Ostatnio ciężko u mnie z pisaniem, moi drodzy. Napisałam, co prawda, jedno opowiadanie, w którym opisuję moje rozumienie uczuć, ale uznałam, że wstrzymam się z udostępnieniem go.
W zamian pomyślałam, że nie najgorszym pomysłem będzie zaserwowanie wam prologu mojej "książki". Jestem bardzo ciekawa, co o nim pomyślicie. Przedstawiam "Demony Tańczą"!
A wyżej Playlista z utworami, które mnie inspirują lub których teksty wstawiam do opowiadań z serii "Żadnego bohatera na jej niebie" ;)
„Jeszcze nie przebył krwawego potoku,
Gdyśmy się w leśne dostali gęstwiny,
Gdzie żadna ścieżka nie świta oku.
Liść nie zielony tam, lecz jakiś siny;
Gałąź nie gładka, lecz jakaś żylasta;
Zamiast owoców – zatrute jeżyny”
Dante Alighieri Boska komedia
Piekło, Pieśń XIII
0
Kilka lat temu wróciłem do kraju, z którego pochodziłem, kiedy moja egzystencja wyglądała jeszcze normalnie. Zawsze byłem w pełni posłuszny natarczywym żądaniom ciała i serca. Żyłem całym sobą. Poświęcałem się wszystkiemu, kochałem kobiety i oddawałem się wszelkiego rodzaju przyjemnościom. Teraz kiedy poznałem jedną konkretną dziewczynę, pokochałem głęboko, zdając sobie o tym sprawę zbyt późno. Ona odeszła. Ulotne ciało uczuć cofnęło się w strachu, którego wcześniej nie czułem, a moje własne zostało uwięzione. Stałem się więźniem własnych uczuć niemal jak przed laty. Ludzkie emocje zawsze mnie zadziwiały. Trudno było mi uwierzyć, że ktokolwiek, demon czy człowiek, może tak cierpieć. Byłem więźniem samego siebie. Wiele lat już minęło, lecz wielkanocny poranek z 1478 roku, będę pamiętał w nieskończoność. Bo to przełomowa data w moim życiu. A właściwie jego schyłek.
Zginąłem we Florencji, obudziłem się w podziemiach weneckiego Pałacu Dożów przy Piazza San Marco. Kobieta, która pozwoliła mi żyć, też tam była. Gościła mnie w swoich królewskich komnatach. Czułem wdzięczność. Bo przecież ona mnie uratowała. Kochałem ją całą duszą. Tak mi się przynajmniej wydawało, bo przecież wiedziałem, że duszy już nie posiadam. Stałem się demonem, stworzeniem piekielnym. Zabijałem, bo wiedziałem, że ją to ucieszy. Byłem na każde skinienie jej delikatnych, subtelnych palców.
Nie kochała mnie.
I to było najgorsze.
Byłbym jej niewolnikiem bez wolnej woli i własnego zdania, jak wszyscy pozostali mieszkańcy podweneckich katakumb... gdybym nie zdał sobie sprawy, że jestem inny. Miałem wolną wolę... Miałem duszę, choć była głęboko ukryta. Sprzeciwiłem się swojej Pani. Uznałem, że bardziej w piekle już być nie mogę. Miałem świadomość własnej siły. Odwiedziły mnie diabelskie ptaki. Podpisałem cyrograf i stałem się jednym z nich. O dowolnej porze mogłem zmienić się w kruka. W jego postaci słońce za dnia nie mogło mnie dosięgnąć, a kiedy nastawała noc, wracałem do swojego ciała i polowałem. Polowałem na bezbronnych. Dusza każdego, kogo zabiłem, dawała mi siłę, stawała się niemalże moją własnością. Podobnie było z ich energią życiową.
Żyłem. Pierwszy raz od ponad stulecia wyszedłem z katakumb i byłem wolny.
Do czasu.
Nastał przedziwny okres dla świata i ludzi. Po ponad czterech stuleciach wróciłem do Włoch, chcąc przeżyć kilka lat w jednym miejscu. Nie miałem zamiaru się nudzić i korzystałem. Aż nastąpił kolejny przełomowy dzień mojego życia. Po kamienistej plaży skąpana w blasku zachodzącego włoskiego słońca chodziła ona. Piękna, majestatyczna. Przypominała mi moją Panią sprzed lat, ale była tylko człowiekiem. Kruchą, marną istotką, która kiedyś umrze zapomniana. Przestanie istnieć i zniknie w niebycie. Fascynowała mnie. Chciałem jej umysłu i cała. Kiedy tylko spojrzałem w jej głębokie oczy, dostrzegłem silną duszę i zdałem sobie sprawę, że chcę mieć ją dla siebie. Nie kochałem jej, ale chciałem, żeby ona kochała mnie. Tak jak kiedyś ja kochałem bezgranicznie i bez wzajemności. Do pewnego momentu. Poznałem jej myśli. Czasem rozmowa potrafi zmienić wszystko. I właśnie dla tego nie rozmawiałem z żadną ze swoich dotychczasowych ofiar. Tym razem chciałem coś zmienić, zabawić się dłużej. Nie zdawałem sobie sprawy, jak to postanowienie zmieni moje życie... i doprowadzi je do końca.
Właśnie o tym okresie mojej egzystencji na tym marnym świecie chcę Ci opowiedzieć. Poznaj mnie, jeśli chcesz. I jeśli dasz radę się ze mną rozstać, kiedy Cię porzucę.
Na zawsze,
Marcello de' Pazzi. Dawniej.
***
Upał tej nocy nie litował się nad nikim. Zwłaszcza ludźmi zamkniętymi w ciasnych samochodach bez klimatyzacji. Mimo to trzeba było sobie radzić, żeby nie ugotować się żywcem. I właśnie to robiły Magda z Pauliną. Szyby w drzwiach samochodu Pauli były otwarte, ale tej podróży i tak nie można było zaliczyć do przyjemnych. Noc była naprawdę piękna, ale nawet powietrze wpadające do wnętrza auta w trakcie szybkiej jazdy było ciężkie i gorące.
Paula otarła wierzchem dłoni pot z czoła i odetchnęła głęboko. Czuła, że jest cała mokra. W przeciwieństwie do wnętrza jej ust. Język miała wysuszony na wiór. Marzyła o wskoczeniu do morza albo basenu. Nie pogardziłaby nawet zimnym prysznicem. Wszystko by oddała za trochę chłodu... A w tej małej miejscowości niedaleko Sopotu, którą ze znajomymi wybrały sobie na bazę wypadową, był jeszcze kawał drogi. Nie miała pojęcia, jak to zniesie.
Droga ciągnęła się wzdłuż pól, a krajobrazu nie mącił ani jeden budynek. Dla niej, wychowanej w centrum wielkiego miasta, wydawało się to takie sielskie...
Kątem oka zobaczyła, że jej przyjaciółka poruszyła się nerwowo na siedzeniu pasażera. Wyraźnie próbowała zasnąć.
– Mamy jeszcze tutaj wodę? – zapytała Magda zachrypniętym głosem. – W gardle mi cholernie zaschło.
Paula pokręciła głową, krzywiąc się lekko.
– Nie, wszystko jest w bagażniku – odparła tylko. – Mnie też zaschło.
Magda przyjrzała się przyjaciółce ze współczuciem.
– Gdybym miała prawko, zamieniłabym się z tobą – rzuciła po jakimś czasie.
– Gdybyś miała prawko – poprawiła ją Paula – nie odpuściłabym ci. Musiałabyś prowadzić. – Westchnęła w końcu i spróbowała się poprawić na siedzeniu, ale jako że kierowała, nie było to proste. – Muszę rozprostować kości – dodała w końcu, zwalniając i zaparkowała na poboczu. – I wyjmę tę wodę z bagażnika.
Włączyła światła awaryjne.
– Zwariowałaś? – zawołała Magda, rozglądając się nerwowo dookoła.
Paula przyjrzała się jej dokładnie.
– A jeśli coś się chowa w zbożu? – jęknęła. – Albo w rowie?
– Tu nie ma rowów – zaśmiała się Paulina i zignorowała obawy przyjaciółki. Bo co też mogło jej się stać w szczerym polu?
Wysiadła z uśmiechem z samochodu. Teraz, kiedy stały, powietrze wydawało się jeszcze cięższe i gorętsze. Prawie nie dało się oddychać. Paula przeszła spacerem dookoła auta i dotknęła dłonią uchwytu otwierającego klapę bagażnika. Gdy miała już za nią pociągnąć, usłyszała za sobą jakiś dziwny dźwięk. Odwróciła się odruchowo, marszcząc brwi, ale za nią ciągnęła się tylko droga i pola. Z resztą tego dźwięku nie potrafiła do niczego przyporządkować. Może to lis skradał się w zbożu albo przebiegł jakiś zając? Z resztą nie ważne.
Wzruszyła lekko ramionami i otworzyła bagażnik. Co mogło jej się stać w samym środku niczego? Przecież to idiotyczne. Chciała już chwycić za zgrzewkę wody mineralnej i rozedrzeć palcami folię, kiedy ktoś chwycił ją w pasie i pociągnął szybko w tył, zasłaniając usta dłonią. W jednej chwili uszła z niej energia, a w drugiej nie było już nic.
***
– Paula! – zawołała przyjaciółkę z samochodu jej towarzyszka i obróciła się na siedzeniu, żeby spojrzeć w tylną szybę.
Zmarszczyła brwi. Klapa bagażnika była otwarta, ale Paulina już dawno powinna ją przecież zamknąć. Wysiadła powoli z samochodu i rozejrzała się dookoła, jakby starała się wypatrzyć kogokolwiek.
– Paula – zawołała grzmiącym głosem. – Nie rób sobie jaj! – warknęła, ale nikt jej nie odpowiedział. I najwyraźniej nie miał zamiaru odpowiedzieć. – Paulina! – Magda kontynuowała. Wezbrała w niej irytacja na przyjaciółkę. Wzięła się pod boki i obeszła samochód przed maską.
Ten bok auta oświetlał blask księżyca w pełni. Trzeba było przyznać, że potrafił zdziałać prawie to samo, co latarnia uliczna. Ruszyła w kierunku otwartego bagażnika powolnym krokiem, rozglądając się uważnie.
– Przepraszam – usłyszała za sobą męski głos, od którego każdej kobiecie mogły zmięknąć kolana.
Drgnęła lekko przestraszona i odwróciła się szybko. Niemal uderzyła czołem w bark faceta. Był tak blisko niej... Mimo że stał tyłem do tarczy księżyca, widziała zarys jego cholernie przystojnej twarzy. To był zdecydowanie jej typ mężczyzny. Chyba pierwszy raz w życiu pożałowała, że ma chłopaka.
– Jedzie pani w kierunku Sopotu? – zapytał uprzejmie, uśmiechając się lekko, ale z pewną dozą ironii.
– Tak, tylko... – zająknęła się, wskazując kciukiem za plecy. – Znajdę przyjaciółkę... Chce się pan z nami zabrać? – zapytała uprzejmie, odzyskując rezon.
Facet uśmiechnął się szeroko, nie otwierając jednocześnie ust, ale nic nie odpowiedział. Postąpił krok w jej stronę. Magda zmarszczyła lekko brwi, zaciskając zęby. Nie ufała mu. Przyglądał się jej dziwnym wzrokiem.
Postawiła krok w tył. Potem drugi, trzeci i... potknęła się o coś i upadła na tyłek. Siedząc obolała na twardym asfalcie, zamrugała szybko i przyjrzała się temu, na czym teraz leżały jej nogi. To była Paula. Leżała za samochodem przez cały ten czas!
– Paula?! – jęknęła dziewczyna, klękając przed przyjaciółką. Chwyciła ją za ramię i przewróciła z boku na plecy.
Magda przyglądała jej się przerażona z drżącym oddechem. Paula miała otwarte oczy, a skórę na twarzy jakby starszą.
Dotknęła brody przyjaciółki, a jej głowa przewróciła się na bok tak, że jej oczy skierowały się na Magdę. Serce dziewczyny zaczęło bić tak szybko, jakby chciało wyskoczyć z piersi.
Szyja Pauliny była poharatana... a Magda klęczała w kałuży krwi.
Uniosła szybko głowę i zobaczyła wciąż stojącego przed nią mężczyznę.
– Niech pan dzwoni na pogotowie – wołała błagalnie. Sama nie miała pojęcia, co ma zrobić.
Przyglądała się facetowi ponaglająco, ale on tylko podszedł do niej.
– Nie pomożesz już jej... – oznajmił i chwycił ją za ramię.
Chciała zaprotestować, ale on pociągnął ją do góry. Kiedy tylko stanęła przed nim na zwiotczałych nogach, próbowała się wyswobodzić, żeby wziąć z wnętrza samochodu swoją komórkę, ale jego uścisk tylko się wzmocnił. Przyparł ją plecami do samochodu, a jego oczy rozjarzyły się żółtym blaskiem.
– Ty jej to zrobiłeś – wychrypiała przez zaciśnięte gardło i zrozumiała to, co powiedziała, dopiero kiedy słowa wypłynęły z pomiędzy jej spierzchniętych warg.
Facet uśmiechnął się z satysfakcją.
– Mądra dziewczynka – odparł, a ona zobaczyła ostre zęby. – Oszczędziłbym cię – rzucił, kiwając delikatnie głową – ale w zamian za życie, muszę od czasu do czasu posłać kilka duszyczek do diabła... – Pochylił lekko głowę, przyglądając jej się niby współczująco i uśmiechnął się lekko. – Mam nadzieję, że będziesz miała okazję kiedyś mi to wybaczyć.
Nie miała pojęcia, co się dzieje, ale z jakiegoś powodu wiedziała, że mówił o prawdziwym Diable... Nie było jej dane dłużej się zastanawiać. Czuła, że jej ciało opuszcza energia. Była coraz bardziej zmęczona. Jakby starzała się w zastraszającym tempie. Nie miała nawet siły krzyczeć. Poczuła tylko jeszcze, że mężczyzna boleśnie kąsa ją w kark, a potem wszystko się skończyło.