wtorek, 21 lipca 2015

04. Nie Płacz

Dlaczego 04, a nie 03? Cóż odpowiedź na to pytanie jest prosta. Nie lubię trzeciego opowiadania i niekoniecznie chcę do niego wracać. Kiedyś je wstawię, ale jeszcze nie teraz.

W opowiadaniu użyłam tekstu piosenki starego przyjaciela, kompozytora, tekściarza i wokalisty.

Obecnie ulubionym i najlepiej opisującym mój stan jest "Lśnienie", chociaż tak naprawdę każdy z tekstów nawiązuje do konkretnych osób, wydarzeń czy przeżyć moich albo mniej lub bardziej ze mną związanych. Bo przecież pisarza kształtują doświadczenia.
 Zdaniem osób, które już przeczytały poniższe opowiadanie (a było ich niewiele), jest ono jednym z najbardziej wzruszających.
Tak więc przedstawiam wam Klarę i Drew (jego już chyba znacie). Ich życie nie należało do najłatwiejszych... Każdemu życzę takiej miłości, ale nikomu takiego zakończenia.




Nie Płacz

Grudzień.
Rok 2012.
„Give me a whisper
And give me a sign
Give me a kiss before you
tell me goodbye
Don't you take it so hard now
And please don't take it so bad
I'll still be thinkin' of you
And the times we had... baby
~ Guns N’ Roses

Drew szedł jedną z mniej uczęszczanych wieczorami przez mieszkańców ulicą małego miasteczka w stanie Montana. Dwa dni później miał odbyć się najszczęśliwszy dzień w jego życiu. Żenił się z kobietą, którą kochał ponad wszystko. Tak właśnie myślał o Klarze. Zdawał sobie sprawę, że może to brzmieć błaho i tandetnie, lecz ślub nie był zwykłą zachcianką jakiegoś tam gwiazdora, któremu do głowy uderzyła woda sodowa. Nic z tych rzeczy. On i jego przyszła żona poznali się w szkole podstawowej i już wtedy zostali parą. Datę ceremonii ustalili na początek grudnia, czyli dwudziestolecie bycia razem. Nie wyobrażał sobie nawet, że mógłby być szczęśliwszy z jakąś inną kobietą. W Klarze był bezgranicznie zakochany. A taka miłość nie zdarzała się często.
Uśmiechnął się w duchu. Zdecydowali również, że po ślubie jadą razem w dalszą trasę koncertową Cold Iron. Chłopaki z zespołu nie mieli nic przeciwko. Wszyscy bardzo lubili jego dziewczynę. Była przyjazna, wesoła, momentami beztroska, ale z głową na karku. Taka słoneczna. Jack nawet rzucił, że jest ona bardzo podobna do Alice – dziewczyny, która zdobyła serce Fredy’ego. I faktycznie. Wydawało się, że jest wiecznie uśmiechnięta i słoneczna. Szczęśliwa. Taka dobra dusza. Ją też zespół polubił niemal z miejsca.
Drew przeczesał palcami swoje długie do ramion pofalowane siano w kolorze ciemny blond. Włosy chłopka w trakcie jego szybkiego chodu rozwiewał zimny wiatr, zwiastujący nadchodzącą srogą zimę.
Uśmiechnął się i ruszył jeszcze szybciej. Szykował dla Klary niespodziankę. I chciał móc robić jej takie drobne przyjemności przez resztę życia i o jeden dzień dłużej. A najpiękniejsze było to, że miał świadomość, iż tak właśnie będzie. Już za niespełna dwa dni Klara będzie tylko jego. Będzie miał ją na wyłączność już oficjalnie i w stu procentach.

***

Ostatnia przymiarka sukni. Salon mody ślubnej stał się nagle dla niej niewidzialny. Stała na podwyższeniu przed wielkim, owalnym lustrem ze zdobioną ramą. Wpatrywała się we własne odbicie, nie dowierzając, że ta piękna kobieta, którą widzi, to właśnie ona. Nie zdawała sobie sprawy, że patrzy na siebie, a nie na jakąś księżniczkę z bajki odzianą dzięki wróżce w piękną suknię tuż przed balem. A tam czekał jej książę.
Marszczone ramiona, gorset, długa, lejąca spódnica z kilku warstw, wysokie buty ślubne na szpilce i platformie. Wyglądała jak nigdy w życiu… bajkowo. Wszystkie te czynniki dodawały jej wzrostu, dzięki butom nie tylko optycznie. Wiedziała jednak, że pomimo tych kilkunastu centymetrów więcej, nadal będzie malutka, kiedy stanie obok swojego męża. W płaskich butach miała zaledwie metr, sześćdziesiąt, a on dwa i pięć centymetrów.
Uśmiechnęła się, przypomniawszy sobie czasy dzieciństwa. Kiedy się poznali i zostali „parą”, miała zaledwie siedem lat. Wówczas było to dla nich zaledwie trzymanie się za ręce, wspólna zabawa w piaskownicy i spacery. Był niewiele wyższy od niej, ale jak na ośmioletniego chłopca i tak wyróżniał się wzrostem. Pamiętała te wszystkie wspaniałe chwile równie dobrze jak te złe, kiedy się kłócili i rozstawali. Zawsze jednak potrafili wrócić do siebie na nowo. Mimo czasu, który minął, bywało, że czuli się jak kiedyś ­– jak zwykłe dzieciaki. Było bezpieczeństwo i spokój, a jednak do ich wspólnego życia ani razu nie wkradła się monotonia. To nie była tylko miłość. Oni nadal byli w sobie zakochani. Uczucie nie przemijało.
Klarze stanęły łzy w oczach. Już za kilkadziesiąt godzin miała powiedzieć sakramentalne „tak” i oficjalnie zatwierdzić ich związek. Bóg połączy nas na wieki, pomyślała.
– Wyglądasz cudownie – odezwała się Elena, przyjaciółka panny młodej. Stwierdzenie dziewczyny, wyrwało Klarę z zamyślenia niemal natychmiast.
Uśmiechnęła się, odpędzając łzy. Zniknęły bezpowrotnie dopiero, gdy usłyszała znajomy głos za swoimi plecami…
­– Wreszcie doczekałem tej chwili. – Lekko ironiczny ton swojego brata rozpoznałaby wszędzie. Odwróciła się na podwyższeniu i zobaczyła Wojtka.
Jak zwykle elegancki, dwudziestotrzyletni chłopak z nienagannie przystrzyżoną bródką i wąsami okalającymi pełne usta, a w jego oczach igrały iskierki, które tak dobrze znała. Stylowa, wełniana czapka w kolorze czerni przykrywała jego ciemnobrązowe włosy. Czarne spodnie i flauszowy płaszcz w tym samym kolorze nadawał mu dodatkowego uroku, a postawa – nonszalancji. Opierał się ramieniem o futrynę drzwi do pomieszczenia ze skrzyżowanymi na piersi ramionami. Jej młodszy braciszek przyleciał z ojcem do Stanów z Polski – ich rodzinnego kraju. Specjalnie dla niej. Żeby wziąć udział w najważniejszym dniu jej życia. Zbiegła z podestu i rzuciła się chłopakowi w ramiona. Nikt nawet jej nie powstrzymywał, choć kątem oka dostrzegła lekkie przerażenie na twarzy krawcowej. Nie uważała na to, że mogłaby pognieść lub uszkodzić suknię. Chłopak uniósł ją, jakby jej wnętrze wypełniało pierze i nic nie ważyła. Choć faktycznie była lekka. Na ziemi stanęła dopiero po chwili.
– Wojciech! – zawołała uradowana swoim miękkim głosem. Już wzrok, jakim patrzyła na brata świadczył o jej ogromnej miłości do niego.
– Cześć, mała – odparł, mierzwiąc palcami jej zaczesaną na prawą stronę grzywkę. W normalnych okolicznościach przyłożyłaby mu za dotykanie jej włosów, ale za bardzo się za nim stęskniła, żeby reagować. Bywało, że wpadała w dziki szał, kiedy ktoś bawił się jej grzywką. Zwłaszcza jeśli tym kimś okazywał się Wojtek. Był od niej wyższy o przeszło dwadzieścia centymetrów, dzięki czemu miał dodatkowy pretekst, żeby jej dokuczać. Mimo wszystko jednak bardzo ją kochał.
Jeśli o tym mowa, pamiętała jedną sytuację sprzed dziewięciu lat. Był to dzień jej osiemnastych urodzin, a stan Wojtka daleko odbiegał od trzeźwego. Złapał wówczas Drew za rękę i zagroził, że go zamorduje, jeśli ten skrzywdzi jego siostrzyczkę. Stwierdził, że nie pozwoli nikomu zrobić jej niczego złego.
– Pamiętasz Elenę, prawda? – zapytała Klara, wskazując ręką na blondynkę idącą powoli w ich kierunku.
– Klaro, wróć na podest. Nie chcemy zniszczyć sukni – Elena nawet nie zamierzała zwrócić uwagi na Wojtka i słowa przyjaciółki.
– Witaj, Eleno – odezwał się chłopak, a wzrok niebieskich oczu dziewczyny przeszył go niemal na wskroś. Zetknęli się policzkami, całując powietrze. Nienawidził tego typu powitań, ale co mógł poradzić? Niezbyt dobrze znosił też samą obecność przyjaciółki swojej siostry, a Klara doskonale o tym wiedziała. Znała ich wzajemną niechęć, ale nie obawiała się, że rzucą się sobie do gardeł. Nigdy nie było takiej sytuacji, żeby się pokłócili. Po prostu się do siebie nie odzywali.
Dziewczyna spojrzała ponownie w lustro i uśmiechnęła się do siebie. Chciała już wrócić do domu, do Drew. Pomimo świadomości, że spędzi z nim resztę życia, chciała być przy nim jak najdłużej i korzystać z każdej, nawet najkrótszej chwili.

