No i zapraszam do czytania! :)
Listopad.
Rok
2012.
„So never mind the darkness
We still can
find a way
Cause nothin’
lasts forever
Even cold
november rain”
~Guns N’
Roses
To wyjście z Fredy’m byłoby spełnieniem
marzeń Alice… Byłoby, gdyby nie tak wielkie, szarpiące nią wątpliwości. W
pierwszej kolejności to, że jej przyjaciółka została prowadzona za kulisy przez
jakiegoś goryla. Nie wiedziała, co mogło jej się stać. Domyślała się, że swój
udział miał w tym Seth Witman, perełka Cold Iron, jeden z najlepszych
gitarzystów w kraju. Przez większość trwania koncertu przyglądał się jej
przyjaciółce. Nie uśmiechał się tak, jak robił to Fredy do niej, ale patrzył na
Rose w pełnym skupieniu. W oczach miał coś dziwnego. Nie potrafiła określić
tego słowami. Najchętniej nie szłaby nigdzie. Głos jej serca mówił jednak, że
Rose nic się nie stanie, jest dorosła, a jej taka okazja nigdy nie przytrafi
się po raz drugi.
Kolejną rzeczą było to, że McLeam jest
gwiazdą czerwonego dywanu. Świetnym gitarzystą rytmicznym. Przystojny, młody,
sławny… Mógł mieć każdą, a chciał pójść ja jakieś tandetne piwo właśnie z nią.
Coś jej tu nie pasowało. Ali, jak sama sądziła, wcale ładna nie była. A
bynajmniej do tego stopnia, żeby podobać się komuś takiemu. Wysoka, chuda, z
małym biustem, okularnica. Nic specjalnego. Czasem chciała trochę odwagi swojej
przyjaciółki. Rosalia potrafiła spojrzeć z uniesioną głową facetowi prosto w
twarz i puścić do niego oko bez żadnych skrupułów. Ali pamiętała jeszcze, jak w
przeciągu pół roku przez jednego durnia zmieniła się nie do poznania. Po tym
jak urodziła swoją małą Mary, nie stała się już kimś innym. Zrobiła się tylko
trochę bardziej zasadnicza niż była wcześniej.
Ona chyba zawsze pozostanie taka, jaką
jest teraz. Zamknięta w sobie, z wieloma skrupułami, problemami… Cholernie
chciała to zmienić. I zmieni właśnie teraz.
Fredy otworzył przed nią dwuskrzydłowe
drzwi hali, w której grali, a ciepły wilgotny wiatr rozwiał jego czarne
wycieniowane włosy i zatrzepotał beżową kamizelką z frędzlami. Jego ciemna
luźna koszula upstrzona kolorowymi, drobnymi kwiatkami opięła się na ładnie
wyrzeźbionych ramionach, uwydatniając szerokie barki.
Puścił ją przodem na zewnątrz. Panowała
noc. Było około drugiej nad ranem. Nocne życie miasta kwitło.
– Może jakiś spacer po mieście? –
zaproponował i uśmiechnął się do niej. Wyglądał na nieco zakłopotanego.
– Bardzo chętnie – odparła szybko.
– Dobra, to może… – Chciał już wskazać
kierunek ich wycieczki, ale zatrzymał się nagle. Poklepał się po kieszeniach
dżinsów – tych przednich i tylnych. – Zaczekasz na mnie chwilkę? – zapytał
przepraszającym tonem. – Zapomniałem dokumentów z garderoby.
– Pewnie – odparła, a on raz jeszcze
przeprosił ją wzrokiem i wbiegł z powrotem do środka budynku.
Usiadła u szczytu kilkustopniowych schodów
i westchnęła. Miała jeszcze więcej cholernego czasu na przemyślenia.
Doprowadzało ją to do szału. Nie przepadała za samotnością, bo zanim poznała
Rose, a z resztą nawet po tym, zostawała sama w towarzystwie psa młodszej
siostry, którym i tak ona musiała się zajmować. Dzięki Bogu odcięła się od
wiecznie kłócących się rodziców i napiętej atmosfery w domu – po prostu
wyjechała na studia najdalej jak tylko mogła. Już od ponad dwóch lat była poza
tematem, a wracała tylko wtedy, gdy już naprawdę musiała. Czyli na święta, albo
czasem w wakacje, ferie, lub dłuższe terminy wolne od zajęć na uczelni, kiedy
nie mogła się wymigać.
Nie chodziło o to, że nie interesował ją
los rodziny czy temu podobne, ale po prostu miała już dosyć tego wszystkiego po
dwudziestu latach męczarni psychicznych.
Jej wzrok mimo woli powędrował ku niebu.
Jego granat i gwiazdy nań rozsypane zaczynała przysłaniać pokrywa popielatych
chmur, z których w każdej chwili mógł lunąć deszcz.
Westchnęła i zerknęła na terczę małego
zegarka kieszonkowego, który wisiał na jej szyi na długim łańcuszku. Nawet nie
zauważyła, kiedy minął ten czas, bo czekała na Fredy’ego już ponad dwadzieścia
minut. Oświetlało ją tylko pomarańczowe światło latarni zawieszonej nad
wejściem, a ciemne obłoki nieustannie się zbliżały. Wstała zdenerwowana i
otworzyła ciężkie drzwi, żeby znaleźć nowego ‘kolegę’ i z dobrej woli
zakomunikować, iż nie ma zamiaru dłużej czekać. Zanim przekroczyła próg hali,
zobaczyła Fredy’ego prowadzącego zawziętą konwersację z jakąś wypacykowaną lalką
w blond loczkach. Jej twarzy nie widział, ale gitarzysta uśmiechał się nieco
zakłopotany, a na twarzy miał rumieniec.
Alice wciągnęła do płuc powietrze i
zatrzymała je na chwilę. A jej skrytym marzeniem przez chwilę było, żeby tym
uśmiechem darzył tylko ją.
Zamknęła cicho drzwi i odwróciła się na
pięcie. Nie miała zamiaru robić sceny. Chciała się tylko szybko ulotnić.
Zeszła ze schodów i ruszyła w dół ulicy.
Byle do swojego mieszkania. Miła kawałek drogi, a deszcz w zasadzie lubiła…
***
Fredy wpadł do garderoby, chwycił swoje
dokumenty leżące na toaletce i ruszył w drogę powrotną. Idąc z powrotem w
kierunku w kierunku głównego wyjścia usłyszał fragment rozmowy dobiegający tuż
zza drzwi Sevi’ego:
– Wiem, że może nie zasłużyłem… Nie
podobała ci się tamta noc?
Dziewczyna, którą zaprowadził do niego
ochroniarz zaśmiała się, jakby niedowierzając własnym uszom.
– Podobała, ale co z tego? – warknęła. –
Byłam pijana, zraniona, potrzebowałam bliskości, a przez ostatnie trzy lata
próbowałam o tym zapomnieć. I prawie mi się udało…
Nie miał zamiaru podsłuchiwać. Nawet nie
zatrzymał się. Przyspieszył tylko, byle jak najszybciej wrócić do Alice. Pod
żadnym pozorem nie chciał, żeby wyrobiła sobie o nim złe zdanie. Była ładna i
intrygująca. Nosiła glany, długą szarą spódnicę i biały t-shirt Rolling
Stonesów. Pofalowane włosy zaokrąglały jej podłużną twarz i podkreślały duże
oczy.
Wpadł w pośpiechu na główną salę i już
skierował się ku dwuskrzydłowym, ciężkim drzwiom, kiedy drogę zastąpiła mu
dziewczyna o blond lokach. Sarah Watson. Dziewczyna Ethana, basisty
współpracującego z zespołem. Studentka dziennikarstwa. Nie ma to jak korzystać
z tego, że jej chłopak jest ma swój udział w tworzeniu ich muzyki, aby być na
koncercie tylko po to, żeby móc przeprowadzić wywiad i napisać artykuł.
Przecież ona nawet nie słuchała takiej muzyki, do cholery. Na koncerty się
wpieprzała i tylko podpierała ściany, lub rusztowania za kulisami.
– Fredy, mogę ci zająć dosłownie dwie
minutki? – zapytała przymilnie głosikiem, który stosunkowo rzadko miał tę
wątpliwą przyjemność słyszeć, po czym podstawiła mu włączony dyktafon pod nos.
Odsunął jej dłoń od siebie i przytaknął.
– Dobra, ale szybko, okej? Nie mam zbyt
wiele czasu – rzucił, spoglądając w stronę drzwi.
Zwrócił wzrok na dziewczynę uśmiechającą
się do niego sztucznie tymi swoimi stanowczo zbyt szerokimi ustami, mrużąc
niebieskie oczy. Odgarnęła z ramienia blond loki, a gitarzysta zauważył ‘cudne’
tipsy prosto od kosmetyczki. Popielate spodnie opinały uda dziewczyny i jej
wąskie biodra. Głęboki dekolt zielonej bluzki tylko utwierdzał w tym, że dużo
bardziej opłacało się patrzeć jej w oczy, a rozpięty żakiet ukrywał wcięcie w
talii, które i tak ciężko było u niej dostrzec.
Fredy wiedział, że myśli o dziennikarce,
bardzo wytykając jej wady, ale po prostu jej nie lubił. Owszem, była nawet
ładna, ale nie w jego trypie. Nie lubił dziewczyn, które mają twarze
porcelanowych lalek. Tak idealne jak na zdjęciu po photoshopie w jakiejś
tandetnej gazecie plotkarskiej. Rzecz jasna tutaj owym programem graficznym był
po prostu makijaż.
– Oczywiście – odpowiedziała do niego,
po czym przysunęła dyktafon do siebie. – Jak to jest po tak długim czasie po
raz kolejny zagrać w miejscu, w którym powstał zespół?
Normalnie. Jak w każdym innym –
pomyślał, ale wiedział, że nie może tak odpowiedzieć. Nigdy nie był przywiązany
do okolic, z których się wywodził.
– To przeżycie pełne wspomnień, bo
właśnie tu; dokładnie w tym miejscu nieco ponad siedem lat temu odbył się nasz
debiutancki koncert. Jeszcze wtedy nazywaliśmy się The Shadow. Generalnie to
cholernie miłe widzieć tę starą i nową publiczność. Zwłaszcza, kiedy są w niej
grupy nastolatków w bluzkach z naszym logo, wiedząc, że rock jako gatunek
muzyczny wcale nie jest popularny w naszych czasach, a coraz więcej gwiazd
tworzy wyłącznie pop. – Nie ma to jak mówić, co uważa się za stosowne. Trochę
wbrew własnym przekonaniom i uczuciom. Trzeba wyćwiczyć sztukę opowiadania
tego, co dana osoba w danym momencie akurat chce usłyszeć.
Sarah uśmiechnęła się usatysfakcjonowana
odpowiedzią Frady’ego. Chciała już zadać następne pytanie, ale chłopak przerwał
jej:
– Moglibyśmy odłożyć ten wywiad na
później? – zapytał szybko. – Trochę mi się spieszy…
– Chodzi o tę dziewczynę, do której
śmiałeś się przez cały koncert? – Niby uśmiechnęła się, mówiąc to, ale głos
miała dziwny. Jakby była… zazdrosna.
Fredy mimowolnie podrapał się po głowie
i uśmiechnął się zakłopotany. Czuł jak krew napływa mu do twarzy, a policzki
robią się ciepłe. Dość łatwo się rumienił, a nie lubił tego. Nie było sensu
kłamać.
Przytaknął.
– Dobra – zaśmiała się. To było miłe, a
w jej przypadku bycie szczerze miłym jest dziwne. – Leć, ale pod jednym
warunkiem.
– Jakim? – dziwił się i zatrzymał wpół
ruchu.
– Rzuć tu autograf – odparła. – Moja
koleżanka z roku prosiła. Nie mogła przyjść na koncert – wyjaśniła i podsunęła
mu plakat promujący koncert i marker.
Szybko nabazgrał szybko swoje nazwisko
na białym skrawku kartki pod grafiką promocyjną i oddał dziennikarce mazak.
– Proszę bardzo – rzucił i ruszył do
drzwi.
– Dzięki! – zawołała za nim, ale on nie
zwracał już na blondynkę uwagi.
Wybiegł z hali i stanął na podświetlonym
z góry miejscu u szczytu schodów. Alice nie czekała już na niego. Za dostrzegł
w oddali dziewczynę w długiej spódnicy sunącą środkiem drogi z jakimś mężczyzną
o głowę wyższym od niej.
– Cholera… – mruknął pod nosem. Chciał
już wrócić na halę i iść do garderoby, ale coś w nim drgnęło. Miał złe
przeczucia. Ruszył bokiem drogi za parą, kryjąc się w cieniu drzew.
***
Alice szła, powoli oddalając się od stadionu.
Westchnęła. No cóż. Są faceci, którzy wolą takie jak tamta blondyneczka… i nic
nie mogła na to poradzić.
– Hej! – Usłyszała głos mężczyzny obok
siebie. Przez chwilę miała nadzieję, że to Fredy, choć głos gitarzysty Cold Iron
jest wyższy od tego. I wiedziała o tym doskonale. Odwróciła się przez prawe
ramię i dostrzegła wysokiego szatyna w czarnych spodniach i t-shircie z
Sabatonu promującego płytę ‘Primo Victoria’. Stanął z nią twarzą w twarz. Był trochę
ponad głowę wyższy.
– Widziałem cię na koncercie – oznajmił
i uśmiechnął się zawadiacko. – Jestem Phil. Chcesz się wybrać na piwo do
Rocky?
– Alice – przedstawiła się i uścisnęła
jego dłoń. – Czemu nie? – Uśmiechnęła się. – Noc jest młoda.
Ruszyli przed siebie, kierując się do
jej ulubionego pubu. Podawali tam najlepsze w mieście frytki z serem, pizzę i
ciemne piwo.
Niebo już całkowicie zostało pochłonięte
przez deszczowe chmury. Miała ogromną nadzieję, że jednak zdążą dotrzeć na
miejsce zanim na dobre się rozpada. Jeszcze pół godziny wcześniej wyczuwalny
był ciepły, duszny wiaterek, ale powiewy zmieniły się w niemal lodowate. Ali
czuła się, jakby wiatr przecinał jej skórę na ramionach, a spódnica dziewczyny
falowała mocno na ostrym wietrze, unosząc się za nią i odrobinę utrudniając jej
chodzenie.
– Tędy – zawołał Phil i pociągnął ją w
uliczkę między kamienicami. Zdążyli już wyjść z osiedla otaczającego halę.
Ogarnął ich cień. Gdyby nie chmury, do
zaułka wpadałyby promienie księżyca. Niestety. Nawet żadne światło latarni
ulicznych nie mogło się przedrzeć przez mrok.
– Na pewno wiesz jak stąd dojść do
Rocky…? – zapytała urwanym zdaniem, bo Phil podszedł do niej i gwałtownie
przypadł ją do muru jednego z budynków dostatecznie daleko drogi, żeby nie było
ich widać.
Chciała mu się wyrwać, ale był zbyt silny.
Nie była w stanie go nawet kopnąć, a miała przecież glany. Phil zaśmiał się
cicho, docisnąwszy szyję dziewczyny swoim przedramieniem do zimnej ściany.
Poddusił ją. Przez sekundę całe życie przemknęło jej przed oczami. Chwile,
których nienawidziła i te do których chciałaby wrócić. W jednej sekundzie
pożałowała wszystkich myśli samobójczych i tej próby, na którą pokusiła się,
kiedy miała zaledwie osiemnaście lat. Przecież była młoda. Nie powinna umierać.
Zwłaszcza w taki sposób, w jaki za chwilę zginie.
Mężczyzna chwycił jej spódnice i jednym
ruchem zdarł ją z dziewczyny. Był stanowczo za silny. Za nic nie dała sobie z
nim rady. Następna była bluzka rozdarta na szwach.
Rzucił ją na mokrą, brudną od śmieci
ziemię.
Alice łapczywie zaczerpnęła powierza i zakasłała,
dotykają obolałej szyi palcami pobielałej dłoni. Pokręciła lekko głową,
przyglądając się błagalnym wzrokiem napastnikowi. Nie widziała go wyraźnie,
ponieważ kiedy ją przewrócił, strącił jej okulary. Dziewczyna odsunęła się
niezgrabnie w głąb zaułka, starają się uciec. Chciała wstać, ale nogi niemal
natychmiast ugięły się pod nią.
– Nie, proszę – szeptała rozpaczliwie
coraz głośniej, patrząc, jak Phil podchodzi do niej z niemal diabolicznym
uśmiechem. Ochrypły krzyk podniósł się w jej gardle, ale tylko na ułamek
sekundy, ponieważ mężczyzna bez żadnych skrupułów kopnął ją w brzuch z taką
siłą, że uderzyła o ścianę za sobą.
Wrzask uwiązł jej w gardle. Przerażona,
starając się złapać choć trochę powietrza, wypluła ślinę, a w ustach poczuła
metaliczny smak – krew.
Phil podszedł do niej powoli, nachylił
się nad nią i uderzył ją w twarz. Głowę dziewczyny odrzuciło do tyłu, aż
uderzyła w mur. Poczuła, jak ciepła, gęsta ciecz spływa jej powoli po karku. Z
jej głowy wypłynęła krew, ale również na policzku poczuła pieczenie i ciepłą
substancję.
Kiedy po raz kolejny przymierzył się do
ataku, zamknęła oczy, czekają na cios, który nie nastąpił. Uchyliła jedno oko,
a po chwili drugie. Wada wzroku pozwoliła jej zobaczyć tylko dwie ciemne
postacie miotające się w cieniu uliczki. Były też wołania i wrzaski, których
nie była w stanie wychwycić. Krew za bardzo szumiała jej w uszach.
***
Chłopak wstał z mokrej ziemi. Spojrzał
na nieprzytomnego przeciwnika i otarł krew wypływającą z kącika jego ust.
Tamten usłyszał, jak się zbliża i szybko zareagował. Mimo wszystko Fredy jednak
był szybszy. I silniejszy. Zostawił mężczyznę leżącego u jego stóp i podbiegł
do przerażonej, poobijanej dziewczyny, siedzącej pod ścianą.
– Alice – odezwał się uspokajającym
głosem, przyklęknąwszy na jednym kolanie tuż przy niej. – Już wszystko dobrze.
Policja i pogotowie już jadą. – Jakby na potwierdzenie jego słów w oddali
rozbrzmiało się wycie syren pojazdów uprzywilejowanych.
Rzucił sobie kamizelkę na kolano i zdjął
koszulę, po czym zarzucił ją na ramiona dziewczyny. Kamizelkę założył z
powrotem.
– Co tu robisz? – zapytała drżącym
głosem.
– Mówiłem ci, głupia, żebyś na mnie
zaczekała – rzucił, uśmiechając się delikatnie z uczuciem w oczach. –
Dziennikarka poprosiła mnie o wywiad, którego udzielenia odmówiłem, chwile po
tym jak odeszłaś.
– Miło… – wydusiła i zaniosła się
krwawym kaszlem. Objął ją ramieniem. Żeby chodź trochę ogrzać zziębnięte ciało
dziewczyny.
Dosłownie kilka krótkich chwil później
pod kamienice zajechały dwa radiowozy i karetka, oświetlając zaułek białymi,
niebieskimi i czerwonymi światłami. Zamieszanie straszne. Mundurowi zgarnęli
leżącego na ziemi chłopaka, który powoli wybudzał się z letargu, a kiedy
postawili go na nogi i ruszyli w stronę samochodu, zaczął się szarpać. Jeden z
policjantów pokazał Fredy’emu odznakę, kiedy pomoc medyczna zaczęła zajmować
się Alice, więc muzyk, żeby jak najszybciej pozbyć się mężczyzny i być przy
dziewczynie, opowiedział, co się stało, jak się zachował, co zobaczył, kiedy
dotarł do miejsca zdarzenia. W końcu przeprosił mężczyznę i podbiegł do
karetki. Pomoc medyczna właśnie przymierzała się do wprowadzenia noszy do
wnętrza karetki. Podbiegł do dziewczyny, ale jeden z facetów w czerwonym
mundurze zastąpił mu drogę.
– Jeśli nie jest pan nikim z rodziny,
nie może pan jechać z nami – oznajmił szorstko. I jak pacjent ma się w takim
towarzystwie czuć dobrze?
Fredy już miał się podać za jej brata,
kiedy Alice odezwała się ochrypłym głosem:
– To mój narzeczony… – kaszlnęła. –
Pozwólcie mu jechać.
Chłopak starał się nie wyglądać na
zdziwionego. Skinął w skupieniu głową.
Mężczyzna zmierzył go wzrokiem i odsunął
się.
McLeam wsiadł do karetki, usiadł na
ławce pod ścianą i położył dłoń na rurce łóżka, na którym leżały nosze. Alice
lekko ścisnęła jego dłoń i puściła oko, po czym skrzywiła się. Z rany na jej
policzku popłynęła cienka stróżka krwi. Chłopak uśmiechnął się delikatnie i
odwzajemnił uścisk. Karetka ruszyła powoli na sygnale, a przez ten zagłuszający
dźwięk i tak dało się usłyszeć uderzające o dach i ściany duże krople deszczu.
Nawet nie zauważył, kiedy zaczęło padać.
***
Obudziła się w łóżku szpitalnym. Białe
ściany otaczały ją zewsząd, a przez otwarte okno wpadały promienie chylącego
się ku zachodowi słońca. Już nie padało. Niebo było niemal bezchmurne, a
powietrze rześkie. Aż chciało się wyjść na zewnątrz. Niestety jej
uniemożliwiały to połamane żebra, wybita z barku lewa ręka i zwichnięta prawa
kostka. Na policzek i głowę z tyłu założono jej szwy. Teraz pozostawało jej
leżeć w szpitalu. Słowami nie dało się opisać jej nienawiści do szpitala, bo
przez astmę i alergię sporo już się należała w życiu w takich miejscach. Sama
już myślała, że jakieś trzy czwarte jej jak dotąd krótkiego życia. Po
zdarzeniach z minionej nocy miała nadzieję, że jednak dożyje starości.
Rozejrzała się dookoła i zdała sobie
sprawę, że jej prawą dłoń nadal ściskają palce Fredy’ego. Chłopak spał z głową
ułożoną na pościeli obok jej ud. Scena iście filmowa. Uśmiechnęła się
delikatnie. Tylko na tyle pozwalał jej szew na policzku. Zmarszczyła lekko
brwi, ale na ten ruch znowu niezbyt pozwalała opaska z bandaża na głowie.
Westchnęła.
Musiała się chyba gwałtowniej poruszyć,
bo Fredy uniósł głowę lekko zaspany. Przetarł oczy wolną dłonią i przeczesał do
góry palcami włosy opadające mu na twarz. Pukle zaraz wróciły do swojego
naturalnego położenia, po bokach czoła chłopaka.
– Dzień dobry, narzeczono. – Uśmiechnął
się delikatnie. – Jak się mamy?
Ali zaśmiała się cicho. Instynktownie i
bez namysłu nazwała go swoim przyszłym mężem. Ale widocznie nie przeszkadzało
mu to. A może nawet podobało…
– Całkiem nieźle, narzeczony – zaśmiała
się słabym głosem. – Żyję, czyli już sukces.
– To była beznadziejna randka – rzucił.
– Może umówisz się ze mną raz jeszcze, co?
Otworzyła szerzej oczy zdziwiona. Nie
widziała go jakoś specjalnie ostro, ponieważ jej okulary znaleziono, ale
podeptane. Wydawało jej się, że na twarzy chłopaka dostrzegła coś w rodzaju
nadziei.
– Pewnie – odparła szybko. – Następnym
razem nie ucieknę.
– Moja wina. Nie powinienem był zostawiać
cię na tak długo bez wyjaśnienia, ale nie chciałem, żeby Sarah cię dorwała i
wypytywała…
– Sarah? – zdziwiła się. – Jesteście ze
sobą po imieniu?
– To dziewczyna Drew, basisty – wyjaśnił
i zająknął się. Na jego twarzy po sekundzie zastanowienia pojawił się zadziorny
uśmiech. – Zazdrosna jesteś?
– Co? – Alice ścięło. Cholera, zbeształa
się w myślach. – Nie!
– Jesteś! – Zaśmiał się, demaskując ją.
– Jesteś zazdrosna!
– Przestań – zawołała dziewczyna
obrażonym tonem.
Nagle Fredy wstał z miejsca i nie puszczając
jej dłoni, nachylił się nad nią i ją pocałował. Delikatnie, miękko. Pocałunek
trwał dosłownie chwilę, a Ali tak boleśnie pożałowała, iż są w szpitalu, że aż
ścisnęło ją w dołku. Nawet nie marzyła, że on, akurat ON pocałuje ją… w dodatku
w takim miejscu, po takich wydarzeniach.
Bóg to dopiero ma wyczucie czasu…
Okazało się, że ma jeszcze lepsze, kiedy
drzwi sali szpitalnej otworzyły się, a do środka wbiegła mała Mary. Za nią w
drzwiach stanęła Rose.
– W coś ty się do cholery wpakowała,
idiotko? – warknęła z drzwi tym swoim apodyktycznym głosem matki karzącej
dziecko. Po czym zauważyła Fredy’ego i to, że nadal trzymał Alice za rękę.
Rose pokiwała głową powoli z uniesioną
jedną brwią, co znaczyło co najmniej tyle, co „Ahaaa…?”
– Ali! – zawołała córka jej
przyjaciółki. – Jak się czujesz?
– Dobrze, mała – odparła, nie mijając
się z prawdą, bo ni mniej, ni więcej czuła się jak w niebie. Co prawda dopiero
od kilkunastu sekund, ale i tak.
– Ładne rzeczy – usłyszeli męski głos.
Ali dopiero teraz zauważyła, że w ciemnym korytarzu za jej przyjaciółką stoi
nie kto inny jak Seth Witman.
Ali zająknęła się. Zaakceptował młodą
kobietę z dzieckiem?! Jakim, kurwa, cudem, za przeproszeniem…? Gwiazda takiego
formatu? W dodatku egocentryk i babiarz, jak opisywały go gazety?
– Cześć, stary. – Fredy wyszczerzył się
w uśmiechu. – Chyba wiecie już, co się stało, nie?
– Oczywiście – odparła Rose, podchodząc.
Przywitała się najpierw z przyjaciółką, a potem z nim – uściskała go, jak to
miała w zwyczaju. Chłopak trochę się zmieszał.
– Wybaczcie, że tak… – odezwała się
Alice. – Ale od kiedy jesteście razem?
– Dobre pytanie – przytaknął Fredy. – I
kim jest ta mała? – ruchem głowy wskazał na Mary, która uważnie się mu
przypatrywała.
– Od jakichś czterech godzin mam
wspaniałą dziewczynę, a od niespełna czterech lat śliczną córkę, o istnieniu
której dowiedziałem się cztery godziny temu – wyjaśnił zwięźle Seth,
oszczędzając słowa.
– Wszystko wyjaśnia – odparł Fredy. –
Tłumaczyć się będziesz później.
– Rose, ty też. Będziesz się gęsto tłumaczyła,
dlaczego nie powiedziałaś mi, kto jest ojcem twojego dziecka.
– Moja matka tego nie wiedziała, więc co
dopiero… – mruknęła niby do siebie.
Wszyscy popatrzyli po sobie w skupieniu.
Nagle drzwi się uchyliły. Do wnętrza
pokoju zajrzała młoda praktykantka o długich spiętych w grubego warkocza brązowych
włosach, dużych szaro-zielonych oczach i delikatnym uśmiechu.
– Prosiłabym, żeby za piętnaście minut
opuścili państwo salę. Zostać będzie mógł tylko narzeczony – oznajmiła
uprzejmie i zamknęła za sobą drzwi.
– Nie mam pytań – rzucił Seth, a Rose
zawtórowała mu przeczącym ruchem głowy.
Alice i Fredy spojrzeli sobie nawzajem w
oczy i zaśmiali się. Kto by pomyślał, że połączy ich zimny listopadowy deszcz.
Do następnego razu!
W.E.B.
Melanie Carter
(Y)
OdpowiedzUsuńDawaj dalej maleńka, czekam ty juz wiesz na co :3