Dlaczego 04, a nie 03? Cóż odpowiedź na to pytanie jest prosta. Nie lubię trzeciego opowiadania i niekoniecznie chcę do niego wracać. Kiedyś je wstawię, ale jeszcze nie teraz.
W opowiadaniu użyłam tekstu piosenki starego przyjaciela, kompozytora, tekściarza i wokalisty.
Zdaniem osób, które już przeczytały poniższe opowiadanie (a było ich niewiele), jest ono jednym z najbardziej wzruszających.
Tak więc przedstawiam wam Klarę i Drew (jego już chyba znacie). Ich życie nie należało do najłatwiejszych... Każdemu życzę takiej miłości, ale nikomu takiego zakończenia.
Nie Płacz
Grudzień.
Rok
2012.
„Give me a whisper
And give me a sign
Give me a kiss before you
tell me goodbye
Don't you take it so hard now
And please don't take it so bad
I'll still be thinkin' of you
And the times we had... baby”
~ Guns N’ Roses
Drew szedł jedną z mniej uczęszczanych
wieczorami przez mieszkańców ulicą małego miasteczka w stanie Montana. Dwa dni
później miał odbyć się najszczęśliwszy dzień w jego życiu. Żenił się z kobietą,
którą kochał ponad wszystko. Tak właśnie myślał o Klarze. Zdawał sobie sprawę,
że może to brzmieć błaho i tandetnie, lecz ślub nie był zwykłą zachcianką
jakiegoś tam gwiazdora, któremu do głowy uderzyła woda sodowa. Nic z tych
rzeczy. On i jego przyszła żona poznali się w szkole podstawowej i już wtedy
zostali parą. Datę ceremonii ustalili na początek grudnia, czyli
dwudziestolecie bycia razem. Nie wyobrażał sobie nawet, że mógłby być
szczęśliwszy z jakąś inną kobietą. W Klarze był bezgranicznie zakochany. A taka
miłość nie zdarzała się często.
Uśmiechnął się w duchu. Zdecydowali
również, że po ślubie jadą razem w dalszą trasę koncertową Cold Iron. Chłopaki
z zespołu nie mieli nic przeciwko. Wszyscy bardzo lubili jego dziewczynę. Była
przyjazna, wesoła, momentami beztroska, ale z głową na karku. Taka słoneczna.
Jack nawet rzucił, że jest ona bardzo podobna do Alice – dziewczyny, która
zdobyła serce Fredy’ego. I faktycznie. Wydawało się, że jest wiecznie
uśmiechnięta i słoneczna. Szczęśliwa. Taka dobra dusza. Ją też zespół polubił
niemal z miejsca.
Drew przeczesał palcami swoje długie do
ramion pofalowane siano w kolorze ciemny blond. Włosy chłopka w trakcie jego
szybkiego chodu rozwiewał zimny wiatr, zwiastujący nadchodzącą srogą zimę.
Uśmiechnął się i ruszył jeszcze
szybciej. Szykował dla Klary niespodziankę. I chciał móc robić jej takie drobne
przyjemności przez resztę życia i o jeden dzień dłużej. A najpiękniejsze było
to, że miał świadomość, iż tak właśnie będzie. Już za niespełna dwa dni Klara
będzie tylko jego. Będzie miał ją na wyłączność już oficjalnie i w stu
procentach.
***
Ostatnia przymiarka sukni. Salon mody
ślubnej stał się nagle dla niej niewidzialny. Stała na podwyższeniu przed
wielkim, owalnym lustrem ze zdobioną ramą. Wpatrywała się we własne odbicie,
nie dowierzając, że ta piękna kobieta, którą widzi, to właśnie ona. Nie zdawała
sobie sprawy, że patrzy na siebie, a nie na jakąś księżniczkę z bajki odzianą
dzięki wróżce w piękną suknię tuż przed balem. A tam czekał jej książę.
Marszczone ramiona, gorset, długa,
lejąca spódnica z kilku warstw, wysokie buty ślubne na szpilce i platformie.
Wyglądała jak nigdy w życiu… bajkowo. Wszystkie te czynniki dodawały jej
wzrostu, dzięki butom nie tylko optycznie. Wiedziała jednak, że pomimo tych
kilkunastu centymetrów więcej, nadal będzie malutka, kiedy stanie obok swojego
męża. W płaskich butach miała zaledwie metr, sześćdziesiąt, a on dwa i pięć
centymetrów.
Uśmiechnęła się, przypomniawszy sobie
czasy dzieciństwa. Kiedy się poznali i zostali „parą”, miała zaledwie siedem
lat. Wówczas było to dla nich zaledwie trzymanie się za ręce, wspólna zabawa w
piaskownicy i spacery. Był niewiele wyższy od niej, ale jak na ośmioletniego
chłopca i tak wyróżniał się wzrostem. Pamiętała te wszystkie wspaniałe chwile
równie dobrze jak te złe, kiedy się kłócili i rozstawali. Zawsze jednak
potrafili wrócić do siebie na nowo. Mimo czasu, który minął, bywało, że czuli
się jak kiedyś – jak zwykłe dzieciaki. Było bezpieczeństwo i spokój, a jednak
do ich wspólnego życia ani razu nie wkradła się monotonia. To nie była tylko
miłość. Oni nadal byli w sobie zakochani. Uczucie nie przemijało.
Klarze stanęły łzy w oczach. Już za
kilkadziesiąt godzin miała powiedzieć sakramentalne „tak” i oficjalnie
zatwierdzić ich związek. Bóg połączy nas na wieki, pomyślała.
– Wyglądasz cudownie – odezwała się
Elena, przyjaciółka panny młodej. Stwierdzenie dziewczyny, wyrwało Klarę z
zamyślenia niemal natychmiast.
Uśmiechnęła się, odpędzając łzy.
Zniknęły bezpowrotnie dopiero, gdy usłyszała znajomy głos za swoimi plecami…
– Wreszcie doczekałem tej chwili. –
Lekko ironiczny ton swojego brata rozpoznałaby wszędzie. Odwróciła się na
podwyższeniu i zobaczyła Wojtka.
Jak zwykle elegancki, dwudziestotrzyletni chłopak z nienagannie przystrzyżoną bródką i wąsami okalającymi pełne
usta, a w jego oczach igrały iskierki, które tak dobrze znała. Stylowa,
wełniana czapka w kolorze czerni przykrywała jego ciemnobrązowe włosy. Czarne
spodnie i flauszowy płaszcz w tym samym kolorze nadawał mu dodatkowego uroku, a
postawa – nonszalancji. Opierał się ramieniem o futrynę drzwi do pomieszczenia
ze skrzyżowanymi na piersi ramionami. Jej młodszy braciszek przyleciał z ojcem
do Stanów z Polski – ich rodzinnego kraju. Specjalnie dla niej. Żeby wziąć
udział w najważniejszym dniu jej życia. Zbiegła z podestu i rzuciła się
chłopakowi w ramiona. Nikt nawet jej nie powstrzymywał, choć kątem oka
dostrzegła lekkie przerażenie na twarzy krawcowej. Nie uważała na to, że mogłaby
pognieść lub uszkodzić suknię. Chłopak uniósł ją, jakby jej wnętrze wypełniało
pierze i nic nie ważyła. Choć faktycznie była lekka. Na ziemi stanęła dopiero
po chwili.
– Wojciech! – zawołała uradowana swoim
miękkim głosem. Już wzrok, jakim patrzyła na brata świadczył o jej ogromnej
miłości do niego.
– Cześć, mała – odparł, mierzwiąc
palcami jej zaczesaną na prawą stronę grzywkę. W normalnych okolicznościach przyłożyłaby
mu za dotykanie jej włosów, ale za bardzo się za nim stęskniła, żeby reagować.
Bywało, że wpadała w dziki szał, kiedy ktoś bawił się jej grzywką. Zwłaszcza
jeśli tym kimś okazywał się Wojtek. Był od niej wyższy o przeszło dwadzieścia
centymetrów, dzięki czemu miał dodatkowy pretekst, żeby jej dokuczać. Mimo
wszystko jednak bardzo ją kochał.
Jeśli o tym mowa, pamiętała jedną
sytuację sprzed dziewięciu lat. Był to dzień jej osiemnastych urodzin, a stan
Wojtka daleko odbiegał od trzeźwego. Złapał wówczas Drew za rękę i zagroził, że
go zamorduje, jeśli ten skrzywdzi jego siostrzyczkę. Stwierdził, że nie pozwoli
nikomu zrobić jej niczego złego.
– Pamiętasz Elenę, prawda? – zapytała
Klara, wskazując ręką na blondynkę idącą powoli w ich kierunku.
– Klaro, wróć na podest. Nie chcemy
zniszczyć sukni – Elena nawet nie zamierzała zwrócić uwagi na Wojtka i słowa
przyjaciółki.
– Witaj, Eleno – odezwał się chłopak, a
wzrok niebieskich oczu dziewczyny przeszył go niemal na wskroś. Zetknęli się
policzkami, całując powietrze. Nienawidził tego typu powitań, ale co mógł
poradzić? Niezbyt dobrze znosił też samą obecność przyjaciółki swojej siostry,
a Klara doskonale o tym wiedziała. Znała ich wzajemną niechęć, ale nie obawiała
się, że rzucą się sobie do gardeł. Nigdy nie było takiej sytuacji, żeby się
pokłócili. Po prostu się do siebie nie odzywali.
Dziewczyna spojrzała ponownie w lustro i
uśmiechnęła się do siebie. Chciała już wrócić do domu, do Drew. Pomimo świadomości,
że spędzi z nim resztę życia, chciała być przy nim jak najdłużej i korzystać z
każdej, nawet najkrótszej chwili.
***
– Ty i smoking? – zaśmiał się Fredy,
wodząc wzrokiem za krzątającym się po pokoju przyszłym panem młodym.
Drew właśnie wieszał strój ślubny
obleczony foliowym workiem na drążku w szafie.
– Myślałem, że założysz kowbojki, czarne
rurki i tę białą marynarkę – ciągnął drużba chłopaka.
– I tak zrobię, ale na poprawiny –
odparł basista i wszedł z korytarza do sypialni. Stare deski podłogowe odzywały
się cichym skrzypieniem przy każdym jego kroku. Właśnie dlatego kupił ten duży,
wiekowy dom. Czuć było, że budynek żyje i ma własną duszę. Przeszedł przez
sypialnie i uchylił jedno z trzech dużych okien. Do pomieszczenia wpadł zimny
podmuch wiatru, który kołysał ogołoconymi gałęziami drzewa rosnącego za domem.
Podszedł do wielkiej, staroświeckiej komody utrzymanej, podobnie jak cały dom,
w stylu przypominającym ten panujący w latach sześćdziesiątych dziewiętnastego
wieku. Wyciągnął z niej lniany obrus obszyty koronką zrobioną na szydełku.
Poprawił jeszcze długi materiał baldachimu nad łóżkiem, który spoczywał na
podłodze. Stelaż zawieszony pod sufitem, który go podtrzymywał zakołysał się
lekko.
– Krawcowa nie miała problemu z uszyciem
spodni? – kontynuował Fredy, uśmiechając się półgębkiem i ruszył za
przyjacielem na parter po starych, krętych schodach.
– Nie – odparł, spoglądając sobie przez
ramię na tamtego i zaśmiał się. – Właśnie dlatego zdecydowałem się na szycie, a
nie kupno.
– Ile ty masz właściwie wzrostu? – Skierowali
się do kuchni.
– Nie wiem. – Drew wzruszył ramionami,
odpalając papierosa. Schował zapalniczkę i paczkę fajek do kieszeni, po czym
otworzył okna również w kuchni. Po pierwsze trzeba było przewietrzyć, a po
drugie – zapomniał się, że nie powinien palić w tak starym domu, ponieważ
wszystko w zastraszającym tempie przesiąkało dymem. – Przestałem sprawdzać, jak
miarka się skończyła.
Drew bowiem nie nadawał się do
propagowania hasła „Nie pal, bo nie urośniesz”. Mimo swojego wzrostu nosił
dodatkowo buty na obcasie.
Fredy zaśmiał się i przytaknął, siadając
na wyściełanym poduszkami półokrągłym wykuszu dzielącym część kuchni ze
zmywarką, lodówką i tym podobnym sprzętem, a tą z kuchnią elektryczną, blatem i
szafkami z naczyniami. Rozłożony wygodnie wbił wzrok w drewniane belki na
suficie pomalowane białą farbą.
– Co? – odezwał się Fredy. – Łapią cię
wątpliwości?
Spojrzeli na siebie niemal w tym samym
momencie. Drew podrapał się po rozczochranej czuprynie.
– Nie, chyba nie – odparł i zamyślił
się, gasząc papierowa w zlewozmywaku. – Może trochę. To znaczy, nie chodzi o
to, że nie jestem pewny uczuć do niej, ale zastanawiam się, co będzie dalej… A
ty i Ali?
Fredy’ego wyraźnie zdziwiło pytanie
przyjaciela. Poruszył się niespokojnie na ławce, wyraźnie zamyślony.
– Wiesz, kocham ją ponad wszystko. Odkąd
rodzina na dobrą sprawę się mnie wyparła, nie miałem nikogo poza wami, ale to
jednak nie to samo… – mówił powoli, nie patrząc przyjacielowi w oczy. – W moim
życiu było kilka kobiet i…
– Boisz się, co? – przerwał mu Drew. –
Boisz się, że wam się nie uda. Dobrze wiem, że jesteś typem człowieka, który
nie szuka dziewczyny, tylko żony.
Podszedł do kumpla i zmierzwił jego
czarne włosy na czubku głowy pięścią.
– Ty niepoprawny romantyku – zaśmiał się.
– Jeśli nie spróbujesz, to się nie dowiesz, jak to mówią.
– Ale czego mam spróbować? – zapytał
zdziwiony, odgarniając pukle włosów, które opadły mu na oczy.
– Jak już będziesz pewny, oświadcz się
jej… – wyjaśnił Drew, zaglądając do szafki pod blatem w poszukiwaniu patelni. –
Kurwa mać! Gdzie ta kobieta trzyma gary?!
Fredy zaśmiał się w głos.
– Sprawdź w piekarniku…
– Chyba, kurna, kpisz… – mruknął
chłopak, otwierając drzwi pod kuchenką elektryczną. – Kto normalny trzyma
patelnię w… – zamilkł nagle.
Z przygaszoną miną wyjął przedmiot,
którego szukał.
– Każda kobieta – Fredy ponownie
parsknął śmiechem.
– No bardzo zabawne – mruknął
pogardliwie Drew. – Przymknij twarz i odmierz pół szklanki mąki. A, i pomóż
szukać miksera, jeśliś taki mądry.
***
Klara z promiennym uśmiechem rysowała
dzieciakom portrety, malowała im twarze i uczyła robić zwierzaki z orgiami.
Ludzie z sąsiedztwa przyprowadzali swoje dzieci na akcję, którą zorganizowała
przy pomocy Sevi’ego i jego dziewczyny, Rose. Gitarzysta był bardzo zaangażowany
w zabawę z dziećmi. Najprawdopodobniej głównie przez to, że miał czteroletnią
córeczkę, o której istnieniu dowiedział się około miesiąc wcześniej. Siedział z
dzieciakami w głównej sali ośrodka wychowania artystycznego i pokazywał, jak
gra się na gitarze.
Wojtek właśnie wręczył kota złożonego z
kilku kartek papieru małej dziewczynce w jasnych dżinsach i koszulce z logo The
Ramones. Uśmiechnęła się promiennie i podeszła do Klary.
– Ciociu, pokażesz mi później, jak
składać ptaki, które machają skrzydłami? – zapytała i odgarnęła z czoła brązowe
loki.
– Pewnie, słonko – odparła i pogłaskała małą
po główce. – Jutro jak przyjdę z Drew do twoich rodziców, nauczę cię.
– Dziękuję – zawołała uradowana i
pobiegła w stronę Rose, pochwalić się prezentem od jej brata.
– Kim jest ta mała? – zapytał Wojtek,
zaczynając składać żurawia z pomarańczowej kartki.
– Mary, córka Sevi’ego – wyjaśniła
zwięźle.
– Nie wiedziałem, że Seth ma dziecko –
mruknął jakby do siebie, a Klara podziękowała Bogu, że nie drążył tematu. Zbyt
długa historia. – Bluzkę dostała od ojca czy od pewnego wujka imieniem Drew?
Klara parsknęła śmiechem.
– Oczywiście, że od wujka – odparła z
trudem. – Ojciec kupił jej taką z logo The Rolling Stones.
Cały ten dzień był pełen pozytywnych
emocji. Klara kochała takie imprezy. Uwielbiała dzieci i sama miała nadzieję,
że będzie miała swoją gromadkę. Na razie marzyła jej się trójka, ale wiedziała,
że czas pokaże. W aktualnym momencie dzieciaków nie było tak dużo, jak godzinę,
czy dwie temu, bo rodzice już pozabierali je do domów. Słońce już chyliło się
ku horyzontowi, choć godzina była jeszcze młoda. Dziewczyna pożegnała się ze
znajomymi, ubrała się i wyszła na mróz. Nie miała ochoty opuszczać tamtego
miejsca, ale to był jej czas. Ostatnie przygotowania, nerwy. Nie chciała nawet,
żeby wszystko było idealnie, wystarczył jej sam sakrament małżeństwa. Nie
potrzebowała wielkiego, czy choćby nawet małego wesela. Za dużo stresu…
– Jak ty to robisz, kochana, że jesteś
tak pełna życia? – odezwała się kobieta, odziana w długie futro, podchodząc do
Klary. Matka Drew i jej przyszła teściowa. Poprawiła ręcznie haftowany szal,
przewiązany dookoła szyi. Jej wyrafinowana twarz uśmiechała się przyjaźnie do
synowej. Skóra usiana zmarszczkami nadawała jej kobiecości i postawy jakiej nie
powstydziłaby się nawet renesansowa hrabina.
– Po prostu. – Klara roześmiała się. –
Kocham życie. Wiem, że jest krótkie i dlatego staram się czerpać z niego
garściami.
– Boże drogi, jakie mój syn ma
niesamowite szczęście, że na ciebie trafił… – Mówiła elegancka kobieta, która
najprawdopodobniej nigdy nie dowiedziała się czym jest życie. Najchętniej
spędziłaby cały swój czas przed telewizorem lub kominkiem w wielkiej willi ze
służbą, nie interesując się synem, a mężem sporadycznie. A świat był przecież
taki piękny. Klara chciała zobaczyć tyle miejsc. Przyroda, zabytki,
architektura – tak wiele rzeczy ją fascynowało, tyle magicznych miejsc.
Nienawidziła marnowania czasu. Dlatego tyle zajmowała się dziećmi. Wszystko po
to, by pokazać im jaki świat jest wielki i piękny. Nie mogła przecież pozwalać,
żeby z jej wychowanków wyrośli ograniczeni ludzie.
– Dobrze, dziecko – kobieta ciągnęła
dalej. – Już cię nie zatrzymuję. Wracaj do domu.
– Nie chcecie z tatą zatrzymać się u
nas? – zaproponowała Klara. – Mamy duży dom.
– Ale stary. Ten zapach i wilgoć –
westchnęła, po czym zaczerpnęła głęboko grudniowego, suchego powietrza, które
szczypało w nozdrza i skórę. – To nie dla mnie. Mamy wynajęty pokój w hotelu w
sąsiednim miasteczku. Niedaleko twojego rodzinnego domu. Do zobaczenia.
Nim dziewczyna zdążyła odpowiedzieć,
teściowa wsiadła do taksówki i odjechała ku wylotowi z miasta.
Klara pokręciła lekko głową z uśmiechem.
Ruszyła do domu. Matka Drew mówiła o tym samym hotelu, w którym zatrzymał się
jej ojciec z Wojtkiem.
Kiedy miała sześć czy siedem lat,
rodzice rozwiedli się. Jej wówczas dwuletni brat został z ojcem w kraju, a
konkretnie w Krakowie. Ona z kolei wyjechała z matką do Stanów. Poszła do
szkoły, poznała Drew, jakieś 12 lat później on, Max, Sevi, Fredy i Jack założyli
zespół, który też miał swoje wzloty i upadki zanim w ogóle wyszli na scenę
muzyczną po raz pierwszy. Była z niego wtedy tak przeraźliwie dumna. Ale i bała
się. Przerażała jej perspektywa życia z dala od niego. Muzyka zawsze była
obecna w ich życiu, ale myślała, że tym razem to ona wygra z Klarą. Wtedy
zaczęły się ich kłótnie, łzy, niemoc. Pierwsze koncerty, w niedługim czasie
demo, pierwsza płyta, nagrody w konkursach… lecz nie tylko. Sława, kobiety,
alkohol, narkotyki. Wielki świat gwiazd muzyki rockowej. Była przewrażliwiona.
Doszło aż do ich rozstania na rok około sześć miesięcy po powstaniu Cold Iron.
Wówczas jeszcze The Shadow.
Mimo wszystko muzyka odeszła na dalszy
plan, choć nadal była drugą prawdziwą miłością Drew. W dodatku odwzajemnioną.
Pod koniec szkoły podstawowej zaczął uczyć się grać na gitarze klasycznej. Już
wtedy instrumenty klawiszowe nie miały przed nim tajemnic. Jakiś czas później
kupił sobie elektryka, aż w końcu w jego życiu pojawiła się gitara basowa.
Pamiętała jeszcze, jak wziął bas do rąk po raz pierwszy i już potrafił świetnie
grać. Dwa dni później dołączył do swojego pierwszego zespołu, który jednak
szybko się rozpadł.
Uśmiechnęła się z własnych myśli. Dawno
nie wspominała tych czasów…
Zimny wiatr rozwiał jej wspomnienia.
Niósł nową przyszłość.
***
Zapalił świecę, włączył płytę ze
składanką ich ulubionych piosenek i stanął przy oknie, wyglądającym na podjazd
i krużganek domu. W oddali już rysowała się postać w czerwonym, flauszowym
płaszczu. Nie widział jej smukłej, drobnej sylwetki od rana. Była na przymiarce
sukni ślubnej, potem na warsztatach dla dzieciaków z okolicy, które
organizowała. Wszędzie było jej pełno, do wszystkiego się rwała chętna do
pomocy każdemu.
– Ale zimno – usłyszał jej wesoły głos z
ganku.
Przystanął przy futrynie drzwi
prowadzących z przestronnego salonu i zobaczył, jak wiesza płaszcz na wieszaku.
Odwróciła się i przyjrzała mu z
uśmiechem. Jej twarz promieniała. Zaróżowione policzki były jeszcze bardziej
rozświetlone przez setki piegów.
Z nieodgadnionym, delikatnym uśmiechem
zawierającym nutę tajemnicy odwrócił się i ruszył w głąb domu, w kierunku
jadalni. Będąc odwróconym od niej, uśmiechnął się szeroko, ale kiedy dotarł do
zastawionego na dwie osoby stołu, opanował wyraz twarzy.
– Co się stało? – zawołała i wbiegła do
części jadalnej, łączącej salon z kuchnią. Zamarła w pół kroku.
On zdążył już stanąć za odsuniętym dla
niej krzesłem. Widział wahanie w jej oczach. Zdumienie i zachwyt malujące się
na twarzy.
Podeszła niepewnie do niego i zajęła
miejsce. Drew nie miał większego problemu z przysunięciem jej do stołu. Stanął
obok, chwycił otwartą już butelkę wina i wlał jego zwartość do dwóch
kieliszków, napełniając je do połowy. Usiadł naprzeciw dziewczyny i spojrzał na
nią znad bukietu białych lilii, których cudowny zapach roznosił się po
pomieszczeniu.
Klara wzięła głęboki oddech. Przez
chwilę jej wzrok był rozanielony, jakby delikatna, słodka woń pieściła jej
ciało…
– Co tutaj tak śmierdzi? – zapytała
szybko ze zdumionym wyrazem twarzy.
– A już myślałem, że nie wyczujesz –
westchnął Drew. – Fredy przypalił jedzenie.
– Zmusiłeś go do pomocy? – zaśmiała się
dziewczyna.
– Tak – mruknął, przeciągając
samogłoski. – Wiem, moja wina. Mogłem pomyśleć…
Klara parsknęła śmiechem.
Na jego twarzy pojawił się mimowolny
uśmiech. Ona zawsze zarażała swoim dobrym humorem. Człowiek czuł się lepiej w
jej towarzystwie, nawet kiedy nie miał ochoty na życie. I właśnie to było
piękne.
– A tak w ogóle, co piekliście? –
zapytała ciekawa, podnosząc stalowe nakrycie, zasłaniające danie. Na jej
talerzu leżały dwa przekrojone na pół czekoladowe naleśniki z bitą śmietaną i
owocami w środku. Zapewne zauważyła kawałki mandarynek i bananów.
Drew uznał, że tym razem przygotowanie
kolacji wyszło mu zaskakująco dobrze. Był z siebie dumny. A widząc zachwyt w
oczach swojej przyszłej żony i to z jakim smakiem zajada się kakaowymi
plackami, podnosiło jego samoocenę jeszcze bardziej.
***
Wina nie piła, choć miała ochotę, dwa
naleśniki… Klara dochodziła do wniosku, że może tak żyć zawsze. Drew zaskoczył
ją tego dnia. I to bardzo. Miała nadzieję, że to nie ostatnia taka miła
niespodzianka w ich wspólnej przyszłości.
Rozmawiali i śmiali się, siedząc z kubkami
gorącej czekolady w dłoniach na dużej sofie przed płonącym w kominku drewnem.
Języki ognia lizały powietrze, dając im ciepło i uczucie spokoju. Chwilę przed
północą jej narzeczony poszedł wziąć prysznic, a ona została sama, choć wcale
się tak nie czuła. Była przeszczęśliwa.
Siedziała teraz na parapecie okna w ich
sypialni i patrzyła na góry widniejące w oddali. Krajobraz Montany od zawsze ją
zachwycał.
Z łazienki po przeciwnej stronie
korytarza słyszała szum wody. I wręcz nie mogła się doczekać, chwili kiedy znów
będzie w ramionach Drew.
Kochała go całym sercem. A on ją. Matka
chłopaka miała rację. To cud, że się odnaleźli i przetrwali te wszystkie lata.
Wstała z parapetu i stanęła na środku
pokoju. Serce zaczęło wybijać znacznie szybszy rytm, różniący się od
naturalnego. Spojrzała na łóżko. Narzutę zdobił orientalny wzór w odcieniach
złota i jasnych brązów, a jedwabny materiał zsuwający się spod sufitu dawał
wrażenie bezpieczeństwa. Rozpuściła koka zaplecionego z warkocza, a jej niemal
czarne włosy opadły pofalowaną kaskadą na kark i ramiona. Odgarnęła kołdrę i
rozebrała się.
Naga, na palcach przeszła przez pokój, a
potem wąski korytarz i uchyliła drzwi do łazienki. Stara podłoga w tym czasie
zaskrzypiała nieznacznie jedynie kilka razy. Wśród kłębów pary przez szklane
drzwi prysznica dostrzegła Drew, z zamkniętymi oczyma usuwającego szampon z
włosów sięgających ramion. Pod wodą ciemny blond wydawał się jaśniejszy kilka
tonów, a niemal czarne pukle u nasady głowy sprawiły wrażenie odrostów, choć
nigdy ich nie farbował. Miał taki błogi wyraz twarzy. Opuściła wzrok niżej.
Jego męskość spoczywała wśród ciemnych loków.
Otworzyła drzwi prowadzące do małego
pomieszczenia ukształtowanego na prysznic. Gwałtownie otworzył oczy. Na jego
dotychczas spokojnej twarzy pojawiło się zdziwienie. Weszła do środka, a jej
ciało oblały strumienie ciepłych kropli.
Błądził wzrokiem po jej ciele, po czym
wrócił do twarzy. Położył dłoń na jego karku. W oczach Drew pojawiła się iskra
pożądania. Nie, nie tylko iskra. Zapłonął w nich ogień. Przyciągnął ją do
siebie i pocałował mocno, żarliwie. Żadnej wstępnej zabawy w kotka i myszkę,
budowania napięcia – po prostu rozszalała namiętność. Po raz kolejny badał jej
usta. Za każdym razem z nowym uczuciem. Do samego całowania jej musiał odrobinę
przykucnąć, a ona stanąć na palcach, ale nie sprawiało to im problemu. Zacisnął
dłonie na jej pośladkach i przyciągnął do siebie.
Wplotła palce w jego gładkie włosy.
Odsunęła się od jego ust i obsypała drobnymi pocałunkami jego klatkę piersiową.
Poczuła ostrożny ruch jego dłoni,
wsuwającej się pomiędzy ich ciała. Dotknął jej piersi.
– Jesteś przepiękna – szepnął.
– Skoro tak twierdzisz…
Chciał coś odpowiedzieć, ale nie zdążył.
Zsunęła dłoń po jego płaskim brzuchu, aż dotarła do szorstkich włosków. Objęła
go. Głośno wciągnął wilgotne powietrze do płuc.
– Klara – sapnął cicho i oparł się o
zimne płytki na ścianie. – Dobry Boże…
– Yhym…? – mruknęła, przesuwając
delikatnie dłoń po jego członku. Nabrzmiał, ale skórę miał miękką i delikatną.
Najbardziej na czubku.
– Nie wiem czy wytrzymam…
– Dasz radę. – Wysunęła się jego ramion
i ulękła na płytkach. Wzięła go w usta. Był duży, bardzo duży, ale dawała sobie
radę, choć ciągle nabrzmiewał. Ponownie chwyciła go dłonią. Czuła jego drżenie
i jęki od czasu do czasu.
Wyprostowała się, ale nie cofnęła ręki.
Wspięła się na palce i wyszeptała, przytulając policzek do jego piersi „Kocham
cię”.
– Rany boskie! – Otworzył oczy. Jego
wybuch był silny. A jej przynosiło to niemal identyczną rozkosz.
Puściła go i obmyła się szybko, ale nie
zdążyła zrobić nic więcej. Przyciągnął ją do siebie, po czym uniósł za
pośladki.
Chwyciła go za ramiona, a nogami objęła
w pasie.
Uśmiechnął się do niej zadziornie, spod
niesfornych kosmyków wycieniowanych włosów, które opadały mu ma oczy. Jego
twarz wydawała się teraz dużo mniej urocza niż zazwyczaj. Nie był chłopcem, ale
mężczyzną.
Podniósł ją wyżej, żeby dosięgnąć ustami
piersi dziewczyny, a ona czuła wszechogarniającą rozkosz z każdego pocałunku
oraz ruchu jego warg i języka. Zadziwiał ją na nowo. Sprawiał, że doznania za
każdym razem były inne.
Włożył dłoń pomiędzy ich ciała. Nim
zdążyła się zorientować, jego palec był w niej. Jęknęła głośno. Poruszał nim
powoli i z wyczuciem. Przyspieszał stopniowo. A po niej coraz szybciej
rozpływała się fala gorąca. Płonął w niej ogień, którego nie dało się już
opanować.
Nadal trzymając ją mocno, wyszedł z
łazienki i ułożył na skraju łóżka. Kiedy wyjął z niej palce, chciała zsunąć
nogi, ale przytrzymał jej kolana. Uklęknął przy materacu, po czym zaczął
błądzić ustami po wnętrzu jej ud. Dotknął najbardziej intymnej części jej
ciała. Była spięta i spragniona, bez tego kroku. Wystarczyło, że raz poruszył
językiem. Było po niej. Wybuch nastąpił niemal natychmiast, a z jej ust dobył
się krzyk.
Położył ją wyżej na materacu, a sam
opadł obok. Wziął ją w ramiona i zaczął całować włosy Klary.
– Kocham cię. – Przeniósł usta na jej
policzek. Oddech miał gorący i niespokojny. – I zawsze będę cię kochać. –
Dotknął wargami karku dziewczyny.
Otoczyła go nogami. Jej cudowny Drew. To
właśnie z nim miała spędzić resztę życia. I nie mogła już się doczekać chwili,
w której wypowie to jedno, wiążące słowo. Było tak ważne, choć zawierało tylko
trzy litery.
Wszedł w nią.
Jęknęła i spięła się instynktownie.
Oddychał ciężko, nierównomierni, ale nie miał zamiaru przestawać. Wypełniał ją
ciałem, duszą i sercem, a głos jej mężczyzny unosił się echem w głowie Klary.
– Drew – sapnęła i spojrzała mu w oczy.
W ich niebieskim blasku było coś więcej niż tylko namiętność. Widziała w nich
spokój, miłość, zrozumienie, ciepło, szczęście… Był częścią jej serca.
***
Uśmiechnęła się na samą myśl o widoku,
który zastała rano, kiedy wstawała. Drew spał ze spokojnym wyrazem twarzy. Był
wręcz uroczy. Pukle jego wycieniowanej grzywki opadały mu na oczy, a cienie
rzęs kładące się na kościach policzkowych nadawały mu jeszcze większej
delikatności i uroku.
Klara nadal była pobudzona po nocy,
którą spędzili razem. Żal jej było zostawiać go śpiącego, ale zostawiła mu
kartkę przyczepioną do lodówki, na której napisała, że idzie do Rose, Sevi’ego,
Alice i Fredy’ego, jak obiecała Mary. Dodała też godzinę swojego powrotu oraz
wiadomość, że zostawiła mu na stole świeże, chrupiące tosty i kawę.
Miała iść do hotelu oddalonego o kilka
kilometrów z Drew, ale uznała, że jednak da mu spokój, a poza tym tego dnia
mieli przyjechać Jack z dziewczyną i Max z żoną. Uznała więc, że lepiej będzie,
jeśli ktoś zostanie w domu na wszelki wypadek. Wokaliście Cold Iron coś się
ostatnio przestawiło i przestał się spóźniać. Klarę to wręcz cholernie bawiło.
Bardzo lubiła Maksa. Chłopak był taką osobą, którą lubisz, albo nienawidzisz. Nie
wnikała bardziej w jego osobowość, bo gdyby to robiła, zapewne znienawidziłaby
go.
Szła poboczem drogi. Pogoda była ładna,
niebo bezchmurne, a promienie słońca odbijały się w iskrzącym, świeżym śniegu,
który pokrył świat w nocy. Równiny Montany idealnie współgrały z białą
pierzynką.
Jej suknia miała taki sam idealnie śnieżny
kolor. A już kolejnego dnia z samego rana miała w niej wystąpić. Uśmiechnęła
się do siebie i podskoczyła lekko mimo woli uradowana.
***
Klara już spóźniała się pół godziny. A
jeśli chodzi o nią, to bardzo dziwne. Zawsze była punktualna. Cóż, pewnie
zwyczajnie zasiedziała się, pogrążona po uszy w rozmowie z dziewczynami i
zabawie z Mary.
Kawałki drewna ginęły, lizane
płomieniami ognia w kominku. Widoczny był zaledwie ich zarys.
Drew z przemyśleń wyrwał nagle dźwięk
dzwonka do drzwi. No nareszcie wróciła. Uśmiechnął się w duchu. Dzwonek
zabrzęczał ponownie. Czyżby zapomniała kluczy? Tego też nie miała w zwyczaju.
Podbiegł do głównego wejścia i otworzył
drzwi. W progu stali dwaj umundurowani mężczyźni w średnim wieku, a na
podjeździe zaparkowany został radiowóz. Znacznie wyróżniał się na tle białego
śniegu. Nie dało się go nie zauważyć.
– Pan Drew McKay? – zapytał jeden z
nich.
Drew zdziwił się. Czyżby chodziło o
któregoś z jego kumpli? Znowu? Na pewno nie Sevi, bo się ustatkował. Z kolei
Max i Jack jeszcze nie przyjechali, więc nie mogli narozrabiać. Bynajmniej w
takim stopniu, żeby do jego drzwi zapukała miejscowa policja.
– Tak – odparł i zaśmiał się, kręcąc
lekko głową. Jego włosy zafalowały. – Fredy znowu zaszalał, czy chodzi o „jego”
stare przygody z haszyszem?
– Musi pan pojechać z nami – dodał drugi
mężczyzna z powagą, której chłopak nie zauważył.
– Czyli rzeczywiście coś przeskrobał –
żartował dalej. – Ile kaucja? – mruknął. – A z resztą… Proszę się zgłosić do
jego dziewczyny. Już nie ja go niańczę. Koniec tego po piętnastu latach…
– Chodzi o pańską narzeczoną – przerwał
mu pierwszy z mundurowych. – Miała wypadek.
W ciągu ułamka sekundy uśmiech spłynął z
twarzy Drew bezpowrotnie. Już nie był skory do śmiechu, a w głowie zaczęły się
tworzyć najczarniejsze scenariusze.
***
Kiedy policjanci wprowadzili go do
szpitala miejskiego, w jego myślach utworzył się obraz nieprzytomnej Klary,
leżącej na łóżku na oddziale intensywnej terapii, albo pooperacyjnym. Widok ten
zaczął znikać z każdym ich kolejnym krokiem. Duszna mała winda; opustoszały
korytarz, przesiąknięty zapachem medykamentów i środków czystości, który
drażnił nozdrza… Szare drzwi numer 265.
Po prostu szedł za funkcjonariuszami. Niczym
roślina. Poruszał nogami i czuł, że się przemieszcza, ale jego myśli wirowały w
innej przestrzeni i czasie.
W pomieszczeniu, do którego go
wprowadzono, stała para ludzi; kobieta płakała, a mężczyzna obejmujący ją
ramieniem miał podpuchniętą twarz. Był tam również młody chłopak. Spojrzał na
Drew. Jego czerwone oczy wyrażały wszystko. Byli to rodzice Klary oraz jej
młodszy brat.
Mężczyzna w białym kitlu i lateksowych
rękawiczkach chwycił białe płótno, okrywające żelazny stół, który stał przed
nimi. Odsłonił głowę i barki ciała tam spoczywającego.
Oczom chłopaka ukazała się blada twarz,
usiana na nosie i policzkach jasnymi piegami, o długich rzęsach, kładących cień
na kości policzkowe, różanych pełnych ustach. Patrzył na jej gładką cerę,
lśniące włosy. Miał wrażenie, że ona tylko śpi… Że zaraz otworzy oczy, wstanie
i uśmiechnie się do niego.
Widział jej zdziwienie z poprzedniego
wieczora, uczucia podczas spędzonej razem nocy. Przed jego oczami pojawiły się
wspomnienia dobre i złe, które miały miejsce przez ostatnie dwadzieścia lat. I
wszystko się skończyło. Miał już nigdy jej nie pocałować. Nie mógł wyznać jej
miłości. Słowa „I że cię nie opuszczę, aż do śmierci” nabrały zupełnie innego
znaczenia. Nagle zdał sobie sprawę, że życie ludzkie jest niczym bomba
zegarowa. Może wybuchnąć w każdej chwili.
Stał nieruchomo, niby niewzruszony. Obok
rodzice Klary zanosili się płaczem, a on po prostu wpatrywał się w spokojny
wyraz twarzy miłości swojego życia.
W przeciągu jednej sekundy uświadomił
sobie, że to definitywny koniec. Już nigdy nie spotka kogoś równie wspaniałego.
Odwrócił się na pięcie i wyszedł.
Patrzył pustym wzrokiem przed siebie. Nie zwracał uwagi na nic. Od ścian
pustego korytarza odbijał się dźwięk stukania obcasów jego butów. Wydawało się
to takie przytłaczające… Nie przystanął nawet na chwilę. Z piwnic szpitalnych
wyszedł po schodach, potem głównym korytarzem ku wyjściu. Jakaś pielęgniarka
starała się nadążyć za jego krokiem i mówiła coś, na co nie zwracał uwagi.
Otworzył dwuskrzydłowe drzwi i wyszedł na zewnątrz. Zrobił kilka kroków w
śnieg.
– Niech pan wsiądzie do samochodu. –
Policjant, który przywiózł go do szpitala, teraz zaprowadził go do radiowozu.
Drew w zasadzie sam nie wiedział, co
robi.
– Jak to się stało? – zapytał,
przenosząc osłupiały wzrok na mężczyznę.
– Pańska narzeczona szła rano poboczem
drogi. Pewien mężczyzna prowadził samochód z nadmierną prędkością – tłumaczył
ze współczuciem w głosie i na twarzy. – Potrącił ją i zostawił, nie udzielając
pomocy. Mamy świadka tego wydarzenia, więc znajdziemy sprawcę. Niestety nie
udało się uratować dziewczyny.
Drugi policjant siedział za kierownicą.
– Kierowca tego pojazdu odpowie za
nieudzielenie pierwszej pomocy i podwójne zabójstwo – dodał.
– Podwójne? – zapytał Drew głosem bez
wyrazu.
– Tak – odparł pierwszy funkcjonariusz,
kiedy już siedział na miejscu pasażera. Podał chłopakowi szarą kopertę formatu
A5. – Pańska narzeczona była przy końcu drugiego miesiąca ciąży. To wydruki ze
szpitalnych kartotek i jej akt.
Drew wyciągnął z koperty zdjęcia USG.
Czarne, szare i białe punkty układały się w coś rzeczywistego. Nie był w stanie
nic z tego wyczytać, ale wiedział, że było to jego dziecko. Dziecko, którego
płci nawet nie znał. Klara wiedziała, że jest w ciąży i nie powiedziała mu o
tym. Zapewne czekała na odpowiedni moment.
Schował zdjęcia do tylnej kieszeni
spodni i spojrzał przez okno samochodu. Świat przykryty białą pierzyną śniegu
zdawał się być taki niewinny.
***
Ściągnął kowbojki z nóg, a kurtkę rzucił
na podłogę w krużganku. Mimo że w domu było ciepło, dookoła panował
przenikający do szpiku kości chłód. Wszedł do salonu, ruszył po schodach na
piętro. Stare deski na podłodze w korytarzu skrzypiały jak zwykle, ale tym
razem było w tym coś innego. Strach, samotność. Dom, który Drew kupił dla nich obojga;
miejsce, w którym mieli być wolni i wspólnie dożyć starości, nagle stało się
więzieniem. Okazało się być obce, odległe.
Nagle wszystko zaczęło do niego docierać
tak naprawdę… Że już nigdy nie obudzi go delikatny pocałunek dziewczyny; że nie
zobaczy już jej wesołego uśmiechu i tych błyszczących oczu. Już nie poczuje jej
miękkich ust na swoich wargach; nie wplecie palców w jej włosy; nie poczuje
zapachu skóry.
Stanął pod ścianą obok drzwi sypialni i
osunął się na podłogę. Ukrył twarz w dłoniach.
Świat stał się obcy i pusty.
Oparł głowę o ścianę, a jego ramiona
opadły na ugięte kolana. Po policzkach popłynęły łzy. Czuł się taki bezradny.
Boleśnie bezsilny.
– Dlaczego?! – wrzasnął, patrząc w
sufit, ale jego wzroku jakby to nie ograniczało.
Nie rozumiał, co złego w życiu zrobiła
Klara. Czym zawiniła, że los tak ją pokarał… I jak w takich sytuacjach wierzyć
w Boga? Kiedy ginie młoda, niczemu winna dziewczyna, a mordercy i gwałciciele
nadal chodzą bezkarnie po tym świecie… No jak? Nie rozumiał; nie chciał zrozumieć.
Po policzkach Drew spływało coraz więcej
łez, których nie mógł powstrzymać. Pierwszy raz od lat dziecięcych płakał. Jak
małe dziecko…
Uniósł się lekko z podłogi i wyciągnął z
kieszeni spodni, coś co w niej czuł. Zdjęcia USG Klary. Zapomniał o nich. Otarł
łzy z prawego policzka wierzchem dłoni i pogładził kciukiem kształt
przestawiony na czarnym tle. Zginęła nie tylko ona. Również dziecko, które
dopiero zaczynało się kształtować. Nie poznało nawet tego świata i już zostało
zabrane.
Nie widział sensu istnienia. Nie chciał
wychodzić z domu, spotykać się z ludźmi. W jednej chwili odechciało mu się żyć.
Po chwili niespodziewanie z dołu
rozległa się melodia… Zadzwoniła jego komórka. Nie ruszył się nawet, żeby po
nią pójść. Słuchał tylko ulubionej piosenki jego i Klary. „Don’t Cry” Guns N’
Roses wypełniała dom dawnym spokojem. Spokojem, który już nigdy miał się tam
nie pojawić. Poczuł się jakby siedział, obok Klary, która nuci razem z
wokalistą. Jakby chciała mu tym samym przekazać, że nadal przy nim jest. Śpiewała,
żeby nie płakał, bo ona wciąż go kocha i jest przy nim. Patrzy na niego z nieba
i nie przestanie nad nim czuwać. Chciał powstrzymać łzy, ale nie był w stanie.
I taki jest paradoks tej piosenki. Słowami utworu tłumaczyła mu, że jutro
będzie lepiej. Żeby pamiętał, że ona nadal go kocha…
Zerwał się z podłogi i wbiegł do małego
biura. Wygrzebał długopis i kartkę w sekretarzyku, po czym zaczął pisać,
spoglądając kątem oka na zdjęcie jego nienarodzonego dziecka…
Nie płacz już, pomyślał sobie, ale ta
myśl wycisnęła z jego oczu kolejne słone krople. Jedna z nich upadła na kartkę
papieru, rozmywając atrament pióra.
***
– Sądzicie, że to niesprawiedliwe, że
odeszła tak młoda dziewczyna, która dodatkowo spodziewała się potomstwa. –
Mówił ksiądz podczas pogrzebu. Ciało Klary leżało w zamkniętej trumnie odziane
w suknię ślubną. Mały kościółek wypełniony był rodziną i przyjaciółmi, ludźmi
bliskimi sercu dziewczyny. Drew wpatrywał się w przestrzeń z lekko pochyloną
głową. Oczy go piekły, ale przysiągł sobie, że nie będzie płakać. Fredy trzymał
za rękę Alice, która ocierała łzy. Rose i Seth stali obok nich. Sevi trzymał na
rękach Mary. Dziewczynka płakała, mimo że była zbyt mała, żeby zrozumieć, co
tak naprawdę się stało. Max z żoną stali gdzieś w końcu kościoła, a Jack wraz z
Katy byli tuż za Drew, starając się podtrzymać go na duchu. – Macie rację. Nie
mogę powiedzieć, czemu takie są wyroki boskie. Nie usprawiedliwię Boga, bo ja
również nie rozumiem, czemu to zrobił. Zginęła dziewczyna, która nie zdążyła
jeszcze zasmakować życia. Chciała zobaczyć tak wiele. Tyle rzeczy ją
intrygowało. Była pomocna i robiła wszystko bezinteresownie. Niemal każde
dziecko z okolicznych rodzin ją znało i uwielbiało się z nią bawić. Była
szalona, ale umiała zachować umiar w czynach. Wiedziała, co jest dobre i
starała się złemu nie ulegać. My wszyscy tutaj zgromadzeni znaliśmy ją i
kochaliśmy. Pewien mężczyzna miał z nią spędzić resztę życia… Zwróćcie uwagę,
że spędził. I zapewne nie zmarnował żadnej chwili. To właśnie on, pisząc słowa
piosenki, używa metafor takich jak: „Zabiera jej oddechu cień”, „Ogień w jej
oczach kruszy się w lód”, „Odchodzi w swój własny cień” czy „Głos stłumiony
martwą łzą” podkreśla ulotność ludzkiego życia. Należy się nim cieszyć, nie
zapominając jednak o konsekwencjach. Tak jak robiła to Klara. – Drew słuchał
księdza, starając się poluzować uścisk w gardle, który ciągle narastał. –
Pamiętam pewną sytuację. Około siedem lat temu Klara przyszła do mnie, żeby
porozmawiać. Był to jeden z gorszych okresów w jej życiu. Rozstała się wtedy z
Drew. Mówiła, że to koniec; że już nigdy nikt nie zakocha się w niej. Że on jej
na nowo nie pokocha. Powiedziałem jej wówczas, że to nie prawda. Jeśli
kiedykolwiek podzielicie jej myśli, zwróćcie się do Marii. Ona was kocha i
wysłucha waszych próśb o miłość. Jej wysłuchała. Zatem módlmy się, aby tamten
świat był o wiele lepszy, niż ten, którym nie zdążyła się nacieszyć. Śpij
słodko i śnij o życiu, gdzie każdy dzień jest kolorowy i szalony jak ty.
Cieszmy się, że trafiła do nowego świata i nie płaczmy, ponieważ ona nie
chciałaby tego.
W tym opowiadaniu, tworząc postać Klary, wzorowałam się na dwóch młodych kobietach. Jedną z nich znałam osobiście. Na bazie jej charakteru i poglądu na
świat powstała główna bohaterka - ciesząca się każdą chwilą, zwariowana dziewczyna… W dniu
śmierci miała zaledwie siedemnaście lat. Klara zginęła dokładnie w taki
sposób jak druga z dziewcząt - kilka dni przed ślubem z chłopakiem, którego
kochała od czasów szkoły podstawowej.