***

­– Ty i smoking? – zaśmiał się Fredy, wodząc wzrokiem za krzątającym się po pokoju przyszłym panem młodym.
Drew właśnie wieszał strój ślubny obleczony foliowym workiem na drążku w szafie.
– Myślałem, że założysz kowbojki, czarne rurki i tę białą marynarkę – ciągnął drużba chłopaka.
– I tak zrobię, ale na poprawiny – odparł basista i wszedł z korytarza do sypialni. Stare deski podłogowe odzywały się cichym skrzypieniem przy każdym jego kroku. Właśnie dlatego kupił ten duży, wiekowy dom. Czuć było, że budynek żyje i ma własną duszę. Przeszedł przez sypialnie i uchylił jedno z trzech dużych okien. Do pomieszczenia wpadł zimny podmuch wiatru, który kołysał ogołoconymi gałęziami drzewa rosnącego za domem. Podszedł do wielkiej, staroświeckiej komody utrzymanej, podobnie jak cały dom, w stylu przypominającym ten panujący w latach sześćdziesiątych dziewiętnastego wieku. Wyciągnął z niej lniany obrus obszyty koronką zrobioną na szydełku. Poprawił jeszcze długi materiał baldachimu nad łóżkiem, który spoczywał na podłodze. Stelaż zawieszony pod sufitem, który go podtrzymywał zakołysał się lekko.
– Krawcowa nie miała problemu z uszyciem spodni? – kontynuował Fredy, uśmiechając się półgębkiem i ruszył za przyjacielem na parter po starych, krętych schodach.
– Nie – odparł, spoglądając sobie przez ramię na tamtego i zaśmiał się. – Właśnie dlatego zdecydowałem się na szycie, a nie kupno.
– Ile ty masz właściwie wzrostu? – Skierowali się do kuchni.
– Nie wiem. – Drew wzruszył ramionami, odpalając papierosa. Schował zapalniczkę i paczkę fajek do kieszeni, po czym otworzył okna również w kuchni. Po pierwsze trzeba było przewietrzyć, a po drugie – zapomniał się, że nie powinien palić w tak starym domu, ponieważ wszystko w zastraszającym tempie przesiąkało dymem. – Przestałem sprawdzać, jak miarka się skończyła.
Drew bowiem nie nadawał się do propagowania hasła „Nie pal, bo nie urośniesz”. Mimo swojego wzrostu nosił dodatkowo buty na obcasie.
Fredy zaśmiał się i przytaknął, siadając na wyściełanym poduszkami półokrągłym wykuszu dzielącym część kuchni ze zmywarką, lodówką i tym podobnym sprzętem, a tą z kuchnią elektryczną, blatem i szafkami z naczyniami. Rozłożony wygodnie wbił wzrok w drewniane belki na suficie pomalowane białą farbą.
– Co? – odezwał się Fredy. – Łapią cię wątpliwości?
Spojrzeli na siebie niemal w tym samym momencie. Drew podrapał się po rozczochranej czuprynie.
– Nie, chyba nie – odparł i zamyślił się, gasząc papierowa w zlewozmywaku. – Może trochę. To znaczy, nie chodzi o to, że nie jestem pewny uczuć do niej, ale zastanawiam się, co będzie dalej… A ty i Ali?
Fredy’ego wyraźnie zdziwiło pytanie przyjaciela. Poruszył się niespokojnie na ławce, wyraźnie zamyślony.
– Wiesz, kocham ją ponad wszystko. Odkąd rodzina na dobrą sprawę się mnie wyparła, nie miałem nikogo poza wami, ale to jednak nie to samo… – mówił powoli, nie patrząc przyjacielowi w oczy. – W moim życiu było kilka kobiet i…
– Boisz się, co? – przerwał mu Drew. – Boisz się, że wam się nie uda. Dobrze wiem, że jesteś typem człowieka, który nie szuka dziewczyny, tylko żony.
Podszedł do kumpla i zmierzwił jego czarne włosy na czubku głowy pięścią.
– Ty niepoprawny romantyku – zaśmiał się. – Jeśli nie spróbujesz, to się nie dowiesz, jak to mówią.
– Ale czego mam spróbować? – zapytał zdziwiony, odgarniając pukle włosów, które opadły mu na oczy.
– Jak już będziesz pewny, oświadcz się jej… – wyjaśnił Drew, zaglądając do szafki pod blatem w poszukiwaniu patelni. – Kurwa mać! Gdzie ta kobieta trzyma gary?!
Fredy zaśmiał się w głos.
– Sprawdź w piekarniku…
– Chyba, kurna, kpisz… – mruknął chłopak, otwierając drzwi pod kuchenką elektryczną. – Kto normalny trzyma patelnię w… – zamilkł nagle.
Z przygaszoną miną wyjął przedmiot, którego szukał.
– Każda kobieta – Fredy ponownie parsknął śmiechem.
– No bardzo zabawne – mruknął pogardliwie Drew. – Przymknij twarz i odmierz pół szklanki mąki. A, i pomóż szukać miksera, jeśliś taki mądry.

***

Klara z promiennym uśmiechem rysowała dzieciakom portrety, malowała im twarze i uczyła robić zwierzaki z orgiami. Ludzie z sąsiedztwa przyprowadzali swoje dzieci na akcję, którą zorganizowała przy pomocy Sevi’ego i jego dziewczyny, Rose. Gitarzysta był bardzo zaangażowany w zabawę z dziećmi. Najprawdopodobniej głównie przez to, że miał czteroletnią córeczkę, o której istnieniu dowiedział się około miesiąc wcześniej. Siedział z dzieciakami w głównej sali ośrodka wychowania artystycznego i pokazywał, jak gra się na gitarze.
Wojtek właśnie wręczył kota złożonego z kilku kartek papieru małej dziewczynce w jasnych dżinsach i koszulce z logo The Ramones. Uśmiechnęła się promiennie i podeszła do Klary.
– Ciociu, pokażesz mi później, jak składać ptaki, które machają skrzydłami? – zapytała i odgarnęła z czoła brązowe loki.
– Pewnie, słonko – odparła i pogłaskała małą po główce. – Jutro jak przyjdę z Drew do twoich rodziców, nauczę cię.
– Dziękuję – zawołała uradowana i pobiegła w stronę Rose, pochwalić się prezentem od jej brata.
– Kim jest ta mała? – zapytał Wojtek, zaczynając składać żurawia z pomarańczowej kartki.
– Mary, córka Sevi’ego – wyjaśniła zwięźle.
– Nie wiedziałem, że Seth ma dziecko – mruknął jakby do siebie, a Klara podziękowała Bogu, że nie drążył tematu. Zbyt długa historia. – Bluzkę dostała od ojca czy od pewnego wujka imieniem Drew?
Klara parsknęła śmiechem.
– Oczywiście, że od wujka – odparła z trudem. – Ojciec kupił jej taką z logo The Rolling Stones.
Cały ten dzień był pełen pozytywnych emocji. Klara kochała takie imprezy. Uwielbiała dzieci i sama miała nadzieję, że będzie miała swoją gromadkę. Na razie marzyła jej się trójka, ale wiedziała, że czas pokaże. W aktualnym momencie dzieciaków nie było tak dużo, jak godzinę, czy dwie temu, bo rodzice już pozabierali je do domów. Słońce już chyliło się ku horyzontowi, choć godzina była jeszcze młoda. Dziewczyna pożegnała się ze znajomymi, ubrała się i wyszła na mróz. Nie miała ochoty opuszczać tamtego miejsca, ale to był jej czas. Ostatnie przygotowania, nerwy. Nie chciała nawet, żeby wszystko było idealnie, wystarczył jej sam sakrament małżeństwa. Nie potrzebowała wielkiego, czy choćby nawet małego wesela. Za dużo stresu…
– Jak ty to robisz, kochana, że jesteś tak pełna życia? – odezwała się kobieta, odziana w długie futro, podchodząc do Klary. Matka Drew i jej przyszła teściowa. Poprawiła ręcznie haftowany szal, przewiązany dookoła szyi. Jej wyrafinowana twarz uśmiechała się przyjaźnie do synowej. Skóra usiana zmarszczkami nadawała jej kobiecości i postawy jakiej nie powstydziłaby się nawet renesansowa hrabina.
– Po prostu. – Klara roześmiała się. – Kocham życie. Wiem, że jest krótkie i dlatego staram się czerpać z niego garściami.
– Boże drogi, jakie mój syn ma niesamowite szczęście, że na ciebie trafił… – Mówiła elegancka kobieta, która najprawdopodobniej nigdy nie dowiedziała się czym jest życie. Najchętniej spędziłaby cały swój czas przed telewizorem lub kominkiem w wielkiej willi ze służbą, nie interesując się synem, a mężem sporadycznie. A świat był przecież taki piękny. Klara chciała zobaczyć tyle miejsc. Przyroda, zabytki, architektura – tak wiele rzeczy ją fascynowało, tyle magicznych miejsc. Nienawidziła marnowania czasu. Dlatego tyle zajmowała się dziećmi. Wszystko po to, by pokazać im jaki świat jest wielki i piękny. Nie mogła przecież pozwalać, żeby z jej wychowanków wyrośli ograniczeni ludzie.
– Dobrze, dziecko – kobieta ciągnęła dalej. – Już cię nie zatrzymuję. Wracaj do domu.
– Nie chcecie z tatą zatrzymać się u nas? – zaproponowała Klara. – Mamy duży dom.
– Ale stary. Ten zapach i wilgoć – westchnęła, po czym zaczerpnęła głęboko grudniowego, suchego powietrza, które szczypało w nozdrza i skórę. – To nie dla mnie. Mamy wynajęty pokój w hotelu w sąsiednim miasteczku. Niedaleko twojego rodzinnego domu. Do zobaczenia.
Nim dziewczyna zdążyła odpowiedzieć, teściowa wsiadła do taksówki i odjechała ku wylotowi z miasta.
Klara pokręciła lekko głową z uśmiechem. Ruszyła do domu. Matka Drew mówiła o tym samym hotelu, w którym zatrzymał się jej ojciec z Wojtkiem.
Kiedy miała sześć czy siedem lat, rodzice rozwiedli się. Jej wówczas dwuletni brat został z ojcem w kraju, a konkretnie w Krakowie. Ona z kolei wyjechała z matką do Stanów. Poszła do szkoły, poznała Drew, jakieś 12 lat później on, Max, Sevi, Fredy i Jack założyli zespół, który też miał swoje wzloty i upadki zanim w ogóle wyszli na scenę muzyczną po raz pierwszy. Była z niego wtedy tak przeraźliwie dumna. Ale i bała się. Przerażała jej perspektywa życia z dala od niego. Muzyka zawsze była obecna w ich życiu, ale myślała, że tym razem to ona wygra z Klarą. Wtedy zaczęły się ich kłótnie, łzy, niemoc. Pierwsze koncerty, w niedługim czasie demo, pierwsza płyta, nagrody w konkursach… lecz nie tylko. Sława, kobiety, alkohol, narkotyki. Wielki świat gwiazd muzyki rockowej. Była przewrażliwiona. Doszło aż do ich rozstania na rok około sześć miesięcy po powstaniu Cold Iron. Wówczas jeszcze The Shadow.
Mimo wszystko muzyka odeszła na dalszy plan, choć nadal była drugą prawdziwą miłością Drew. W dodatku odwzajemnioną. Pod koniec szkoły podstawowej zaczął uczyć się grać na gitarze klasycznej. Już wtedy instrumenty klawiszowe nie miały przed nim tajemnic. Jakiś czas później kupił sobie elektryka, aż w końcu w jego życiu pojawiła się gitara basowa. Pamiętała jeszcze, jak wziął bas do rąk po raz pierwszy i już potrafił świetnie grać. Dwa dni później dołączył do swojego pierwszego zespołu, który jednak szybko się rozpadł.
Uśmiechnęła się z własnych myśli. Dawno nie wspominała tych czasów…
Zimny wiatr rozwiał jej wspomnienia. Niósł nową przyszłość.

***

Zapalił świecę, włączył płytę ze składanką ich ulubionych piosenek i stanął przy oknie, wyglądającym na podjazd i krużganek domu. W oddali już rysowała się postać w czerwonym, flauszowym płaszczu. Nie widział jej smukłej, drobnej sylwetki od rana. Była na przymiarce sukni ślubnej, potem na warsztatach dla dzieciaków z okolicy, które organizowała. Wszędzie było jej pełno, do wszystkiego się rwała chętna do pomocy każdemu.
– Ale zimno – usłyszał jej wesoły głos z ganku.
Przystanął przy futrynie drzwi prowadzących z przestronnego salonu i zobaczył, jak wiesza płaszcz na wieszaku.
Odwróciła się i przyjrzała mu z uśmiechem. Jej twarz promieniała. Zaróżowione policzki były jeszcze bardziej rozświetlone przez setki piegów.
Z nieodgadnionym, delikatnym uśmiechem zawierającym nutę tajemnicy odwrócił się i ruszył w głąb domu, w kierunku jadalni. Będąc odwróconym od niej, uśmiechnął się szeroko, ale kiedy dotarł do zastawionego na dwie osoby stołu, opanował wyraz twarzy.
– Co się stało? – zawołała i wbiegła do części jadalnej, łączącej salon z kuchnią. Zamarła w pół kroku.
On zdążył już stanąć za odsuniętym dla niej krzesłem. Widział wahanie w jej oczach. Zdumienie i zachwyt malujące się na twarzy.
Podeszła niepewnie do niego i zajęła miejsce. Drew nie miał większego problemu z przysunięciem jej do stołu. Stanął obok, chwycił otwartą już butelkę wina i wlał jego zwartość do dwóch kieliszków, napełniając je do połowy. Usiadł naprzeciw dziewczyny i spojrzał na nią znad bukietu białych lilii, których cudowny zapach roznosił się po pomieszczeniu.
Klara wzięła głęboki oddech. Przez chwilę jej wzrok był rozanielony, jakby delikatna, słodka woń pieściła jej ciało…
– Co tutaj tak śmierdzi? – zapytała szybko ze zdumionym wyrazem twarzy.
– A już myślałem, że nie wyczujesz – westchnął Drew. – Fredy przypalił jedzenie.
– Zmusiłeś go do pomocy? – zaśmiała się dziewczyna.
– Tak – mruknął, przeciągając samogłoski. – Wiem, moja wina. Mogłem pomyśleć…
Klara parsknęła śmiechem.
Na jego twarzy pojawił się mimowolny uśmiech. Ona zawsze zarażała swoim dobrym humorem. Człowiek czuł się lepiej w jej towarzystwie, nawet kiedy nie miał ochoty na życie. I właśnie to było piękne.
– A tak w ogóle, co piekliście? – zapytała ciekawa, podnosząc stalowe nakrycie, zasłaniające danie. Na jej talerzu leżały dwa przekrojone na pół czekoladowe naleśniki z bitą śmietaną i owocami w środku. Zapewne zauważyła kawałki mandarynek i bananów.
Drew uznał, że tym razem przygotowanie kolacji wyszło mu zaskakująco dobrze. Był z siebie dumny. A widząc zachwyt w oczach swojej przyszłej żony i to z jakim smakiem zajada się kakaowymi plackami, podnosiło jego samoocenę jeszcze bardziej.

