Nie odsunęła się. Zacisnęła tylko lekko
palce na dolnej krawędzi jego czarnego podkoszulka.
Objął delikatnie dłońmi jej dolną
szczękę i pocałował mocniej, językiem lekko rozwierając jej usta. Cały czas
uważał, żeby nie przesadzić i pozwolić jej odejść w każdej chwili. Nie zanosiło
się jednak na to. Przylgnęła do niego lekko, poddając mu się. Wpili się w swoje
usta, jak gdyby byli spragnieni. Choć przecież byli. Spragnieni siebie
nawzajem.
Nie spodziewał się tego, ale to ona
zrobiła pierwszy, władczy krok, mimo swojej uległej postawy. Szarpnęła jego
podkoszulek do góry, zdejmując go z jego ciała. Oderwali swoje wargi od siebie
tylko na krótką chwilę. Nastąpiło to jednak ponownie, bo niedługo później
czarny t-shirt Black Sabbathu leżał gdzieś na podłodze.
Poderwał Rose na ręce, a ta zaśmiała się
nieznacznie. Poczuł ten uśmiech podczas pocałunku. Położył ją na miękkim
dywanie, a ona przeczesała palcami jego włosy. Ramiona dziewczyny opadły luźno
na podłogę. Sevi chwycił ją za spoczywające na wysokości głowy nadgarstki.
Przeniósł pocałunki z jej warg na policzek, dolną linię szczęki, szyję, nasadę
gardła, aż w końcu dotarł do dekoltu i zaczął muskać ustami jej biust.
Czuł przez skórę przyspieszone bicie jej
serca i płytkie oddechy. Jej ciało w dotyku było takie samo jak pamiętał z
przygody, którą oboje przeżyli cztery lata wcześniej. Nie miał pojęcia, że
zdoła zapamiętać takie szczegóły jak jej zapach, fakturę skóry, dotyk ciała,
jedwabiste proste jak struny brązowe włosy. Iskra pożądania, która rozpaliła
pożar wokół nich również była tą samą, co przed laty.
Powiódł palcami po obu rąk po
wewnętrznej stronie jej ramion, pod pachami – przy czym drgnęła, po żebrach,
talii, aż zatrzymał je na pasku spodni. Nie musiał się długo mocować z
zapięciem, dzięki czemu całą swoją uwagę skupił na całowaniu ciała Rose. Nie
minęło wiele czasu aż miał pod sobą po raz drugi tę piękną dziewczynę w samej
tylko bieliźnie. Na nogach wcześniej miała jeszcze glany, które ściągnęła w
kilka sekund. Były rozwiązane.
Schodził coraz niżej. Powiódł dłonią od
łydki, przez kolano, do wewnętrznej strony jej uda. Skórę miała tam równie
miękką, co na piersiach. Musnął to miejsce ustami, a potem nosem. Odsunął się
kilka milimetrów. Rose sapnęła, a jej ciałem wstrząsnął dreszcz. Była
podniecona. Nie przypuszczał, że może to tak silnie działać również na niego.
Nabrzmiał, napierał na bawełniane bokserki.
Zsunął czarne koronkowe majtki
dziewczyny o kilka centymetrów. Dotknął niemal czarnego pasma między jej
nogami.
– Seks na szybko jest beznadziejny –
stwierdził ochrypłym głosem. Rose spojrzała na niego nieodgadnionym spojrzeniem
i drgnęła zaskoczona. Wsunął palec w jej wilgotne wnętrze. Poruszyła się
niespokojnie.
Sapnęła, osuwając głowę na podłogę.
Uśmiechnął się, obserwując jej reakcje.
Włożył palec głębiej i poruszył nim ostrożnie. Jęknęła głośno.
Miał wyćwiczone dłonie gitarzysty, czemu
więc z tego nie skorzystać? Poczuł wilgoć na palcu, przez co nabrzmiał jeszcze
bardziej. Chciał posunąć się dalej. Ściągnął jej bieliznę i rzucił gdzieś na
podłogę. Dotykał jej powoli, przyglądając się jak jej delikatne dłonie
zaciskają się na długim włosiu dywanu. Jej ciało powoli wyginało się w łuk.
Powstrzymywała się, żeby nie krzyczeć.
Przemożna ochota badania jej ciała w
taki sposób dużo dłużej chciała wziąć górę nad rozsądkiem, ale niestety nie
mieli całej nocy.
Uniósł się niemal nad jej twarz,
podpierając się wolnym ramieniem na wysokości żeber dziewczyny. Powoli wyjął z
niej palce, ale zanim zdążył zrobić kolejny ruch oplotła go nogami w pasie.
Szybko zdjął spodnie i bieliznę. Oboje byli gotowi, żeby pójść na całość.
Wsunął się w nią powoli. Był twardy i nabrzmiały. Objął ją mocno i poruszał się
w jej wnętrzu najpierw powoli, a potem stopniowo coraz szybciej. Wbiła
paznokcie w jego plecy. Widocznie tempo i tak było dla niej zbyt wolne. Nie
zaprzestając czynności, ponownie wpił się w jej usta. Czuł, że oboje są bliscy
szczytu.
Na jego pocałunek również odpowiedziała
pieszczotą. Wsunęła palce jednej ręki w jego włosy i przeczesała je powoli,
starając się nie szarpnąć go, gdyby pukle zaplątały się na jej dłoni.
Oboje dyszeli nierównomiernie i jęczeli
co chwilę. Z czasem coraz częściej i coraz głośniej. W końcu eksplodowali. Po
jego ciele rozeszła się wiązka podniecenia. Czuł się jakby włożył palce do
gniazdka elektrycznego. Z tą różnicą, że włożył coś innego, gniazdko było
cudownym rajem, a prąd – najprzyjemniejszą rzeczą na świecie.
***
Otworzyła oczy. Kilka sekund zajął jej
powrót do rzeczywistości. Leżała kompletnie naga na dywanie wtulona w ramiona
mężczyzny, z którym już raz uprawiała seks. Ale to nie było to samo. Za
pierwszym razem w ich czynach było tylko pożądanie, a tym razem coś jeszcze.
Coś silniejszego.
Mogła tak leżeć przy nim przez resztę
życia, ale nie była pewna jego uczuć. To był tylko jeden koncert. Niedługo miał
ruszyć w dalszą trasę koncertową. I najprawdopodobniej znowu o niej zapomni.
Podobnie jak przed kilkoma laty. Ale tym czasem pozostawało jej jedynie
przyglądanie się mu.
Oddychał miarowo, spokojnie. Pot znikł
już z jego ciała, a pozostał spokojny, delikatny wyraz twarzy. Odgarnęła ciemne
pukle z oczu Setha. Długie, czarne rzęsy chłopaka kładły się cieniem na jego
policzkach, a usta prosiły, żeby je całować.
Pokręciła głową, starając się otrząsnąć
i dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że dywan na którym wciąż leżeli był
cholernie szorstki, gryzł w nagą skórę. Wyplątała się ostrożnie z jego objęć i,
stąpając na palcach, podeszła do małej sofy. Zdjęła z niej narzutę i przykryła
chłopaka. Ubrała się cicho, wzięła torbę i glany w ręce, po czym rozejrzała się
po pomieszczeniu. Na blacie toaletki leżał świstek czystego papieru i marker.
Namazała coś na nim szybko. Ruszyła w stronę drzwi. Gdy dotknęła opuszkami
palców gałki w drzwiach, jej uwagę zwróciła biała róża umieszczona w wiadrze z
wodą w towarzystwie samych czerwonych. Wyjęła kwiat, powąchała jego delikatny
zapach i położyła go tuż obok liściku. Wychodząc, zerknęła tylko na zegarek
ścienny – zbliżała się szósta rano. Musiała wracać prosto do domu. Matka ją
przecież zamorduje. Jak mogła zapomnieć o domu i obowiązkach?
Kiedy tylko zamknęła za sobą drzwi,
naciągnęła na stopy masywne buty i ruszyła szybkim krokiem w stronę wyjścia,
które miała nadzieję, że zapamiętała, idąc z ochroniarzem tuż po koncercie.
Wbiegają za róg niemal na kogoś wpadła.
– Wybacz! – zawołała na odchodne. –
Świetny koncert! – dodała, kiedy zdała sobie sprawę, że minęła się z Maksem
Colde’m. Kątem oka przyuważyła, że miał na sobie kraciastą koszulę o
niezidentyfikowanym w tym świetle kolorze, dżinsy i kowbojki. Przyjrzał się jej
zdziwiony.
–
Dzięki – zawołał za nią, ale ta właśnie wychodziła przez drzwi zaplecza.
Gdy tylko owiał ją wiatr poranka, a
promienie wschodzącego słońca musnęły jej twarz, puściła się truchtem do domu.
Chciała być tam jak najszybciej mogła. Przemierzając kolejne przecznice, nie
myślała o zmęczeniu, o możliwych kłopotach, o nieprzespanej nocy, ale o tym, że
wreszcie była szczęśliwa.
Dobiegła do małego domku, na który
zapracowała i kupiła go sobie z drobną pomocą finansową rodziców. Przekręciła
klucz w drzwiach i cichutko weszła do środka. Zdjęła buty, zawiesiła torbę na
wieszaku i weszła do przestronnego przedpokoju, który pełnił tu funkcję salonu.
Na fotelu siedziała szczupła niska kobieta, o krótkich brązowych włosach.
Farbowanych rzecz jasna.
– Dobrze, że jesteś – odezwała się matka
Rose. – Właśnie miałam wychodzić. Jak było na koncercie?
– Dużo by opowiadać – odparła, starając
się zbyć mamę.
– Nieźle zaszalałyście z Alice –
uśmiechnęła się pogodnie. Wstała z fotela i weszła do małego ganeczku. –
Przyjdę jutro. Już nie masz wolnego. Opiekuj się Mary. – I wyszła. Rose nie
pozostało nic innego, jak tylko zamknąć za matką drzwi, obejść cały dom, jak co
dziennie i położyć się spać. Chociaż na chwilę.
***
Zgniótł skrawek papieru w palcach i
schował go do tylnej kieszeni dżinsów. Kiedy się obudził, jej nie było, a na
niego czekały setki pytań od kumpli. Wszystkich z wyjątkiem Fredy’ego, bo ten
nie wrócił na noc. Nie widział sensu tłumaczenia się, więc przeczekał do
odpowiedniej pory i zwyczajnie wyszedł z hotelu.
Przeciągnął dłonią po kręconych włosach
związanych z tyłu głowy w gruby kucyk. Poprawił białą różę włożoną do małej
kieszonki w marynarce i ruszył do drzwi domu znajdującego się pod adresem,
który Rose zostawiła mu na kartce. Odetchnął głęboko i nacisnął dzwonek. Nie
musiał oczekiwać zbyt długo. Nagle drzwi się otworzyły, ale co najdziwniejsze,
nikogo w nich nie było. Zamrugał szybko powiekami.
– Dzień dobry – odezwał się cichutki
głosik gdzieś z dołu.
Zniżył wzrok. W progu stało dziecko.
Dziewczynka o czarnych loczkach ubrana granatową sukienkę i białe rajstopy.
Wygląd wskazywał na to, że mogła mieć trzy lub cztery lata. Nie miał pojęcia
jak się do niej zwrócić, więc uklęknął na jedno kolano, żeby mieć wzrok na
wysokości jej twarzy.
– Mieszka tu Rosalia Kane? – wydusił z
siebie po krótkiej chwili.
– Yhym – przytaknęła mała. – Jest w
łazience. Proszę wejść. – Dziewczynka odbiegła od drzwi w głąb pokoju. Sevi
zamknął za sobą cicho drzwi i ściągnął buty.
Pierwszy raz w życiu widział dziecko w
tym wieku, które tak świetnie chodzi i mówi pełnymi, składniowymi zdaniami.
Uśmiechnął się, patrząc jak dziewczynka biegnie w kierunku schodów.
Nagle potknęła się niezgrabnie o własne
nóżki i upadła na kolana. Na chwilę zamilkła. Seth ruszył w jej stronę, ale
zanim zdążył jej dosięgnąć, dziecko rozpłakało się przeraźliwie. Uklęknął przy
niej na podłodze i, głaszcząc po główce, starał się ją uspokoić. Niestety nie
wychodziło mu to. Po ułamku sekundy usłyszał szybkie kroki na schodach
zagłuszone głośnym szlochem dziecka. Jego oczom ukazała się Rose ubrana w
czarne spodnie i granatową luźną jedwabną bluzkę z białym kwiatem z przodu.
Zobaczyła go i na chwilę zamarła, ale otrzeźwiała i rzuciła się ku małej.
– Mama! – Dziewczynka rzuciła się w
ramiona Rosalii, a ta wzięła ją na ręce i przytuliła mocno, kołysząc w
ramionach zapłakaną.
– Spokojnie, Mary – mówiła uspakajająco.
– Nic się nie stało. Cichutko.
Dziecko się uspakajało, ale w nim
narastały nerwy. Nie wiedział nawet z jakiego powodu. Może takiego, że miała
dziecko z innym mężczyzną?
Rose spojrzała na niego smutnym
wzrokiem. Jakby czekała na wybaczenie.
– Nic nie powiedziałaś – odezwał się,
usiłując trzymać głos na wodzy. Był zdenerwowanym, ale mimo wszystko czuł, że
będzie w stanie zaopiekować się tym dzieckiem. – Czyją córką jest Mary?
Obiecuję, że cokolwiek mi powiesz, nic się nie zmieni. – Otworzyła usta, żeby
odpowiedzieć, ale jego ostatnie zdanie ją zamurowało. – Będę kochał was obie…
Nastąpiła chwila ciszy, dopóki
dziewczyna nie wydusiła z siebie jednego zdania.
– Mary ma trzy lata.
– Domyślam się, a ty ile masz tak
właściwie lat? – zapytał, nie rozumiejąc stwierdzenia Rose.
– Dwadzieścia dwa, ale to nie ma nic do
rzeczy. – Pokręciła lekko głową. Seth i Mary przyglądali się jej uważnie. – Nie
wiesz, co stało się trzy lata temu z hakiem? – Zaprzeczył powolnym, lekkim
ruchem głowy. – Mary jest twoją córką.
Wyprostował się, powoli nabierając do
płuc powietrza. Cofnął się chwiejnie kilka kroków i usiadł dosłownie tam gdzie
stał. Przez dłuższą chwilę patrzył w przestrzeń przed sobą, nie mogąc wydusić
słowa.
– Czemu mi nie powiedziałaś? Przecież
bym ci pomagał… – odezwał się w końcu, przeniósłszy odrobinę bardziej obecny
wzrok na dziewczynę.
– Nie chciałam cię naciągać i robić z
siebie ofiary, która żeruje na ojcu jej dziecka – wyjaśniła zwięźle, a były to
logiczne argumenty, biorąc pod uwagę jego pozycję i jej położenie.
– Mamo… – odezwała się Mary. – To jest tatuś? – Kiedy
Rose skinęła głową, mała kontynuowała: – Przecież mówiłaś, że nie ma taty.
– Chciałam, żeby nie było… – mruknęła młoda
matka z przygnębioną miną.
– Podasz mi małą? – zapytał chłopak
ostrożnie.
Rose natychmiast spojrzała na niego
zdziwiona. Postawiła małą na podłodze i pchnęła ją lekko w jego kierunku.
Dziewczynka podbiegła wesoło do Setha, przyjrzała mu się raz jeszcze i objęła
go za szyję, co wprowadziło jo w jeszcze większy szok.
– Mam tatusia – szepnęła mu do ucha
wesołym tonem.
Uśmiechnął się z czułością i objął
dziecko delikatnie. Wtulił policzek w jej loczki, a po jego policzku spłynęła
niewidoczna łza, która zaraz zniknęła we włosach Mary. Wstał, podnosząc ją ze
sobą.
– Jak masz na imię, tato? – zapytała
mała, odsunąwszy się odrobinę od niego, a jego serce zabiło szybciej. Nigdy nie
sądził, że słowo „tato” z ust dziecka jest tak piękne.
– Seth – odparł krótko z łagodnym
uśmiechem na twarzy.
– To nieprzyjemne imię – oznajmiła
smutno.
– Ale mówią na mnie Sevi – uśmiechnął
się szerzej do dziecka.
– Tak ładniej… – Zachichotała, po czym
niespodziewanie spojrzała mu w oczy z powagą dorosłej osoby. – Zostaniesz z
nami?
To pytanie go zdziwiło i ukłuło. Chciał
odpowiedzieć, że tak, ale nie mógł.
– Wiesz, skarbie – odezwała się Rose –
tata jest muzykiem i gra koncerty w całym kraju.
W oczach małej zaświeciły tysiące
iskierek.
– Poważnie?! – pisnęła. – Zabierzesz
mnie kiedyś ze sobą?
Seth zaśmiał się.
– Jak tylko mama się zgodzi…
– Mama pojedzie z nami! – zawołała
podekscytowana. – Bo przecież kochasz mamę, prawda?
Chłopaka zamurowało. Zerknął na matkę
Mary: wpatrywała się w podłogę nieobecnym, smutnym spojrzeniem. Postąpił ku
niej kilka kroków, usadził sobie małą na przedramieniu, a wolną ręką uniósł
podbródek Rosalii tak, żeby spojrzała mu w oczy.
–
Oczywiście, że kocham – odpowiedział dziewczynce, patrząc głęboko w
zielone oczy jej mamy. Z jego słowami pojawiły się w nich łzy.
Powiódł ręką po jej ramieniu i chwycił
za dłoń. Przyciągnął Rose do siebie i objął, jej twarz wtulając we własną pierś.
Pocałował ją w czubek głowy.
– Nadal nie wierzysz, prawda? – szepnął
głosem stłumionym przez jej włosy.
Pokręciła nieznacznie głową. Poczuł jej
ruch aż w sercu.
W końcu oderwała się od niego i uciekła
z jego objęć, żeby zobaczy senny wzrok córki. Dziecko ziewało. Zabrała mu je i
ruszyła w górę po schodach, nie zważając na protesty małej.
– Idziemy spać, Mary – oznajmiła tonem
nieznoszącym sprzeciwu.
– Nie martw się – odezwał się Seth. –
Jak wstaniesz rano, nadal tu będę.
Dziewczynka uśmiechnęła się do chłopaka
i opadła w ramiona matki. Sevi ruszył po schodach w ślad za Rosalią. Dziewczyna
weszła z dzieckiem do jednego z pokoi i zatrzasnęła za sobą drzwi. On z kolei
stanął w futrynie naprzeciwko. Otworzył szerzej uchylone drzwi i zobaczył pokój
o jasnozielonych ścianach i białych zasłonach w oknach. Pośrodku pomieszczenia
stało duże mahoniowe łóżko małżeńskie przykryte białą lekką, puchową kołdrą.
Sterczał tak przez dłuższy czas, aż w końcu drzwi, za którymi wcześniej
zniknęły obie, otworzyły się i stanęła w nich sama Rose.
– Myślałam, że zdążę ją zaprowadzić do
matki, zanim przyjdziesz – mruknęła, wymijając go w drzwiach sypialni.
– Długo chciałaś ją przede mną ukrywać?
– odezwał się cicho.
– Nie wiem – szepnęła. – Nie wiem, co
chciałam zrobić.
Odwróciła się od niego plecami. Zapewne
nie chciała, aby wdział jej łzy. Usiadła na krawędzi łóżka nadal odwrócona od
niego.
– Musiało ci być ciężko przez te cztery
lata – szepnął i przycupnął na przeciwnym brzegu materaca. Spojrzał sobie przez
ramię, żeby ją widzieć.
– Kiedy się dowiedziałam, że byłam w
ciąży, zaczął się horror – sapnęła, zaciągając się powietrzem przez szloch. –
Bałam się, chciałam się doprowadzić do poronienia, a nawet popełnić
samobójstwo. Byłam pewna, że nie dam sobie rady. Że nie połączę szkoły, pracy i
dziecka. A serce krwawiło…
Zmarszczył z troską brwi i usiadł na
środku łóżka. Chwycił ją w talii i pociągnął ku sobie. Leżeli oboje w miękkiej,
białej pościeli przytuleni. Z jej oczu nadal wypływały kolejne strumienie łez,
ale już nie szlochała.
– Nie płacz już, kochanie – szepnął,
ocierając jej oczy. – Już wszystko będzie dobrze. Obiecuję… – Spojrzała mu w
oczy powoli. – I, że cię nie opuszczę, aż do śmierci – dodał i pocałował ją.
Najpierw delikatnie, potem coraz mocniej. Poznawał jej usta. Badał smak.
– Kocham cię – szepnęła cichutko. Już
wierzyła, że to, co mówił było szczere. Uwierzyła w jego uczucia.
– Ja ciebie też kocham. – Pocałował ją w
czoło.
Leżeli tak obok siebie, wpatrując się
nawzajem w swoje oczy z delikatnym uśmiechem na ustach.
– Tatusiu… – Usłyszeli nagle głos Mary.
Seth usiadł na łóżku i spojrzał w stronę korytarza. W drzwiach stała
dziewczynka, sennie pocierając oko jedną rączką, a drugim ramieniem ściskając
pluszowego misia. Miała na sobie błękitną koszulę nocną do kolan. – Mogę się z
wami położyć?
– Pewnie – odparł i pomógł jej wdrapać
się na materac.
Nadal ciężko mu było odnaleźć się w roli
ojca. Potrzebował czasu.
Mary przeczołgała się niezdarnie po
łóżku i, tuląc misia, położył się między nim a Rose. Opadł z powrotem na
posłanie. Odnalazł na sobie czuły wzrok dziewczyny i obdarzył ją równie
delikatnym uśmiechem. Następnie spojrzał na swoją córkę już drzemiącą. Na
białej kołdrze wyglądała jak mały aniołek. Przysunął się do niej o objął
ramieniem je obie. Jeszcze dzień wcześniej nie miał nic, a teraz wszystko:
kobietę, którą kochał, i śliczną córeczkę.
Dostał od losu drugą szansę i zamierzał
ją dobrze wykorzystać.
Do następnego razu!
W.E.B.
Melanie Carter
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz