niedziela, 21 czerwca 2015

1. Lśnienie

Każdy przeżył lśnienie. A konstrukcje sprawiedliwych legły w gruzach...
            Ale czy przyznajemy się do porażki?
        Dla jednych lśnieniem jest miłość, dla innych szansa na karierę lub zbudowanie czegoś większego... Każdy z nas czuje inaczej, ma inne priorytety. Lecz rzadko kto przyznaje się nawet do tych z pozoru małych porażek. Przeżyłeś coś takiego, do czego pragniesz wrócić i przeżyć jeszcze raz? Albo zmienić bieg wydarzeń, żeby ta mała chwila, to lśnienie stało się światłem Twojego życia i nigdy nie przeminęło?




1.Lśnienie



"Nie mniej było pytań
Kiedy legły w gruzach
Konstrukcje sprawiedliwych."
~ COMA

Rok 2015.
Maj.

To był taki moment, kiedy człowiek nie ma już nawet siły płakać.
    Faktem jest, że kobiety różnią się od mężczyzn i chodzi tutaj przede wszystkim o sposób myślenia. A ona była wyjątkowo ciężkim przypadkiem. Zamknięta w sobie, nigdy nie potrafiła otwarcie mówić o tym, co naprawdę czuje. Przychodziło jej to z wielkim trudem. Zwłaszcza po tym, jak przez długi czas, mężczyzna, którego kochała, traktował ją jak kogoś fatalnego i beznadziejnego. Czuła się przytłoczona. Miała wrażenie, że coś mu zawdzięcza, że złapała Boga za nogi, mogąc być przy jego boku...
    Ale kiedy go w końcu zostawiła, nic już nie było takie samo. Sądziła, że nie potrafi kochać, ale to nie była prawda. Potrafiła. Rzecz w tym, że potrzebowała czasu, żeby wszystko poukładać. Inną sprawą było to, że sama sobie tego czasu nie dawała.
    Na początku każda z jej relacji z mężczyznami zapowiadała się dobrze. Potem było w porządku, a z biegiem dni zaczynało się dziać coraz gorzej. Ona się odsuwała od faceta, a on chciał znać tego powód. I wtedy naciskał. To właśnie sprawiało, że bała się jeszcze bardziej i zamykała w swojej bezpiecznej skorupie, co rujnowało jej związek. Pierwszy, drugi... Fakt faktem na tych dwóch jej nie zależało. Miała je gdzieś. Aż w końcu przyszedł ktoś inny. Ktoś kto był jej najlepszym przyjacielem. I człowiekiem, na którym mogła zawsze polegać.     Kochała go. Nikogo tak nie kochała jak jego. Kiedy ją pocałował, przestraszyła się. To wydawało jej się absurdalne. On w jej oczach był najwspanialszym chłopakiem na świecie. I jak mógł chcieć jej...?
    Tylko w jego towarzystwie czuła, że jest naprawdę wartościową osobą. Wiedziała, że komuś na niej zależy. I to w dodatku komuś tak bardzo ważnemu. Komuś, na czyim zdaniu zawsze zależało jej w pierwszej kolejności. Brzmi pięknie, prawda?
    I było.
    Ale zamykała się, odtrącała go, bo wiedziała, że go skrzywdzi. Za bardzo żyła przeszłością. Miała w sobie te absurdalne opory...
    Potrwało to trochę czasu zanim stwierdziła, że nie mają sensu.
    Kiedy przestali ze sobą rozmawiać, miała wrażenie, że grunt usunął się jej spod nóg. Brakowało jej go.
    Brakowało jej go jak powietrza, bez którego żaden człowiek nie jest w stanie istnieć.
    Napisała do niego. Odważyła się w reszcie, choć zajęło jej to sporo czasu i nerwów. Pełna radości pojechała do niego. Bo przecież "przyjaciele też mogą oglądać razem filmy" - to były jego słowo. I faktycznie oglądali. Dobrze się bawili, śmiali. Ale wciąż o nim myślała. W pewnym momencie, grubo po północy, położyła mu głowę na ramieniu. On oparł na niej swój policzek i to...
    Przez myśl przebiegły jej dwa proste słowa: "Pieprzę to". Usiadła mu okrakiem na kolanach i zaczęła całować. Nie minęło wiele czasu aż on przejął inicjatywę. Wodził dłońmi po jej ciele, całował, a ona czuła się w jego ramionach cudownie. Chciała z nim być. Chciała być przy nim w tamtej chwili i w każdej innej. Nic nie wskazywało na to, że potoczy się tak jak miało się potoczyć. Sądziła, że znieczulica jej przeszła. Myślała, że czuje i pokocha bezgranicznie... Spotykali się weekendami, pisali ze sobą. Nie dogadywali się przez jej bariery, ale jeden pocałunek zmieniał wszystko. Tylko jeden. Wystarczyło zaledwie tyle, żeby znowu było dobrze. Kochał ją. Kiedy jej o tym powiedział... serce stanęło jej w piersi. Nigdy, ale to nigdy nie usłyszała w niczyim głosie tyle uczucia. Najgorsze było to, że jeszcze nie potrafiła mu odpowiedzieć. A przynajmniej tak jej się wydawało.
    Coś sprawiało, że nie dawała mu całej siebie. Że było w niej coś takiego, co ją hamowało. Nie wiedziała dlaczego. Wiedziała, że nie traktowała go tak, jak na to zasługiwał.
    Pewnego wieczora napisał do niej, że już tak nie może. Powiedział jej, że nie czuje, żeby komuś na nim zależało. Nie takie miał wyobrażenie związku.
    Rozumiała to...
    Nie odzywali się do siebie. Nie minęło wiele czasu, kiedy z dnia na dzień zdawała sobie sprawę, co zrobiła. Do czego dopuściła... Jak bardzo go skrzywdziła. I zaprzepaściła szansę na największe szczęście swojego życia. Znowu płakała po nocach, jak kiedyś. Znowu zadręczała się myślami i nie mogła oddychać.
    Tonęła.
    Miała wrażenie, jakby zapadała się coraz głębiej w wodę i nie mogła wypłynąć. Rozpaczliwie chciała zaczerpnąć powietrza, ale nie mogła. Jakby już nie potrafiła oddychać.
    Powiedzenie, że człowiek nie umie docenić tego, co ma, dopóki tego nie straci, jest w pełni prawdziwe.
    Ona dopiero wtedy zdała sobie sprawę, jak bardzo nie potrafi bez niego żyć. Bez rozmów, bez bliskości, bez dotyku dłoni. Wiedziała, że to już koniec. Straciła wszystko, bo nie potrafiła rozmawiać. Bo była za bardzo zamknięta w sobie. Najbardziej niszczy brak rozmowy. To pierwszy stopień do zaprzepaszczenia wszystkiego.
    Popełniła wiele błędów, podejmowała złe decyzje, które go krzywdziły... Chciała spojrzeć mu w oczy i powiedzieć, że niczego nie żałuje. Że nie żałuje pierwszego pocałunku, tamtej nocy, kiedy znowu byli razem, ani żadnej chwili spędzonej we dwoje czy wśród znajomych w ciągu tych wszystkich lat. Wszystko jej się z nim kojarzyło i nie potrafiła przestać za nim tęsknić. Nie było jej przykro z tego powodu, że był jedyną osobą, przy której czuła, że żyje, a kiedy brakowało go w jej życiu, ono obumierało. Nie było jej przykro z tego powodu, że zakochała się w nim... że był miłością jej życia.
    To było lśnienie. Na początku światło było obezwładniające i nieznośne. To dlatego, że nie chciała go oglądać, broniła się przed nim. A teraz? Ta krótka chwila blasku przeminęła i zostawiła ją z dziurą w duszy. Dopiero po czasie zrozumiała, że to lśnienie mogło być światłem jej życia, ale przeminęło na jej własne życzenie. Choć może nie do końca... Został w niej mały blask nadziei, że kiedyś to konkretne lśnienie powróci.

piątek, 12 czerwca 2015

00. Po Co Mi Więcej



 Dzisiaj mam średni humor, zwłaszcza na opowiadanie, które jest następne w kolejce ("Ta Jedyna"). Cóż, chodzi w gruncie rzeczy o to, że go szczerze nienawidzę :) Z tej okazji postanowiłam wstawić historię pewnego chłopaka z innego środowiska, niż to, które już poznaliście. Wkrótce przedstawię wam też kilku innych bohaterów.

Cofnijmy się zatem nieco w przeszłość... 


Wrzesień.
Rok 2009.
„Nie pozwól mi, abym został tu
Nie pozwól mi znów się odwrócić
Pozwól tylko mi zabrać swoją duszę
A ja się wzniosę, podniosę
No bo muszę”
~Cree

Koc okrywał jego ciało. Nie było nic więcej. Zamknięty pokój. Uchylone okno, przez które wpadały powiewy wiatru. Nie słychać świerszczy. Tylko odgłosy przejeżdżających co jakiś czas samochodów u stóp wiekowej kamienicy. Niby ciepło, ale jednak mróz. Przeszywający chłód. Żaden człowiek nie chce tego czuć. To zbyt straszne. Samotność, choć wiesz, że dokoła pełno ludzi. Lęk przed nimi. Wszystko czego chcesz, to zamknięcie się w jednym pomieszczeniu. Izolacja. Brak dostępu do świata zewnętrznego. Chyba, że w grę wchodziła noc. Noc to piękno. Jedynie w ciągu tej pory doby był w stanie czuć, że nie jest sam. W pozytywnym sensie. Mimo strachu przed tym, co może stworzyć w danej chwili jego głowa, potrafił wyjść w środku nocy z domu i przyglądać się gwiazdom. Akurat tym, które mogły spoglądać na świat setki, a nawet tysiące lat temu. Teraz ich ułożenie może być zupełnie inne… Może, ale nie musi. To jak podróż w czasie. Niestety tylko tam, w górze, wysoko. Nie na Ziemi. Tutaj to nie możliwe. Tutaj jest zniszczenie. Więzy. Brak wolności.
Po głowie krążyło mu wiele myśli. Niełączących się ze sobą i tych w miarę poukładanych. Nie radził sobie z samym sobą. Chciał to skończyć, ukrócić. Jak najszybciej. Byle się nie męczyć. Bo sprawiał trudności nie tylko sobie, ale również rodzinie. Przyjaciołom już nie. Nie miał ich. Wszyscy się od niego odwrócili. Został sam z własnymi przemyśleniami i chorobą, która postępowała. Nie mniej jednak było już lepiej niż w najgorszym momencie, który nastąpił niespełna pół roku wcześniej. Było znacznie lepiej.
Zginął jego najlepszy przyjaciel, matka umarła, zaczęły się problemy w szkole, zostawiła go dziewczyna, alkohol, narkotyki, złe towarzystwo. Wszystko to przyczyniło się do załamania jego stanu psychicznego. Wielu ludzi swego czasu na nim polegało. Zwierzało mu się z problemów, był tak zwaną „chusteczką do nosa” dla przyjaciół. On też się przed nimi otwierał, ale coś silnego go hamowało. Nie chciał pokazywać swojej słabości. Bo wbrew pozorom był bardzo słaby psychicznie. Nie miał oparcia. Bał się, że w końcu się złamie, ale to nie następowało. Czuł się na swoim miejscu, będąc z ludźmi… przy nich. Dzięki temu wiedział, że do czegoś przynależy.
Wszystko było w jak najlepszym porządku. Dopóki nie okazało się, że nie był wystarczająco pomocny. Jego przyjaciel, jedyny człowiek, przed którym Maciek potrafił otworzyć się w stu procentach, popełnił samobójstwo – powiesił się. Jego problemy go przerosły, depresja, schizofrenia, początki padaczki… Chłopak nie wytrzymał i poszedł na spotkanie z Bogiem.
Ale to nie wszystko. Mimo załamania, Maciek poradziłby sobie ze stratą przyjaciela. Problem w tym, że niedługo po odnalezieniu wisielca u jego matki lekarze wykryli raka trzustki w tak zaawansowanym stadium, że czas jaki jej został, oszacowano na dwa w porywach do czterech miesięcy. Kobietę udało się utrzymać przy życiu niecałe pół roku. Z Maćka powoli zaczynał zostawać ni mniej, ni więcej wrak człowieka. Osiemnastoletni chłopak o organizmie już wyniszczonym przez nerwy, alkohol i narkotyki.
Z czasem zaczął się izolować od świata, więc nawet przyjaciele od dragów i kieliszka odwrócili się od niego. Ojciec chłopaka próbował niemal wszystkiego u najlepszych psychologów i psychiatrów w kraju. Nie było większych efektów. Szukał nawet u egzorcystów, ale na szpital psychiatryczny nigdy się nie zdecydował.
Maciek teraz leżał na zbyt dużym łóżku pod ogromnym kocem. Za dużo miejsca dla jednego człowieka. W takich sytuacjach przypominała mu się Marta, dziewczyna, która zostawiła go, kiedy przestał sobie radzić. Myślał, miał nadzieję, że kto jak kto, ale ona zrozumie i będzie się starała mu pomóc. Stało się jednak inaczej. Po prostu się od niego odwróciła i znalazła kogoś innego na jego miejsce. Kogoś bez problemów.
A jeszcze niespełna miesiąc wcześniej połknął całe pudełko psychotropów i popił połową butelki wódki. Jego lekarz stwierdził, że Maciek już dawno powinien być martwy. Po wszystkich próbach samobójczych i tej ostatniej… Jego na tym świecie już nie powinno być. Wszyscy byli przekonani, że chłopak ma w życiu coś jeszcze do zrobienia.
Tak czy inaczej w tym momencie wiedział jedno: że nie widzi swojej przyszłości. Jedynym, czego chciał to zabrać swoją własną duszę z tego, jak uważał, padołu łez.
Chwycił się za zbyt długie, potargane włosy i warknął sam na siebie. Skulił się w pozycji embrionalnej. Zbyt wiele myśli krążyło w jego głowie. Tych pozytywnych i negatywnych. Powoli coraz częściej miewał przebłyski. Miał dosyć samotności i mroku. Chciał wyjść z pustego pokoju i dalej pomagać ludziom, ale już nie umiał. Chciał, ale nie potrafił oddać czegoś z siebie innym bezinteresownie. Był zbyt samolubny.
Ktoś zapukał do drzwi jego pokoju.
– Odejdź! – krzyknął zduszonym, ochrypłym tonem, co odrobinę nim wstrząsnęło. Już od bardzo dawna nie słyszał barwy swojego głosu. A kiedyś potrafił się nią szczycić w śpiewie. Był jednym z najlepszych w obrębie miasta. Dziewczyny ze szkoły za nim szalały. Aż zniknął.
– Ktoś do ciebie przyszedł – zawołał ojciec przez drzwi. W tych słowach dało się wychwycić ból i smutek. Najprawdopodobniej myślał, że to przez tę osobę jego jedyny syn stał się takim, jakim jest.
Drzwi pokoju otworzyły się i zaraz zamknęły. Światło zapaliło, ale było na tyle słabe, że zaledwie pogrążyło pomieszczenie w półmroku.
– Maciej! Do cholery, koniec tego! Wstawaj, idziesz ze mną! – Znajomy głos warknął na niego.
Maciek usiadł prosto na materacu, starając się wysilić pamięć do pracy. Skąd on znał ten głos? Przed nim stał chłopak z równo obciętą ciemną brodą, rozczochraną, krótką grzywką sterczącą spod czarnej czapki. W cieniu odznaczał się tylko biały podkoszulek.
– Eryk – wychrypiał. – Co tu robisz?
– Przyszedłem po ciebie. Za długo tu siedzisz i nie dajesz znaku życia… – odparł, wkładając ręce do kieszeni spodni. Przyglądał mu się dumnie z góry.
– Wracaj do swojej dziewczyny – rzucił Maciej, spoglądając w przestrzeń. – Ona ma najwięcej przeciwko mnie…
Nina, dziewczyna, niemal narzeczona Eryka, wręcz nienawidziła Maćka jeszcze za czasów, kiedy był ‘normalny’, więc co dopiero, gdy wpadł w nałogi i depresję.
– Teraz mnie jej niechęć do ciebie nie interesuje. Od roku staram się z tobą skontaktować, a twój ojciec wpuścił mnie dopiero teraz – oznajmił, ściągając koc z kumpla. Rzucił okrycie na podłogę.
– Co mu powiedziałeś? – Chłopak bezustannie wpatrywał się w ścianę znudzonym i zmęczonym wzrokiem.
– Że wiem, jak cię z tego wyciągnąć – swoimi słowami przyciągnął nikłą uwagę tamtego. – I wiem. Wyłaź, coś ci pokarzę.

***

Szedł przez miasto, którego tak dawno nie widział. Mijali go lidzie, których nie znał. Każdy miał inny wyraz twarzy. Coś innego w oczach. Myślał, że gdy opuści dom, wzrok przechodniów zwróci się ku niemu. A wcale tak nie było. Nikt nie patrzył na niego wilkiem, nikt się nie oglądał. Był dla wszystkich normalnym człowiekiem. Jak każdy inny.
Dawno już nie czuł ciepłych promieni słońca, uderzających w plecy przez czarny płaszcz. Były też podmuchy chłodnego jesiennego wiatru smagające policzki.
Z drzew spadały liście w ciepłych odcieniach żółcieni i brązów. Świat wydawał się taki kolorowy… Maciek wiedział, że jest inaczej, a mimo to dał się porwać magii jesieni.
Szedł ramię w ramię z Erykiem. Pamiętał tę część miasta, choć dawno nie przemierzał jej ulic. Z parku porośniętym wiekowymi drzewami, które okrywała pokrywa złotych i momentami zielonych liści, weszli na małe osiedle domków jednorodzinnych. Poszli tamtą, dłuższą drogą, tylko po to, aby ominąć blokowisko, którego przytłaczający, surowy ogrom mógł przerazić Maćka. Eryk poprowadził go tamtędy, bo… No właśnie, czemu?
– Po co to robisz? – odezwał się w końcu chłopak.
– Żeby ci pomóc – odparł krótko Eryk, nie przerywając kroku. Zerknął na niego z góry. Był o ponad głowę wyższy od kumpla. – Jesteśmy przyjaciółmi. Przecież nie zostawiłem cię nawet, kiedy siedziałeś po uszy w narkotykach.
To była prawda. Eryk to jedyna osoba, która namawiała go do rzucenia tego gówna. Kiedy Maciek zaczął pić i popadać w depresję, tamten nadal starał się być przy nim. Czyż nie tak postępuje prawdziwy przyjaciel? Szkoda tylko, że tak późno to zauważył. No i oczywiście on dla Eryka przyjacielem nie był. Zachowywał się zbyt egoistycznie.
Eryk starał się mu pomagać, nawet pomimo Niny, swojej dziewczyny, która nie znosiła jego przyjaciela i nie usiłowała tego ukryć.
– Przestań tak milczeć – zawołał wesoło. Był pełen życia. Jakby nie mógł się czegoś doczekać. – Chcę ci pokazać, czego dokonałem przez ostatnie półtorej roku, kiedy nie wyściubiałeś nosa z domu.
Chłopak żartował na temat choroby przyjaciela, choć doskonale wiedział jaka była prawda. Maciek uśmiechnął się. To było takie dziwne uczucie… Nie musiał zmuszać się do śmiechu, który był sztuczny i nie sięgał oczu. Tym razem mógł przyznać, że pierwszy raz od bardzo dawna jego uśmiech, choć lekki, był w stu procentach szczery.
– To znaczy, co? – dopytywał się. Zwrócił uwagę, że również po raz pierwszy robił cokolwiek, żeby podtrzymać rozmowę.
– Zaraz zobaczysz – odparł tajemniczo tamten. – Już jesteśmy na miejscu.
Wprowadził Maćka do garażu przy jednym z domków na małej działce.
Pomieszczenie zalało sztuczne światło jarzeniówki.
Maciek zmrużył oczy. Nie był przygotowany na tak nagłą zmianę oświetlenia. Nie na długo jednak pozostał o przymkniętych powiekach. Pod jedną ze ścian stały dwie gitary elektryczne, bas i statyw z mikrofonem. Po rogach garażu umieszczono kolumny, a na stoliku przy wejściu stał mikser. Podłoga i sufit zostały wygłuszone dla lepszej akustyki. Obok bocznych drzwi wisiała oprawiona płytka CD, zapewne demo. Były tam również plakaty zapraszające na różnego rodzaju koncerty i imprezy.
Najbardziej okazała była jednak duża czarna perkusja uzbrojona w cztery talerze, hi-hat, werble i inne bębny. Ścianę za instrumentem niemal w całości zasłaniał plakat z napisem „Apogeum”.
Maciek stał w milczeniu i rozglądał się z błyskiem w oczach. Jego wzrok nie był już martwy. Właśnie to Eryk osiągnął. Chłopak pamiętał, jak jeszcze razem śpiewali. Stare, dobre czasy, które minęły… Ale czy bezpowrotnie?
– Założyłem zespół, były koncerty, nagraliśmy demo… – tłumaczył Eryk. – teraz przygotowujemy się do nagrania pierwszej płyty. Chciałem cię prosić o przysługę.
– Jaką przysługę? Do czego ja mogę ci się przydać?
– Zaśpiewasz ze mną jeden kawałek – oznajmił wokalista Apogeum, podając kumplowi gitarę elektroakustyczną. Była piękna. Dobra jakość drewna, jasny brąz, w palcach dało się wyczuć, że struny są świeżo po wymianie. Akustyk był już podłączony pod wzmacniacz.
Maciek w głębokim szoku przełożył pasek podtrzymujący instrument przez bark.
– Ja się nie nadaję – starał się wymigać. – Od lat nie śpiewałem. Nie pamiętam też jak grać…
Ale jego palce, jakby chcąc zaprzeczyć słowom, ułożyły się na strunach, tworząc akord, którego nazwy nawet nie pamiętał. Drugą ręką szarpnął za struny, a z podła rezonansowego i wzmacniacza wydobył się czarujący, czysty dźwięk.
Nagle zdał sobie sprawę, jak bardzo kochał kiedyś muzykę. Jak wiele dla niego znaczyła.
Po co mi więcej? – pomyślał, grając dalej jedną ze swoich starych kompozycji.