***

Wina nie piła, choć miała ochotę, dwa naleśniki… Klara dochodziła do wniosku, że może tak żyć zawsze. Drew zaskoczył ją tego dnia. I to bardzo. Miała nadzieję, że to nie ostatnia taka miła niespodzianka w ich wspólnej przyszłości.
Rozmawiali i śmiali się, siedząc z kubkami gorącej czekolady w dłoniach na dużej sofie przed płonącym w kominku drewnem. Języki ognia lizały powietrze, dając im ciepło i uczucie spokoju. Chwilę przed północą jej narzeczony poszedł wziąć prysznic, a ona została sama, choć wcale się tak nie czuła. Była przeszczęśliwa.
Siedziała teraz na parapecie okna w ich sypialni i patrzyła na góry widniejące w oddali. Krajobraz Montany od zawsze ją zachwycał.
Z łazienki po przeciwnej stronie korytarza słyszała szum wody. I wręcz nie mogła się doczekać, chwili kiedy znów będzie w ramionach Drew.
Kochała go całym sercem. A on ją. Matka chłopaka miała rację. To cud, że się odnaleźli i przetrwali te wszystkie lata.
Wstała z parapetu i stanęła na środku pokoju. Serce zaczęło wybijać znacznie szybszy rytm, różniący się od naturalnego. Spojrzała na łóżko. Narzutę zdobił orientalny wzór w odcieniach złota i jasnych brązów, a jedwabny materiał zsuwający się spod sufitu dawał wrażenie bezpieczeństwa. Rozpuściła koka zaplecionego z warkocza, a jej niemal czarne włosy opadły pofalowaną kaskadą na kark i ramiona. Odgarnęła kołdrę i rozebrała się.
Naga, na palcach przeszła przez pokój, a potem wąski korytarz i uchyliła drzwi do łazienki. Stara podłoga w tym czasie zaskrzypiała nieznacznie jedynie kilka razy. Wśród kłębów pary przez szklane drzwi prysznica dostrzegła Drew, z zamkniętymi oczyma usuwającego szampon z włosów sięgających ramion. Pod wodą ciemny blond wydawał się jaśniejszy kilka tonów, a niemal czarne pukle u nasady głowy sprawiły wrażenie odrostów, choć nigdy ich nie farbował. Miał taki błogi wyraz twarzy. Opuściła wzrok niżej. Jego męskość spoczywała wśród ciemnych loków.
Otworzyła drzwi prowadzące do małego pomieszczenia ukształtowanego na prysznic. Gwałtownie otworzył oczy. Na jego dotychczas spokojnej twarzy pojawiło się zdziwienie. Weszła do środka, a jej ciało oblały strumienie ciepłych kropli.
Błądził wzrokiem po jej ciele, po czym wrócił do twarzy. Położył dłoń na jego karku. W oczach Drew pojawiła się iskra pożądania. Nie, nie tylko iskra. Zapłonął w nich ogień. Przyciągnął ją do siebie i pocałował mocno, żarliwie. Żadnej wstępnej zabawy w kotka i myszkę, budowania napięcia – po prostu rozszalała namiętność. Po raz kolejny badał jej usta. Za każdym razem z nowym uczuciem. Do samego całowania jej musiał odrobinę przykucnąć, a ona stanąć na palcach, ale nie sprawiało to im problemu. Zacisnął dłonie na jej pośladkach i przyciągnął do siebie.
Wplotła palce w jego gładkie włosy. Odsunęła się od jego ust i obsypała drobnymi pocałunkami jego klatkę piersiową.
Poczuła ostrożny ruch jego dłoni, wsuwającej się pomiędzy ich ciała. Dotknął jej piersi.
– Jesteś przepiękna – szepnął.
– Skoro tak twierdzisz…
Chciał coś odpowiedzieć, ale nie zdążył. Zsunęła dłoń po jego płaskim brzuchu, aż dotarła do szorstkich włosków. Objęła go. Głośno wciągnął wilgotne powietrze do płuc.
– Klara – sapnął cicho i oparł się o zimne płytki na ścianie. – Dobry Boże…
– Yhym…? – mruknęła, przesuwając delikatnie dłoń po jego członku. Nabrzmiał, ale skórę miał miękką i delikatną. Najbardziej na czubku.
– Nie wiem czy wytrzymam…
– Dasz radę. – Wysunęła się jego ramion i ulękła na płytkach. Wzięła go w usta. Był duży, bardzo duży, ale dawała sobie radę, choć ciągle nabrzmiewał. Ponownie chwyciła go dłonią. Czuła jego drżenie i jęki od czasu do czasu.
Wyprostowała się, ale nie cofnęła ręki. Wspięła się na palce i wyszeptała, przytulając policzek do jego piersi „Kocham cię”.
– Rany boskie! – Otworzył oczy. Jego wybuch był silny. A jej przynosiło to niemal identyczną rozkosz.
Puściła go i obmyła się szybko, ale nie zdążyła zrobić nic więcej. Przyciągnął ją do siebie, po czym uniósł za pośladki.
Chwyciła go za ramiona, a nogami objęła w pasie.
Uśmiechnął się do niej zadziornie, spod niesfornych kosmyków wycieniowanych włosów, które opadały mu ma oczy. Jego twarz wydawała się teraz dużo mniej urocza niż zazwyczaj. Nie był chłopcem, ale mężczyzną.
Podniósł ją wyżej, żeby dosięgnąć ustami piersi dziewczyny, a ona czuła wszechogarniającą rozkosz z każdego pocałunku oraz ruchu jego warg i języka. Zadziwiał ją na nowo. Sprawiał, że doznania za każdym razem były inne.
Włożył dłoń pomiędzy ich ciała. Nim zdążyła się zorientować, jego palec był w niej. Jęknęła głośno. Poruszał nim powoli i z wyczuciem. Przyspieszał stopniowo. A po niej coraz szybciej rozpływała się fala gorąca. Płonął w niej ogień, którego nie dało się już opanować.
Nadal trzymając ją mocno, wyszedł z łazienki i ułożył na skraju łóżka. Kiedy wyjął z niej palce, chciała zsunąć nogi, ale przytrzymał jej kolana. Uklęknął przy materacu, po czym zaczął błądzić ustami po wnętrzu jej ud. Dotknął najbardziej intymnej części jej ciała. Była spięta i spragniona, bez tego kroku. Wystarczyło, że raz poruszył językiem. Było po niej. Wybuch nastąpił niemal natychmiast, a z jej ust dobył się krzyk.
Położył ją wyżej na materacu, a sam opadł obok. Wziął ją w ramiona i zaczął całować włosy Klary.
– Kocham cię. – Przeniósł usta na jej policzek. Oddech miał gorący i niespokojny. – I zawsze będę cię kochać. – Dotknął wargami karku dziewczyny.
Otoczyła go nogami. Jej cudowny Drew. To właśnie z nim miała spędzić resztę życia. I nie mogła już się doczekać chwili, w której wypowie to jedno, wiążące słowo. Było tak ważne, choć zawierało tylko trzy litery.
Wszedł w nią.
Jęknęła i spięła się instynktownie. Oddychał ciężko, nierównomierni, ale nie miał zamiaru przestawać. Wypełniał ją ciałem, duszą i sercem, a głos jej mężczyzny unosił się echem w głowie Klary.
– Drew – sapnęła i spojrzała mu w oczy. W ich niebieskim blasku było coś więcej niż tylko namiętność. Widziała w nich spokój, miłość, zrozumienie, ciepło, szczęście… Był częścią jej serca.

***

Uśmiechnęła się na samą myśl o widoku, który zastała rano, kiedy wstawała. Drew spał ze spokojnym wyrazem twarzy. Był wręcz uroczy. Pukle jego wycieniowanej grzywki opadały mu na oczy, a cienie rzęs kładące się na kościach policzkowych nadawały mu jeszcze większej delikatności i uroku.
Klara nadal była pobudzona po nocy, którą spędzili razem. Żal jej było zostawiać go śpiącego, ale zostawiła mu kartkę przyczepioną do lodówki, na której napisała, że idzie do Rose, Sevi’ego, Alice i Fredy’ego, jak obiecała Mary. Dodała też godzinę swojego powrotu oraz wiadomość, że zostawiła mu na stole świeże, chrupiące tosty i kawę.
Miała iść do hotelu oddalonego o kilka kilometrów z Drew, ale uznała, że jednak da mu spokój, a poza tym tego dnia mieli przyjechać Jack z dziewczyną i Max z żoną. Uznała więc, że lepiej będzie, jeśli ktoś zostanie w domu na wszelki wypadek. Wokaliście Cold Iron coś się ostatnio przestawiło i przestał się spóźniać. Klarę to wręcz cholernie bawiło. Bardzo lubiła Maksa. Chłopak był taką osobą, którą lubisz, albo nienawidzisz. Nie wnikała bardziej w jego osobowość, bo gdyby to robiła, zapewne znienawidziłaby go.
Szła poboczem drogi. Pogoda była ładna, niebo bezchmurne, a promienie słońca odbijały się w iskrzącym, świeżym śniegu, który pokrył świat w nocy. Równiny Montany idealnie współgrały z białą pierzynką.
Jej suknia miała taki sam idealnie śnieżny kolor. A już kolejnego dnia z samego rana miała w niej wystąpić. Uśmiechnęła się do siebie i podskoczyła lekko mimo woli uradowana.

***

Klara już spóźniała się pół godziny. A jeśli chodzi o nią, to bardzo dziwne. Zawsze była punktualna. Cóż, pewnie zwyczajnie zasiedziała się, pogrążona po uszy w rozmowie z dziewczynami i zabawie z Mary.
Kawałki drewna ginęły, lizane płomieniami ognia w kominku. Widoczny był zaledwie ich zarys.
Drew z przemyśleń wyrwał nagle dźwięk dzwonka do drzwi. No nareszcie wróciła. Uśmiechnął się w duchu. Dzwonek zabrzęczał ponownie. Czyżby zapomniała kluczy? Tego też nie miała w zwyczaju.
Podbiegł do głównego wejścia i otworzył drzwi. W progu stali dwaj umundurowani mężczyźni w średnim wieku, a na podjeździe zaparkowany został radiowóz. Znacznie wyróżniał się na tle białego śniegu. Nie dało się go nie zauważyć.
– Pan Drew McKay? – zapytał jeden z nich.
Drew zdziwił się. Czyżby chodziło o któregoś z jego kumpli? Znowu? Na pewno nie Sevi, bo się ustatkował. Z kolei Max i Jack jeszcze nie przyjechali, więc nie mogli narozrabiać. Bynajmniej w takim stopniu, żeby do jego drzwi zapukała miejscowa policja.
– Tak – odparł i zaśmiał się, kręcąc lekko głową. Jego włosy zafalowały. – Fredy znowu zaszalał, czy chodzi o „jego” stare przygody z haszyszem?
– Musi pan pojechać z nami – dodał drugi mężczyzna z powagą, której chłopak nie zauważył.
– Czyli rzeczywiście coś przeskrobał – żartował dalej. – Ile kaucja? – mruknął. – A z resztą… Proszę się zgłosić do jego dziewczyny. Już nie ja go niańczę. Koniec tego po piętnastu latach…
– Chodzi o pańską narzeczoną – przerwał mu pierwszy z mundurowych. – Miała wypadek.
W ciągu ułamka sekundy uśmiech spłynął z twarzy Drew bezpowrotnie. Już nie był skory do śmiechu, a w głowie zaczęły się tworzyć najczarniejsze scenariusze.

***

Kiedy policjanci wprowadzili go do szpitala miejskiego, w jego myślach utworzył się obraz nieprzytomnej Klary, leżącej na łóżku na oddziale intensywnej terapii, albo pooperacyjnym. Widok ten zaczął znikać z każdym ich kolejnym krokiem. Duszna mała winda; opustoszały korytarz, przesiąknięty zapachem medykamentów i środków czystości, który drażnił nozdrza… Szare drzwi numer 265.
Po prostu szedł za funkcjonariuszami. Niczym roślina. Poruszał nogami i czuł, że się przemieszcza, ale jego myśli wirowały w innej przestrzeni i czasie.
W pomieszczeniu, do którego go wprowadzono, stała para ludzi; kobieta płakała, a mężczyzna obejmujący ją ramieniem miał podpuchniętą twarz. Był tam również młody chłopak. Spojrzał na Drew. Jego czerwone oczy wyrażały wszystko. Byli to rodzice Klary oraz jej młodszy brat.
Mężczyzna w białym kitlu i lateksowych rękawiczkach chwycił białe płótno, okrywające żelazny stół, który stał przed nimi. Odsłonił głowę i barki ciała tam spoczywającego.
Oczom chłopaka ukazała się blada twarz, usiana na nosie i policzkach jasnymi piegami, o długich rzęsach, kładących cień na kości policzkowe, różanych pełnych ustach. Patrzył na jej gładką cerę, lśniące włosy. Miał wrażenie, że ona tylko śpi… Że zaraz otworzy oczy, wstanie i uśmiechnie się do niego.
Widział jej zdziwienie z poprzedniego wieczora, uczucia podczas spędzonej razem nocy. Przed jego oczami pojawiły się wspomnienia dobre i złe, które miały miejsce przez ostatnie dwadzieścia lat. I wszystko się skończyło. Miał już nigdy jej nie pocałować. Nie mógł wyznać jej miłości. Słowa „I że cię nie opuszczę, aż do śmierci” nabrały zupełnie innego znaczenia. Nagle zdał sobie sprawę, że życie ludzkie jest niczym bomba zegarowa. Może wybuchnąć w każdej chwili.
Stał nieruchomo, niby niewzruszony. Obok rodzice Klary zanosili się płaczem, a on po prostu wpatrywał się w spokojny wyraz twarzy miłości swojego życia.
W przeciągu jednej sekundy uświadomił sobie, że to definitywny koniec. Już nigdy nie spotka kogoś równie wspaniałego.
Odwrócił się na pięcie i wyszedł. Patrzył pustym wzrokiem przed siebie. Nie zwracał uwagi na nic. Od ścian pustego korytarza odbijał się dźwięk stukania obcasów jego butów. Wydawało się to takie przytłaczające… Nie przystanął nawet na chwilę. Z piwnic szpitalnych wyszedł po schodach, potem głównym korytarzem ku wyjściu. Jakaś pielęgniarka starała się nadążyć za jego krokiem i mówiła coś, na co nie zwracał uwagi. Otworzył dwuskrzydłowe drzwi i wyszedł na zewnątrz. Zrobił kilka kroków w śnieg.
– Niech pan wsiądzie do samochodu. – Policjant, który przywiózł go do szpitala, teraz zaprowadził go do radiowozu.
Drew w zasadzie sam nie wiedział, co robi.
– Jak to się stało? – zapytał, przenosząc osłupiały wzrok na mężczyznę.
– Pańska narzeczona szła rano poboczem drogi. Pewien mężczyzna prowadził samochód z nadmierną prędkością – tłumaczył ze współczuciem w głosie i na twarzy. – Potrącił ją i zostawił, nie udzielając pomocy. Mamy świadka tego wydarzenia, więc znajdziemy sprawcę. Niestety nie udało się uratować dziewczyny.
Drugi policjant siedział za kierownicą.
– Kierowca tego pojazdu odpowie za nieudzielenie pierwszej pomocy i podwójne zabójstwo – dodał.
– Podwójne? – zapytał Drew głosem bez wyrazu.
– Tak – odparł pierwszy funkcjonariusz, kiedy już siedział na miejscu pasażera. Podał chłopakowi szarą kopertę formatu A5. – Pańska narzeczona była przy końcu drugiego miesiąca ciąży. To wydruki ze szpitalnych kartotek i jej akt.
Drew wyciągnął z koperty zdjęcia USG. Czarne, szare i białe punkty układały się w coś rzeczywistego. Nie był w stanie nic z tego wyczytać, ale wiedział, że było to jego dziecko. Dziecko, którego płci nawet nie znał. Klara wiedziała, że jest w ciąży i nie powiedziała mu o tym. Zapewne czekała na odpowiedni moment.
Schował zdjęcia do tylnej kieszeni spodni i spojrzał przez okno samochodu. Świat przykryty białą pierzyną śniegu zdawał się być taki niewinny.

***

Ściągnął kowbojki z nóg, a kurtkę rzucił na podłogę w krużganku. Mimo że w domu było ciepło, dookoła panował przenikający do szpiku kości chłód. Wszedł do salonu, ruszył po schodach na piętro. Stare deski na podłodze w korytarzu skrzypiały jak zwykle, ale tym razem było w tym coś innego. Strach, samotność. Dom, który Drew kupił dla nich obojga; miejsce, w którym mieli być wolni i wspólnie dożyć starości, nagle stało się więzieniem. Okazało się być obce, odległe.
Nagle wszystko zaczęło do niego docierać tak naprawdę… Że już nigdy nie obudzi go delikatny pocałunek dziewczyny; że nie zobaczy już jej wesołego uśmiechu i tych błyszczących oczu. Już nie poczuje jej miękkich ust na swoich wargach; nie wplecie palców w jej włosy; nie poczuje zapachu skóry.
Stanął pod ścianą obok drzwi sypialni i osunął się na podłogę. Ukrył twarz w dłoniach.
Świat stał się obcy i pusty.
Oparł głowę o ścianę, a jego ramiona opadły na ugięte kolana. Po policzkach popłynęły łzy. Czuł się taki bezradny. Boleśnie bezsilny.
– Dlaczego?! – wrzasnął, patrząc w sufit, ale jego wzroku jakby to nie ograniczało.
Nie rozumiał, co złego w życiu zrobiła Klara. Czym zawiniła, że los tak ją pokarał… I jak w takich sytuacjach wierzyć w Boga? Kiedy ginie młoda, niczemu winna dziewczyna, a mordercy i gwałciciele nadal chodzą bezkarnie po tym świecie… No jak? Nie rozumiał; nie chciał zrozumieć.
Po policzkach Drew spływało coraz więcej łez, których nie mógł powstrzymać. Pierwszy raz od lat dziecięcych płakał. Jak małe dziecko…
Uniósł się lekko z podłogi i wyciągnął z kieszeni spodni, coś co w niej czuł. Zdjęcia USG Klary. Zapomniał o nich. Otarł łzy z prawego policzka wierzchem dłoni i pogładził kciukiem kształt przestawiony na czarnym tle. Zginęła nie tylko ona. Również dziecko, które dopiero zaczynało się kształtować. Nie poznało nawet tego świata i już zostało zabrane.
Nie widział sensu istnienia. Nie chciał wychodzić z domu, spotykać się z ludźmi. W jednej chwili odechciało mu się żyć.
Po chwili niespodziewanie z dołu rozległa się melodia… Zadzwoniła jego komórka. Nie ruszył się nawet, żeby po nią pójść. Słuchał tylko ulubionej piosenki jego i Klary. „Don’t Cry” Guns N’ Roses wypełniała dom dawnym spokojem. Spokojem, który już nigdy miał się tam nie pojawić. Poczuł się jakby siedział, obok Klary, która nuci razem z wokalistą. Jakby chciała mu tym samym przekazać, że nadal przy nim jest. Śpiewała, żeby nie płakał, bo ona wciąż go kocha i jest przy nim. Patrzy na niego z nieba i nie przestanie nad nim czuwać. Chciał powstrzymać łzy, ale nie był w stanie. I taki jest paradoks tej piosenki. Słowami utworu tłumaczyła mu, że jutro będzie lepiej. Żeby pamiętał, że ona nadal go kocha…
Zerwał się z podłogi i wbiegł do małego biura. Wygrzebał długopis i kartkę w sekretarzyku, po czym zaczął pisać, spoglądając kątem oka na zdjęcie jego nienarodzonego dziecka…
Nie płacz już, pomyślał sobie, ale ta myśl wycisnęła z jego oczu kolejne słone krople. Jedna z nich upadła na kartkę papieru, rozmywając atrament pióra.

***

– Sądzicie, że to niesprawiedliwe, że odeszła tak młoda dziewczyna, która dodatkowo spodziewała się potomstwa. – Mówił ksiądz podczas pogrzebu. Ciało Klary leżało w zamkniętej trumnie odziane w suknię ślubną. Mały kościółek wypełniony był rodziną i przyjaciółmi, ludźmi bliskimi sercu dziewczyny. Drew wpatrywał się w przestrzeń z lekko pochyloną głową. Oczy go piekły, ale przysiągł sobie, że nie będzie płakać. Fredy trzymał za rękę Alice, która ocierała łzy. Rose i Seth stali obok nich. Sevi trzymał na rękach Mary. Dziewczynka płakała, mimo że była zbyt mała, żeby zrozumieć, co tak naprawdę się stało. Max z żoną stali gdzieś w końcu kościoła, a Jack wraz z Katy byli tuż za Drew, starając się podtrzymać go na duchu. – Macie rację. Nie mogę powiedzieć, czemu takie są wyroki boskie. Nie usprawiedliwię Boga, bo ja również nie rozumiem, czemu to zrobił. Zginęła dziewczyna, która nie zdążyła jeszcze zasmakować życia. Chciała zobaczyć tak wiele. Tyle rzeczy ją intrygowało. Była pomocna i robiła wszystko bezinteresownie. Niemal każde dziecko z okolicznych rodzin ją znało i uwielbiało się z nią bawić. Była szalona, ale umiała zachować umiar w czynach. Wiedziała, co jest dobre i starała się złemu nie ulegać. My wszyscy tutaj zgromadzeni znaliśmy ją i kochaliśmy. Pewien mężczyzna miał z nią spędzić resztę życia… Zwróćcie uwagę, że spędził. I zapewne nie zmarnował żadnej chwili. To właśnie on, pisząc słowa piosenki, używa metafor takich jak: „Zabiera jej oddechu cień”, „Ogień w jej oczach kruszy się w lód”, „Odchodzi w swój własny cień” czy „Głos stłumiony martwą łzą” podkreśla ulotność ludzkiego życia. Należy się nim cieszyć, nie zapominając jednak o konsekwencjach. Tak jak robiła to Klara. – Drew słuchał księdza, starając się poluzować uścisk w gardle, który ciągle narastał. – Pamiętam pewną sytuację. Około siedem lat temu Klara przyszła do mnie, żeby porozmawiać. Był to jeden z gorszych okresów w jej życiu. Rozstała się wtedy z Drew. Mówiła, że to koniec; że już nigdy nikt nie zakocha się w niej. Że on jej na nowo nie pokocha. Powiedziałem jej wówczas, że to nie prawda. Jeśli kiedykolwiek podzielicie jej myśli, zwróćcie się do Marii. Ona was kocha i wysłucha waszych próśb o miłość. Jej wysłuchała. Zatem módlmy się, aby tamten świat był o wiele lepszy, niż ten, którym nie zdążyła się nacieszyć. Śpij słodko i śnij o życiu, gdzie każdy dzień jest kolorowy i szalony jak ty. Cieszmy się, że trafiła do nowego świata i nie płaczmy, ponieważ ona nie chciałaby tego.



W tym opowiadaniu, tworząc postać Klary, wzorowałam się na dwóch młodych kobietach. Jedną z nich znałam osobiście. Na bazie jej charakteru i poglądu na świat powstała główna bohaterka - ciesząca się każdą chwilą, zwariowana dziewczyna… W dniu śmierci miała zaledwie siedemnaście lat. Klara zginęła dokładnie w taki sposób jak druga z dziewcząt - kilka dni przed ślubem z chłopakiem, którego kochała od czasów szkoły podstawowej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz