Dzisiaj mam średni humor, zwłaszcza na opowiadanie, które jest następne w kolejce ("Ta Jedyna"). Cóż, chodzi w gruncie rzeczy o to, że go szczerze nienawidzę :) Z tej okazji postanowiłam wstawić historię pewnego chłopaka z innego środowiska, niż to, które już poznaliście. Wkrótce przedstawię wam też kilku innych bohaterów.
Cofnijmy się zatem nieco w przeszłość...
Wrzesień.
Rok
2009.
„Nie pozwól mi,
abym został tu
Nie pozwól mi
znów się odwrócić
Pozwól tylko mi
zabrać swoją duszę
A ja się
wzniosę, podniosę
No bo muszę”
~Cree
Koc okrywał jego ciało. Nie było nic
więcej. Zamknięty pokój. Uchylone okno, przez które wpadały powiewy wiatru. Nie
słychać świerszczy. Tylko odgłosy przejeżdżających co jakiś czas samochodów u
stóp wiekowej kamienicy. Niby ciepło, ale jednak mróz. Przeszywający chłód.
Żaden człowiek nie chce tego czuć. To zbyt straszne. Samotność, choć wiesz, że
dokoła pełno ludzi. Lęk przed nimi. Wszystko czego chcesz, to zamknięcie się w
jednym pomieszczeniu. Izolacja. Brak dostępu do świata zewnętrznego. Chyba, że
w grę wchodziła noc. Noc to piękno. Jedynie w ciągu tej pory doby był w stanie
czuć, że nie jest sam. W pozytywnym sensie. Mimo strachu przed tym, co może
stworzyć w danej chwili jego głowa, potrafił wyjść w środku nocy z domu i
przyglądać się gwiazdom. Akurat tym, które mogły spoglądać na świat setki, a
nawet tysiące lat temu. Teraz ich ułożenie może być zupełnie inne… Może, ale
nie musi. To jak podróż w czasie. Niestety tylko tam, w górze, wysoko. Nie na
Ziemi. Tutaj to nie możliwe. Tutaj jest zniszczenie. Więzy. Brak wolności.
Po głowie krążyło mu wiele myśli.
Niełączących się ze sobą i tych w miarę poukładanych. Nie radził sobie z samym
sobą. Chciał to skończyć, ukrócić. Jak najszybciej. Byle się nie męczyć. Bo
sprawiał trudności nie tylko sobie, ale również rodzinie. Przyjaciołom już nie.
Nie miał ich. Wszyscy się od niego odwrócili. Został sam z własnymi
przemyśleniami i chorobą, która postępowała. Nie mniej jednak było już lepiej
niż w najgorszym momencie, który nastąpił niespełna pół roku wcześniej. Było
znacznie lepiej.
Zginął jego najlepszy przyjaciel, matka
umarła, zaczęły się problemy w szkole, zostawiła go dziewczyna, alkohol,
narkotyki, złe towarzystwo. Wszystko to przyczyniło się do załamania jego stanu
psychicznego. Wielu ludzi swego czasu na nim polegało. Zwierzało mu się z
problemów, był tak zwaną „chusteczką do nosa” dla przyjaciół. On też się przed
nimi otwierał, ale coś silnego go hamowało. Nie chciał pokazywać swojej
słabości. Bo wbrew pozorom był bardzo słaby psychicznie. Nie miał oparcia. Bał
się, że w końcu się złamie, ale to nie następowało. Czuł się na swoim miejscu,
będąc z ludźmi… przy nich. Dzięki temu wiedział, że do czegoś przynależy.
Wszystko było w jak najlepszym porządku.
Dopóki nie okazało się, że nie był wystarczająco pomocny. Jego przyjaciel,
jedyny człowiek, przed którym Maciek potrafił otworzyć się w stu procentach,
popełnił samobójstwo – powiesił się. Jego problemy go przerosły, depresja,
schizofrenia, początki padaczki… Chłopak nie wytrzymał i poszedł na spotkanie z
Bogiem.
Ale to nie wszystko. Mimo załamania,
Maciek poradziłby sobie ze stratą przyjaciela. Problem w tym, że niedługo po
odnalezieniu wisielca u jego matki lekarze wykryli raka trzustki w tak
zaawansowanym stadium, że czas jaki jej został, oszacowano na dwa w porywach do
czterech miesięcy. Kobietę udało się utrzymać przy życiu niecałe pół roku. Z
Maćka powoli zaczynał zostawać ni mniej, ni więcej wrak człowieka.
Osiemnastoletni chłopak o organizmie już wyniszczonym przez nerwy, alkohol i
narkotyki.
Z czasem zaczął się izolować od świata,
więc nawet przyjaciele od dragów i kieliszka odwrócili się od niego. Ojciec
chłopaka próbował niemal wszystkiego u najlepszych psychologów i psychiatrów w
kraju. Nie było większych efektów. Szukał nawet u egzorcystów, ale na szpital
psychiatryczny nigdy się nie zdecydował.
Maciek teraz leżał na zbyt dużym łóżku
pod ogromnym kocem. Za dużo miejsca dla jednego człowieka. W takich sytuacjach
przypominała mu się Marta, dziewczyna, która zostawiła go, kiedy przestał sobie
radzić. Myślał, miał nadzieję, że kto jak kto, ale ona zrozumie i będzie się
starała mu pomóc. Stało się jednak inaczej. Po prostu się od niego odwróciła i
znalazła kogoś innego na jego miejsce. Kogoś bez problemów.
A jeszcze niespełna miesiąc wcześniej
połknął całe pudełko psychotropów i popił połową butelki wódki. Jego lekarz
stwierdził, że Maciek już dawno powinien być martwy. Po wszystkich próbach
samobójczych i tej ostatniej… Jego na tym świecie już nie powinno być. Wszyscy
byli przekonani, że chłopak ma w życiu coś jeszcze do zrobienia.
Tak czy inaczej w tym momencie wiedział
jedno: że nie widzi swojej przyszłości. Jedynym, czego chciał to zabrać swoją
własną duszę z tego, jak uważał, padołu łez.
Chwycił się za zbyt długie, potargane
włosy i warknął sam na siebie. Skulił się w pozycji embrionalnej. Zbyt wiele
myśli krążyło w jego głowie. Tych pozytywnych i negatywnych. Powoli coraz
częściej miewał przebłyski. Miał dosyć samotności i mroku. Chciał wyjść z
pustego pokoju i dalej pomagać ludziom, ale już nie umiał. Chciał, ale nie
potrafił oddać czegoś z siebie innym bezinteresownie. Był zbyt samolubny.
Ktoś zapukał do drzwi jego pokoju.
– Odejdź! – krzyknął zduszonym,
ochrypłym tonem, co odrobinę nim wstrząsnęło. Już od bardzo dawna nie słyszał
barwy swojego głosu. A kiedyś potrafił się nią szczycić w śpiewie. Był jednym z
najlepszych w obrębie miasta. Dziewczyny ze szkoły za nim szalały. Aż zniknął.
– Ktoś do ciebie przyszedł – zawołał
ojciec przez drzwi. W tych słowach dało się wychwycić ból i smutek.
Najprawdopodobniej myślał, że to przez tę osobę jego jedyny syn stał się takim,
jakim jest.
Drzwi pokoju otworzyły się i zaraz
zamknęły. Światło zapaliło, ale było na tyle słabe, że zaledwie pogrążyło
pomieszczenie w półmroku.
– Maciej! Do cholery, koniec tego!
Wstawaj, idziesz ze mną! – Znajomy głos warknął na niego.
Maciek usiadł prosto na materacu,
starając się wysilić pamięć do pracy. Skąd on znał ten głos? Przed nim stał
chłopak z równo obciętą ciemną brodą, rozczochraną, krótką grzywką sterczącą
spod czarnej czapki. W cieniu odznaczał się tylko biały podkoszulek.
– Eryk – wychrypiał. – Co tu robisz?
– Przyszedłem po ciebie. Za długo tu
siedzisz i nie dajesz znaku życia… – odparł, wkładając ręce do kieszeni spodni.
Przyglądał mu się dumnie z góry.
– Wracaj do swojej dziewczyny – rzucił
Maciej, spoglądając w przestrzeń. – Ona ma najwięcej przeciwko mnie…
Nina, dziewczyna, niemal narzeczona Eryka,
wręcz nienawidziła Maćka jeszcze za czasów, kiedy był ‘normalny’, więc co
dopiero, gdy wpadł w nałogi i depresję.
– Teraz mnie jej niechęć do ciebie nie
interesuje. Od roku staram się z tobą skontaktować, a twój ojciec wpuścił mnie
dopiero teraz – oznajmił, ściągając koc z kumpla. Rzucił okrycie na podłogę.
– Co mu powiedziałeś? – Chłopak
bezustannie wpatrywał się w ścianę znudzonym i zmęczonym wzrokiem.
– Że wiem, jak cię z tego wyciągnąć –
swoimi słowami przyciągnął nikłą uwagę tamtego. – I wiem. Wyłaź, coś ci
pokarzę.
***
Szedł przez miasto, którego tak dawno
nie widział. Mijali go lidzie, których nie znał. Każdy miał inny wyraz twarzy.
Coś innego w oczach. Myślał, że gdy opuści dom, wzrok przechodniów zwróci się
ku niemu. A wcale tak nie było. Nikt nie patrzył na niego wilkiem, nikt się nie
oglądał. Był dla wszystkich normalnym człowiekiem. Jak każdy inny.
Dawno już nie czuł ciepłych promieni
słońca, uderzających w plecy przez czarny płaszcz. Były też podmuchy chłodnego
jesiennego wiatru smagające policzki.
Z drzew spadały liście w ciepłych
odcieniach żółcieni i brązów. Świat wydawał się taki kolorowy… Maciek wiedział,
że jest inaczej, a mimo to dał się porwać magii jesieni.
Szedł ramię w ramię z Erykiem. Pamiętał
tę część miasta, choć dawno nie przemierzał jej ulic. Z parku porośniętym
wiekowymi drzewami, które okrywała pokrywa złotych i momentami zielonych liści,
weszli na małe osiedle domków jednorodzinnych. Poszli tamtą, dłuższą drogą,
tylko po to, aby ominąć blokowisko, którego przytłaczający, surowy ogrom mógł
przerazić Maćka. Eryk poprowadził go tamtędy, bo… No właśnie, czemu?
– Po co to robisz? – odezwał się w końcu
chłopak.
– Żeby ci pomóc – odparł krótko Eryk,
nie przerywając kroku. Zerknął na niego z góry. Był o ponad głowę wyższy od
kumpla. – Jesteśmy przyjaciółmi. Przecież nie zostawiłem cię nawet, kiedy
siedziałeś po uszy w narkotykach.
To była prawda. Eryk to jedyna osoba,
która namawiała go do rzucenia tego gówna. Kiedy Maciek zaczął pić i popadać w
depresję, tamten nadal starał się być przy nim. Czyż nie tak postępuje
prawdziwy przyjaciel? Szkoda tylko, że tak późno to zauważył. No i oczywiście
on dla Eryka przyjacielem nie był. Zachowywał się zbyt egoistycznie.
Eryk starał się mu pomagać, nawet pomimo
Niny, swojej dziewczyny, która nie znosiła jego przyjaciela i nie usiłowała
tego ukryć.
– Przestań tak milczeć – zawołał wesoło.
Był pełen życia. Jakby nie mógł się czegoś doczekać. – Chcę ci pokazać, czego
dokonałem przez ostatnie półtorej roku, kiedy nie wyściubiałeś nosa z domu.
Chłopak żartował na temat choroby
przyjaciela, choć doskonale wiedział jaka była prawda. Maciek uśmiechnął się.
To było takie dziwne uczucie… Nie musiał zmuszać się do śmiechu, który był
sztuczny i nie sięgał oczu. Tym razem mógł przyznać, że pierwszy raz od bardzo
dawna jego uśmiech, choć lekki, był w stu procentach szczery.
– To znaczy, co? – dopytywał się.
Zwrócił uwagę, że również po raz pierwszy robił cokolwiek, żeby podtrzymać
rozmowę.
– Zaraz zobaczysz – odparł tajemniczo
tamten. – Już jesteśmy na miejscu.
Wprowadził Maćka do garażu przy jednym z
domków na małej działce.
Pomieszczenie zalało sztuczne światło
jarzeniówki.
Maciek zmrużył oczy. Nie był
przygotowany na tak nagłą zmianę oświetlenia. Nie na długo jednak pozostał o
przymkniętych powiekach. Pod jedną ze ścian stały dwie gitary elektryczne, bas
i statyw z mikrofonem. Po rogach garażu umieszczono kolumny, a na stoliku przy
wejściu stał mikser. Podłoga i sufit zostały wygłuszone dla lepszej akustyki.
Obok bocznych drzwi wisiała oprawiona płytka CD, zapewne demo. Były tam również
plakaty zapraszające na różnego rodzaju koncerty i imprezy.
Najbardziej okazała była jednak duża czarna
perkusja uzbrojona w cztery talerze, hi-hat, werble i inne bębny. Ścianę za
instrumentem niemal w całości zasłaniał plakat z napisem „Apogeum”.
Maciek stał w milczeniu i rozglądał się
z błyskiem w oczach. Jego wzrok nie był już martwy. Właśnie to Eryk osiągnął.
Chłopak pamiętał, jak jeszcze razem śpiewali. Stare, dobre czasy, które minęły…
Ale czy bezpowrotnie?
– Założyłem zespół, były koncerty,
nagraliśmy demo… – tłumaczył Eryk. – teraz przygotowujemy się do nagrania
pierwszej płyty. Chciałem cię prosić o przysługę.
– Jaką przysługę? Do czego ja mogę ci
się przydać?
– Zaśpiewasz ze mną jeden kawałek –
oznajmił wokalista Apogeum, podając kumplowi gitarę elektroakustyczną. Była
piękna. Dobra jakość drewna, jasny brąz, w palcach dało się wyczuć, że struny
są świeżo po wymianie. Akustyk był już podłączony pod wzmacniacz.
Maciek w głębokim szoku przełożył pasek
podtrzymujący instrument przez bark.
– Ja się nie nadaję – starał się
wymigać. – Od lat nie śpiewałem. Nie pamiętam też jak grać…
Ale jego palce, jakby chcąc zaprzeczyć
słowom, ułożyły się na strunach, tworząc akord, którego nazwy nawet nie
pamiętał. Drugą ręką szarpnął za struny, a z podła rezonansowego i wzmacniacza
wydobył się czarujący, czysty dźwięk.
Nagle zdał sobie sprawę, jak bardzo
kochał kiedyś muzykę. Jak wiele dla niego znaczyła.
Po co mi więcej? – pomyślał, grając
dalej jedną ze swoich starych kompozycji.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz