poniedziałek, 4 maja 2015

02. Listopadowy Deszcz

No i zapraszam do czytania! :)


Listopad.
Rok 2012.
 So never mind the darkness
We still can find a way
Cause nothin’ lasts forever
Even cold november rain”
~Guns N’ Roses

To wyjście z Fredy’m byłoby spełnieniem marzeń Alice… Byłoby, gdyby nie tak wielkie, szarpiące nią wątpliwości. W pierwszej kolejności to, że jej przyjaciółka została prowadzona za kulisy przez jakiegoś goryla. Nie wiedziała, co mogło jej się stać. Domyślała się, że swój udział miał w tym Seth Witman, perełka Cold Iron, jeden z najlepszych gitarzystów w kraju. Przez większość trwania koncertu przyglądał się jej przyjaciółce. Nie uśmiechał się tak, jak robił to Fredy do niej, ale patrzył na Rose w pełnym skupieniu. W oczach miał coś dziwnego. Nie potrafiła określić tego słowami. Najchętniej nie szłaby nigdzie. Głos jej serca mówił jednak, że Rose nic się nie stanie, jest dorosła, a jej taka okazja nigdy nie przytrafi się po raz drugi.
Kolejną rzeczą było to, że McLeam jest gwiazdą czerwonego dywanu. Świetnym gitarzystą rytmicznym. Przystojny, młody, sławny… Mógł mieć każdą, a chciał pójść ja jakieś tandetne piwo właśnie z nią. Coś jej tu nie pasowało. Ali, jak sama sądziła, wcale ładna nie była. A bynajmniej do tego stopnia, żeby podobać się komuś takiemu. Wysoka, chuda, z małym biustem, okularnica. Nic specjalnego. Czasem chciała trochę odwagi swojej przyjaciółki. Rosalia potrafiła spojrzeć z uniesioną głową facetowi prosto w twarz i puścić do niego oko bez żadnych skrupułów. Ali pamiętała jeszcze, jak w przeciągu pół roku przez jednego durnia zmieniła się nie do poznania. Po tym jak urodziła swoją małą Mary, nie stała się już kimś innym. Zrobiła się tylko trochę bardziej zasadnicza niż była wcześniej.
Ona chyba zawsze pozostanie taka, jaką jest teraz. Zamknięta w sobie, z wieloma skrupułami, problemami… Cholernie chciała to zmienić. I zmieni właśnie teraz.
Fredy otworzył przed nią dwuskrzydłowe drzwi hali, w której grali, a ciepły wilgotny wiatr rozwiał jego czarne wycieniowane włosy i zatrzepotał beżową kamizelką z frędzlami. Jego ciemna luźna koszula upstrzona kolorowymi, drobnymi kwiatkami opięła się na ładnie wyrzeźbionych ramionach, uwydatniając szerokie barki.
Puścił ją przodem na zewnątrz. Panowała noc. Było około drugiej nad ranem. Nocne życie miasta kwitło.
– Może jakiś spacer po mieście? ­– zaproponował i uśmiechnął się do niej. Wyglądał na nieco zakłopotanego.
– Bardzo chętnie – odparła szybko.
– Dobra, to może… – Chciał już wskazać kierunek ich wycieczki, ale zatrzymał się nagle. Poklepał się po kieszeniach dżinsów – tych przednich i tylnych. ­– Zaczekasz na mnie chwilkę? – zapytał przepraszającym tonem. – Zapomniałem dokumentów z garderoby.
– Pewnie – odparła, a on raz jeszcze przeprosił ją wzrokiem i wbiegł z powrotem do środka budynku.
Usiadła u szczytu kilkustopniowych schodów i westchnęła. Miała jeszcze więcej cholernego czasu na przemyślenia. Doprowadzało ją to do szału. Nie przepadała za samotnością, bo zanim poznała Rose, a z resztą nawet po tym, zostawała sama w towarzystwie psa młodszej siostry, którym i tak ona musiała się zajmować. Dzięki Bogu odcięła się od wiecznie kłócących się rodziców i napiętej atmosfery w domu – po prostu wyjechała na studia najdalej jak tylko mogła. Już od ponad dwóch lat była poza tematem, a wracała tylko wtedy, gdy już naprawdę musiała. Czyli na święta, albo czasem w wakacje, ferie, lub dłuższe terminy wolne od zajęć na uczelni, kiedy nie mogła się wymigać.
Nie chodziło o to, że nie interesował ją los rodziny czy temu podobne, ale po prostu miała już dosyć tego wszystkiego po dwudziestu latach męczarni psychicznych.
Jej wzrok mimo woli powędrował ku niebu. Jego granat i gwiazdy nań rozsypane zaczynała przysłaniać pokrywa popielatych chmur, z których w każdej chwili mógł lunąć deszcz.
Westchnęła i zerknęła na terczę małego zegarka kieszonkowego, który wisiał na jej szyi na długim łańcuszku. Nawet nie zauważyła, kiedy minął ten czas, bo czekała na Fredy’ego już ponad dwadzieścia minut. Oświetlało ją tylko pomarańczowe światło latarni zawieszonej nad wejściem, a ciemne obłoki nieustannie się zbliżały. Wstała zdenerwowana i otworzyła ciężkie drzwi, żeby znaleźć nowego ‘kolegę’ i z dobrej woli zakomunikować, iż nie ma zamiaru dłużej czekać. Zanim przekroczyła próg hali, zobaczyła Fredy’ego prowadzącego zawziętą konwersację z jakąś wypacykowaną lalką w blond loczkach. Jej twarzy nie widział, ale gitarzysta uśmiechał się nieco zakłopotany, a na twarzy miał rumieniec.
Alice wciągnęła do płuc powietrze i zatrzymała je na chwilę. A jej skrytym marzeniem przez chwilę było, żeby tym uśmiechem darzył tylko ją.
Zamknęła cicho drzwi i odwróciła się na pięcie. Nie miała zamiaru robić sceny. Chciała się tylko szybko ulotnić.
Zeszła ze schodów i ruszyła w dół ulicy. Byle do swojego mieszkania. Miła kawałek drogi, a deszcz w zasadzie lubiła…

***

Fredy wpadł do garderoby, chwycił swoje dokumenty leżące na toaletce i ruszył w drogę powrotną. Idąc z powrotem w kierunku w kierunku głównego wyjścia usłyszał fragment rozmowy dobiegający tuż zza drzwi Sevi’ego:
– Wiem, że może nie zasłużyłem… Nie podobała ci się tamta noc?
Dziewczyna, którą zaprowadził do niego ochroniarz zaśmiała się, jakby niedowierzając własnym uszom.
– Podobała, ale co z tego? – warknęła. – Byłam pijana, zraniona, potrzebowałam bliskości, a przez ostatnie trzy lata próbowałam o tym zapomnieć. I prawie mi się udało…
Nie miał zamiaru podsłuchiwać. Nawet nie zatrzymał się. Przyspieszył tylko, byle jak najszybciej wrócić do Alice. Pod żadnym pozorem nie chciał, żeby wyrobiła sobie o nim złe zdanie. Była ładna i intrygująca. Nosiła glany, długą szarą spódnicę i biały t-shirt Rolling Stonesów. Pofalowane włosy zaokrąglały jej podłużną twarz i podkreślały duże oczy.
Wpadł w pośpiechu na główną salę i już skierował się ku dwuskrzydłowym, ciężkim drzwiom, kiedy drogę zastąpiła mu dziewczyna o blond lokach. Sarah Watson. Dziewczyna Ethana, basisty współpracującego z zespołem. Studentka dziennikarstwa. Nie ma to jak korzystać z tego, że jej chłopak jest ma swój udział w tworzeniu ich muzyki, aby być na koncercie tylko po to, żeby móc przeprowadzić wywiad i napisać artykuł. Przecież ona nawet nie słuchała takiej muzyki, do cholery. Na koncerty się wpieprzała i tylko podpierała ściany, lub rusztowania za kulisami.
– Fredy, mogę ci zająć dosłownie dwie minutki? ­– zapytała przymilnie głosikiem, który stosunkowo rzadko miał tę wątpliwą przyjemność słyszeć, po czym podstawiła mu włączony dyktafon pod nos.
Odsunął jej dłoń od siebie i przytaknął.
– Dobra, ale szybko, okej? Nie mam zbyt wiele czasu – rzucił, spoglądając w stronę drzwi.
Zwrócił wzrok na dziewczynę uśmiechającą się do niego sztucznie tymi swoimi stanowczo zbyt szerokimi ustami, mrużąc niebieskie oczy. Odgarnęła z ramienia blond loki, a gitarzysta zauważył ‘cudne’ tipsy prosto od kosmetyczki. Popielate spodnie opinały uda dziewczyny i jej wąskie biodra. Głęboki dekolt zielonej bluzki tylko utwierdzał w tym, że dużo bardziej opłacało się patrzeć jej w oczy, a rozpięty żakiet ukrywał wcięcie w talii, które i tak ciężko było u niej dostrzec.
Fredy wiedział, że myśli o dziennikarce, bardzo wytykając jej wady, ale po prostu jej nie lubił. Owszem, była nawet ładna, ale nie w jego trypie. Nie lubił dziewczyn, które mają twarze porcelanowych lalek. Tak idealne jak na zdjęciu po photoshopie w jakiejś tandetnej gazecie plotkarskiej. Rzecz jasna tutaj owym programem graficznym był po prostu makijaż.
­– Oczywiście – odpowiedziała do niego, po czym przysunęła dyktafon do siebie. ­– Jak to jest po tak długim czasie po raz kolejny zagrać w miejscu, w którym powstał zespół?
­Normalnie. Jak w każdym innym – pomyślał, ale wiedział, że nie może tak odpowiedzieć. Nigdy nie był przywiązany do okolic, z których się wywodził.
– To przeżycie pełne wspomnień, bo właśnie tu; dokładnie w tym miejscu nieco ponad siedem lat temu odbył się nasz debiutancki koncert. Jeszcze wtedy nazywaliśmy się The Shadow. Generalnie to cholernie miłe widzieć tę starą i nową publiczność. Zwłaszcza, kiedy są w niej grupy nastolatków w bluzkach z naszym logo, wiedząc, że rock jako gatunek muzyczny wcale nie jest popularny w naszych czasach, a coraz więcej gwiazd tworzy wyłącznie pop. – Nie ma to jak mówić, co uważa się za stosowne. Trochę wbrew własnym przekonaniom i uczuciom. Trzeba wyćwiczyć sztukę opowiadania tego, co dana osoba w danym momencie akurat chce usłyszeć.
Sarah uśmiechnęła się usatysfakcjonowana odpowiedzią Frady’ego. Chciała już zadać następne pytanie, ale chłopak przerwał jej:
– Moglibyśmy odłożyć ten wywiad na później? ­– zapytał szybko. – Trochę mi się spieszy…
– Chodzi o tę dziewczynę, do której śmiałeś się przez cały koncert? – Niby uśmiechnęła się, mówiąc to, ale głos miała dziwny. Jakby była… zazdrosna.
Fredy mimowolnie podrapał się po głowie i uśmiechnął się zakłopotany. Czuł jak krew napływa mu do twarzy, a policzki robią się ciepłe. Dość łatwo się rumienił, a nie lubił tego. Nie było sensu kłamać.
Przytaknął.
– Dobra ­– zaśmiała się. To było miłe, a w jej przypadku bycie szczerze miłym jest dziwne. – Leć, ale pod jednym warunkiem.
– Jakim? – dziwił się i zatrzymał wpół ruchu.
– Rzuć tu autograf – odparła. – Moja koleżanka z roku prosiła. Nie mogła przyjść na koncert – wyjaśniła i podsunęła mu plakat promujący koncert i marker.
Szybko nabazgrał szybko swoje nazwisko na białym skrawku kartki pod grafiką promocyjną i oddał dziennikarce mazak.
– Proszę bardzo – rzucił i ruszył do drzwi.
– Dzięki! – zawołała za nim, ale on nie zwracał już na blondynkę uwagi.
Wybiegł z hali i stanął na podświetlonym z góry miejscu u szczytu schodów. Alice nie czekała już na niego. Za dostrzegł w oddali dziewczynę w długiej spódnicy sunącą środkiem drogi z jakimś mężczyzną o głowę wyższym od niej.
– Cholera… – mruknął pod nosem. Chciał już wrócić na halę i iść do garderoby, ale coś w nim drgnęło. Miał złe przeczucia. Ruszył bokiem drogi za parą, kryjąc się w cieniu drzew.

***

Alice szła, powoli oddalając się od stadionu. Westchnęła. No cóż. Są faceci, którzy wolą takie jak tamta blondyneczka… i nic nie mogła na to poradzić.
– Hej! – Usłyszała głos mężczyzny obok siebie. Przez chwilę miała nadzieję, że to Fredy, choć głos gitarzysty Cold Iron jest wyższy od tego. I wiedziała o tym doskonale. Odwróciła się przez prawe ramię i dostrzegła wysokiego szatyna w czarnych spodniach i t-shircie z Sabatonu promującego płytę ‘Primo Victoria’. Stanął z nią twarzą w twarz. Był trochę ponad głowę wyższy.
– Widziałem cię na koncercie ­– oznajmił i uśmiechnął się zawadiacko. ­– Jestem Phil. Chcesz się wybrać na piwo do Rocky?
– Alice – przedstawiła się i uścisnęła jego dłoń. – Czemu nie? – Uśmiechnęła się. – Noc jest młoda.
Ruszyli przed siebie, kierując się do jej ulubionego pubu. Podawali tam najlepsze w mieście frytki z serem, pizzę i ciemne piwo.
Niebo już całkowicie zostało pochłonięte przez deszczowe chmury. Miała ogromną nadzieję, że jednak zdążą dotrzeć na miejsce zanim na dobre się rozpada. Jeszcze pół godziny wcześniej wyczuwalny był ciepły, duszny wiaterek, ale powiewy zmieniły się w niemal lodowate. Ali czuła się, jakby wiatr przecinał jej skórę na ramionach, a spódnica dziewczyny falowała mocno na ostrym wietrze, unosząc się za nią i odrobinę utrudniając jej chodzenie.
– Tędy – zawołał Phil i pociągnął ją w uliczkę między kamienicami. Zdążyli już wyjść z osiedla otaczającego halę.
Ogarnął ich cień. Gdyby nie chmury, do zaułka wpadałyby promienie księżyca. Niestety. Nawet żadne światło latarni ulicznych nie mogło się przedrzeć przez mrok.
– Na pewno wiesz jak stąd dojść do Rocky…? – zapytała urwanym zdaniem, bo Phil podszedł do niej i gwałtownie przypadł ją do muru jednego z budynków dostatecznie daleko drogi, żeby nie było ich widać.
Chciała mu się wyrwać, ale był zbyt silny. Nie była w stanie go nawet kopnąć, a miała przecież glany. Phil zaśmiał się cicho, docisnąwszy szyję dziewczyny swoim przedramieniem do zimnej ściany. Poddusił ją. Przez sekundę całe życie przemknęło jej przed oczami. Chwile, których nienawidziła i te do których chciałaby wrócić. W jednej sekundzie pożałowała wszystkich myśli samobójczych i tej próby, na którą pokusiła się, kiedy miała zaledwie osiemnaście lat. Przecież była młoda. Nie powinna umierać. Zwłaszcza w taki sposób, w jaki za chwilę zginie.
Mężczyzna chwycił jej spódnice i jednym ruchem zdarł ją z dziewczyny. Był stanowczo za silny. Za nic nie dała sobie z nim rady. Następna była bluzka rozdarta na szwach.
Rzucił ją na mokrą, brudną od śmieci ziemię.
Alice łapczywie zaczerpnęła powierza i zakasłała, dotykają obolałej szyi palcami pobielałej dłoni. Pokręciła lekko głową, przyglądając się błagalnym wzrokiem napastnikowi. Nie widziała go wyraźnie, ponieważ kiedy ją przewrócił, strącił jej okulary. Dziewczyna odsunęła się niezgrabnie w głąb zaułka, starają się uciec. Chciała wstać, ale nogi niemal natychmiast ugięły się pod nią.
– Nie, proszę – szeptała rozpaczliwie coraz głośniej, patrząc, jak Phil podchodzi do niej z niemal diabolicznym uśmiechem. Ochrypły krzyk podniósł się w jej gardle, ale tylko na ułamek sekundy, ponieważ mężczyzna bez żadnych skrupułów kopnął ją w brzuch z taką siłą, że uderzyła o ścianę za sobą.
Wrzask uwiązł jej w gardle. Przerażona, starając się złapać choć trochę powietrza, wypluła ślinę, a w ustach poczuła metaliczny smak – krew.
Phil podszedł do niej powoli, nachylił się nad nią i uderzył ją w twarz. Głowę dziewczyny odrzuciło do tyłu, aż uderzyła w mur. Poczuła, jak ciepła, gęsta ciecz spływa jej powoli po karku. Z jej głowy wypłynęła krew, ale również na policzku poczuła pieczenie i ciepłą substancję.
Kiedy po raz kolejny przymierzył się do ataku, zamknęła oczy, czekają na cios, który nie nastąpił. Uchyliła jedno oko, a po chwili drugie. Wada wzroku pozwoliła jej zobaczyć tylko dwie ciemne postacie miotające się w cieniu uliczki. Były też wołania i wrzaski, których nie była w stanie wychwycić. Krew za bardzo szumiała jej w uszach.

***

Chłopak wstał z mokrej ziemi. Spojrzał na nieprzytomnego przeciwnika i otarł krew wypływającą z kącika jego ust. Tamten usłyszał, jak się zbliża i szybko zareagował. Mimo wszystko Fredy jednak był szybszy. I silniejszy. Zostawił mężczyznę leżącego u jego stóp i podbiegł do przerażonej, poobijanej dziewczyny, siedzącej pod ścianą.
– Alice – odezwał się uspokajającym głosem, przyklęknąwszy na jednym kolanie tuż przy niej. – Już wszystko dobrze. Policja i pogotowie już jadą. – Jakby na potwierdzenie jego słów w oddali rozbrzmiało się wycie syren pojazdów uprzywilejowanych.
Rzucił sobie kamizelkę na kolano i zdjął koszulę, po czym zarzucił ją na ramiona dziewczyny. Kamizelkę założył z powrotem.
– Co tu robisz? – zapytała drżącym głosem.
– Mówiłem ci, głupia, żebyś na mnie zaczekała – rzucił, uśmiechając się delikatnie z uczuciem w oczach. – Dziennikarka poprosiła mnie o wywiad, którego udzielenia odmówiłem, chwile po tym jak odeszłaś.
– Miło… – wydusiła i zaniosła się krwawym kaszlem. Objął ją ramieniem. Żeby chodź trochę ogrzać zziębnięte ciało dziewczyny.
Dosłownie kilka krótkich chwil później pod kamienice zajechały dwa radiowozy i karetka, oświetlając zaułek białymi, niebieskimi i czerwonymi światłami. Zamieszanie straszne. Mundurowi zgarnęli leżącego na ziemi chłopaka, który powoli wybudzał się z letargu, a kiedy postawili go na nogi i ruszyli w stronę samochodu, zaczął się szarpać. Jeden z policjantów pokazał Fredy’emu odznakę, kiedy pomoc medyczna zaczęła zajmować się Alice, więc muzyk, żeby jak najszybciej pozbyć się mężczyzny i być przy dziewczynie, opowiedział, co się stało, jak się zachował, co zobaczył, kiedy dotarł do miejsca zdarzenia. W końcu przeprosił mężczyznę i podbiegł do karetki. Pomoc medyczna właśnie przymierzała się do wprowadzenia noszy do wnętrza karetki. Podbiegł do dziewczyny, ale jeden z facetów w czerwonym mundurze zastąpił mu drogę.
­– Jeśli nie jest pan nikim z rodziny, nie może pan jechać z nami – oznajmił szorstko. I jak pacjent ma się w takim towarzystwie czuć dobrze?
Fredy już miał się podać za jej brata, kiedy Alice odezwała się ochrypłym głosem:
­– To mój narzeczony… – kaszlnęła. – Pozwólcie mu jechać.
Chłopak starał się nie wyglądać na zdziwionego. Skinął w skupieniu głową.
Mężczyzna zmierzył go wzrokiem i odsunął się.
McLeam wsiadł do karetki, usiadł na ławce pod ścianą i położył dłoń na rurce łóżka, na którym leżały nosze. Alice lekko ścisnęła jego dłoń i puściła oko, po czym skrzywiła się. Z rany na jej policzku popłynęła cienka stróżka krwi. Chłopak uśmiechnął się delikatnie i odwzajemnił uścisk. Karetka ruszyła powoli na sygnale, a przez ten zagłuszający dźwięk i tak dało się usłyszeć uderzające o dach i ściany duże krople deszczu. Nawet nie zauważył, kiedy zaczęło padać.

***

Obudziła się w łóżku szpitalnym. Białe ściany otaczały ją zewsząd, a przez otwarte okno wpadały promienie chylącego się ku zachodowi słońca. Już nie padało. Niebo było niemal bezchmurne, a powietrze rześkie. Aż chciało się wyjść na zewnątrz. Niestety jej uniemożliwiały to połamane żebra, wybita z barku lewa ręka i zwichnięta prawa kostka. Na policzek i głowę z tyłu założono jej szwy. Teraz pozostawało jej leżeć w szpitalu. Słowami nie dało się opisać jej nienawiści do szpitala, bo przez astmę i alergię sporo już się należała w życiu w takich miejscach. Sama już myślała, że jakieś trzy czwarte jej jak dotąd krótkiego życia. Po zdarzeniach z minionej nocy miała nadzieję, że jednak dożyje starości.
Rozejrzała się dookoła i zdała sobie sprawę, że jej prawą dłoń nadal ściskają palce Fredy’ego. Chłopak spał z głową ułożoną na pościeli obok jej ud. Scena iście filmowa. Uśmiechnęła się delikatnie. Tylko na tyle pozwalał jej szew na policzku. Zmarszczyła lekko brwi, ale na ten ruch znowu niezbyt pozwalała opaska z bandaża na głowie. Westchnęła.
Musiała się chyba gwałtowniej poruszyć, bo Fredy uniósł głowę lekko zaspany. Przetarł oczy wolną dłonią i przeczesał do góry palcami włosy opadające mu na twarz. Pukle zaraz wróciły do swojego naturalnego położenia, po bokach czoła chłopaka.
­– Dzień dobry, narzeczono. – Uśmiechnął się delikatnie. – Jak się mamy?
Ali zaśmiała się cicho. Instynktownie i bez namysłu nazwała go swoim przyszłym mężem. Ale widocznie nie przeszkadzało mu to. A może nawet podobało…
– Całkiem nieźle, narzeczony – zaśmiała się słabym głosem. – Żyję, czyli już sukces.
– To była beznadziejna randka – rzucił. – Może umówisz się ze mną raz jeszcze, co?
Otworzyła szerzej oczy zdziwiona. Nie widziała go jakoś specjalnie ostro, ponieważ jej okulary znaleziono, ale podeptane. Wydawało jej się, że na twarzy chłopaka dostrzegła coś w rodzaju nadziei.
– Pewnie – odparła szybko. – Następnym razem nie ucieknę.
– Moja wina. Nie powinienem był zostawiać cię na tak długo bez wyjaśnienia, ale nie chciałem, żeby Sarah cię dorwała i wypytywała…
– Sarah? – zdziwiła się. – Jesteście ze sobą po imieniu?
– To dziewczyna Drew, basisty – wyjaśnił i zająknął się. Na jego twarzy po sekundzie zastanowienia pojawił się zadziorny uśmiech. – Zazdrosna jesteś?
– Co? – Alice ścięło. Cholera, zbeształa się w myślach. – Nie!
– Jesteś! – Zaśmiał się, demaskując ją. – Jesteś zazdrosna!
– Przestań – zawołała dziewczyna obrażonym tonem.
Nagle Fredy wstał z miejsca i nie puszczając jej dłoni, nachylił się nad nią i ją pocałował. Delikatnie, miękko. Pocałunek trwał dosłownie chwilę, a Ali tak boleśnie pożałowała, iż są w szpitalu, że aż ścisnęło ją w dołku. Nawet nie marzyła, że on, akurat ON pocałuje ją… w dodatku w takim miejscu, po takich wydarzeniach.
Bóg to dopiero ma wyczucie czasu…
Okazało się, że ma jeszcze lepsze, kiedy drzwi sali szpitalnej otworzyły się, a do środka wbiegła mała Mary. Za nią w drzwiach stanęła Rose.
– W coś ty się do cholery wpakowała, idiotko? – warknęła z drzwi tym swoim apodyktycznym głosem matki karzącej dziecko. Po czym zauważyła Fredy’ego i to, że nadal trzymał Alice za rękę.
Rose pokiwała głową powoli z uniesioną jedną brwią, co znaczyło co najmniej tyle, co „Ahaaa…?”
­– Ali! ­– zawołała córka jej przyjaciółki. – Jak się czujesz?
– Dobrze, mała – odparła, nie mijając się z prawdą, bo ni mniej, ni więcej czuła się jak w niebie. Co prawda dopiero od kilkunastu sekund, ale i tak.
– Ładne rzeczy – usłyszeli męski głos. Ali dopiero teraz zauważyła, że w ciemnym korytarzu za jej przyjaciółką stoi nie kto inny jak Seth Witman.
Ali zająknęła się. Zaakceptował młodą kobietę z dzieckiem?! Jakim, kurwa, cudem, za przeproszeniem…? Gwiazda takiego formatu? W dodatku egocentryk i babiarz, jak opisywały go gazety?
– Cześć, stary. – Fredy wyszczerzył się w uśmiechu. – Chyba wiecie już, co się stało, nie?
– Oczywiście – odparła Rose, podchodząc. Przywitała się najpierw z przyjaciółką, a potem z nim – uściskała go, jak to miała w zwyczaju. Chłopak trochę się zmieszał.
– Wybaczcie, że tak… – odezwała się Alice. ­– Ale od kiedy jesteście razem?
­– Dobre pytanie – przytaknął Fredy. – I kim jest ta mała? – ruchem głowy wskazał na Mary, która uważnie się mu przypatrywała.
– Od jakichś czterech godzin mam wspaniałą dziewczynę, a od niespełna czterech lat śliczną córkę, o istnieniu której dowiedziałem się cztery godziny temu – wyjaśnił zwięźle Seth, oszczędzając słowa.
– Wszystko wyjaśnia – odparł Fredy. – Tłumaczyć się będziesz później.
– Rose, ty też. Będziesz się gęsto tłumaczyła, dlaczego nie powiedziałaś mi, kto jest ojcem twojego dziecka.
– Moja matka tego nie wiedziała, więc co dopiero… – mruknęła niby do siebie.
Wszyscy popatrzyli po sobie w skupieniu.
Nagle drzwi się uchyliły. Do wnętrza pokoju zajrzała młoda praktykantka o długich spiętych w grubego warkocza brązowych włosach, dużych szaro-zielonych oczach i delikatnym uśmiechu.
– Prosiłabym, żeby za piętnaście minut opuścili państwo salę. Zostać będzie mógł tylko narzeczony – oznajmiła uprzejmie i zamknęła za sobą drzwi.
– Nie mam pytań ­– rzucił Seth, a Rose zawtórowała mu przeczącym ruchem głowy.
Alice i Fredy spojrzeli sobie nawzajem w oczy i zaśmiali się. Kto by pomyślał, że połączy ich zimny listopadowy deszcz.



Do następnego razu!
W.E.B.
Melanie Carter

1 komentarz: