poniedziałek, 28 września 2015

05. Ludzie

Ludzie



Styczeń.
Rok 2013.
 „Ludzie są winni
Okłamują nadal mnie
Ja chcę być inny
Chcę uwolnić w końcu się”
~Amnezja

Śpiew, muzyka, koncert. Eryk w pełni był w swoim świecie. Jeszcze trzy lata temu nie przyszłoby mu myśleć, że zaśpiewa gościnnie na koncercie promującym pierwszy teledysk zespołu swojego przyjaciela. Tego samego przyjaciela, którego kilka lat wcześniej wyciągnął z ciężkiej depresji i narkotykowego bagna.
Kiedy śpiewał, cieszył się, patrząc na Macieja, grającego na gitarze i wspomagającego go w chórkach. Eryk był zadowolony, że to właśnie dzięki niemu, chłopak wreszcie żył.
Mimo swojej radości, czuł pustkę i samotność. Niewypowiedziany ból, którego nie chciał nawet pokazać samemu sobie. Od dłuższego czasu już miał ochotę się napić, po prostu zapić swój smutek i tę dziurę, którą odczuwał w miejscu serca. Nie mógł oddychać, zaciśnięte gardło nie pomagało mu w śpiewaniu. No i wiecznie się denerwował, a powodem tego bynajmniej nie było wystąpienie na scenie. Próbował się zrelaksować wiele razy, ale stres nie ustępował. Czuł się tak przez złamane serce. Dziwne, jak bardzo może boleć zdrada osoby, której ufało się bezgranicznie…?
– Trzymaj – rzucił Maciek, podstawiając mu pod nos butelkę z brązowego szkła wypełnioną trunkiem o silnym zapachu chmielu. Dopiero co złożyli swoje instrumenty i sprzęt nagłaśniający, a tamten już zdążył odebrać po jednym z 4 darmowych piw z baru.
Eryk uśmiechnął się i wziął napój od przyjaciela.
– Ty zawsze wiesz, kiedy musze się napić – rzucił i pociągnął kilka łyków. – Aż tak po mnie widać?
– Nie. – Maciek zaprzeczył ruchem głowy. – Po prostu za dobrze cię znam. Dzisiaj możesz się zalać.
Chłopak zaśmiał się w głos. A kiedy oni się nie zalali na imprezie? Nie ważne czy był to koncert Apogeum, jego zespołu, czy grupy Maćka – Łowców Snów. Mogło to być też spotkanie ze znajomymi. Byli studentami, w dodatku uczyli się w różnych miastach, a do rodzinnego wracali dość rzadko, więc kiedy się widzieli, musieli to jakoś uczcić. Choć często rankiem po takich zabawach musieli przepraszać własne wątroby, a ich stan wskazywał na nie-życie.
– Powiesz mi, co się stało, czy mam z ciebie wyciągać za pośrednictwem brutalnych tortur? – zapytał Maciek, po czym pociągnął łyk ze swojej butelki, wciąż patrząc na kumpla kątem oka.
– Świetny koncert, stary – jakiś dryblas, którego nie kojarzył, klepnął łapą Maćka w plecy tak, że ten niemal zachłysnął się piwem.
– Dzięki – wokalista zawołał za nim, ale tamten zdążył zniknąć już za drzwiami sali, w której grali. Na co dzień była tam część pubu dla palących, ale na ten dzień ustawiono w pomieszczeniu scenę, na której stały jeszcze kolumny i rusztowania oświetlenia.
Eryk zaśmiał się z nadzieją, że Maciek zapomniał o swoim pytaniu, ale jego marzenia prysły wraz ze spojrzeniem świdrujących szarych oczu przeszywających go spod kosmyków rozczochranych i zbyt długich włosów.
– No dobra – mruknął, oparłszy się o ścianę naprzeciw baru, żeby nie robić sztucznego tłumu. – Nina mnie rzuciła i tyle. Po sprawie… – mruknął niby od niechcenia, ale w jego oczach niemal stanęły łzy.
Co to w ogóle jest? – zastanowił się. Facet nie może płakać, bo jakaś dziewczyna go zostawiła.
Niestety sam wiedział, że się oszukuje. Nina nie była „jakaś”. To kobieta, w której zakochał się bezgranicznie i to jej oddał swoje serce. Miał wcześniej parę dziewczyn, ale nigdy nie czuł czegoś takiego.
– Gówno prawda – Maciej wyrwał go z chwilowego zamyślenia.
– Co? – zdziwił się. O co mu chodziło?
– Gówno prawda, że po sprawie – wyjaśnił. – Jesteś w niej zakochany, wiem jak się czujesz. Suka zwyczajnie cię w tym momencie zgnoiła…
Eryk wciągnął powietrze do płuc tak szybko, że niemal się zakrztusił.
– Nie mów tak o niej… – zaczął, ale nie zdążył dokończyć.
– Będę – przerwał mu przyjaciel. – Bo to jest suka. Zakochałeś się w niej, a kiedy byłeś już pewien, że z nią chcesz spędzić życie, zdradziła cię i zostawiła dla tamtego… – Mówił szybko, nie pozwalając Erykowi wcisnąć w swoją wypowiedź najkrótszego słowa. – Więc nie pieprz mi farmazonów, że jest wspaniałym aniołem.
– Skąd wiesz, że mnie zdradziła? – wydusił tamten.
– Człowieku… – Maciek wzruszył ramionami, zdjąwszy białą marynarkę. – To było tydzień temu. Informacje szybko się rozchodzą. A poza tym moja siostra jest jej koleżanką. Nina się po prostu chwaliła, że ma wspaniałego nowego chłopaka… – tłumaczył niemal na wdechu. – A tym czasem to zwyczajny fagas z rynku. Sam wiesz jakie tutaj mieszkają szumowiny… Trafił się jej jeden w miarę przystojny, poleciał na nią, dała mu dupy i po sprawie, tak?
Eryka czasem przerażała bezpośredniość przyjaciela. Ciężko mu było mówić i myśleć o Ninie w taki sposób, ale Maciek chyba miał rację. Znowu. Niestety.
– Nie rozumiem – mruknął Eryk wpatrzony w przestrzeń przed sobą. – Jak można zachować się w taki sposób po niecałych czterech latach związku…
Nagle poczuł silne szczypanie pod powiekami. Szybko otarł twarz koszulą w kratę, którą trzymał w dłoni, udając, że to pot dostał mu się do oczu.
Przypomniał sobie o czymś ważnym i rozwinął jej materiał w poszukiwaniu kieszonki. Kiedy wyciągnął z jej wnętrza to, czego szukał i pokazał Maćkowi, na twarzy przyjaciela wyrył się głęboki szok.
– Chcesz mu się oświadczyć? – zawołał Sikor, basista zespołu, wynosząc pod pachą klawisze na zewnątrz budynku. – Gratulacje! – zaśmiał się jeszcze.
Eryk bowiem w palcach trzymał złoty pierścionek z szafirowym oczkiem okolonym drobnymi diamentami.
– Chciałem się jej oświadczyć tamtego dnia – wyjaśnił, po czym schował obrączkę z powrotem do kieszonki.
– No chyba, kurwa, żart… – zawołał Maciek, niemal przestając kontrolować natężenie swojego głosu. – Ty chcesz się deklarować, a ona w prezencie odwala coś takiego? Cudowna jest, nie ma co…
– Nie pomagasz – westchnął chłopak, spuszczając wzrok.
– Stary, spokojnie. – Poklepał go po ramieniu, szczerząc zęby w uśmiechu. – Tego kwaitu pół światu!
Eryk uśmiechnął się półgębkiem ze znudzeniem i bólem w oczach.
– A trzy czwarte chuja warte – mruknął, kończąc pocieszający tekst kumpla.
Nie sądził, że Maciej kiedykolwiek użyje tych słów przeciwko niemu. Kiedyś to on leczył nimi przyjaciela. Wtedy nie sądził jednak, że to uczucie jest tak obezwładniające.

***

Eryk podał Adamowi, perkusiście centralkę jego instrumentu, a ten wyniósł ją przez zaplecze baru do samochodu. To była ostatnia część perkusji. Nieźle trzeba się namachać przy jej rozkładaniu i składaniu. Może nawet więcej niż przy grze.
Uśmiechnął się w duchu i poprawił luźną czapkę, spoczywającą na jego czuprynie. Rozejrzał się z małej sceny i dostrzegł Wojtka Kasprowicza rozmawiającego z dwiema dziewczynami. Jedna z nich, wyższa miała na sobie podkoszulek z logo RHCP, a druga z burzą rudych loków i w glanach do kolan, które rzucały się w oczy. Wojciech rozmawiał z nimi zaciekle, wymachując lekko butelką piwa.
Uśmiech Eryka zbladł momentalnie. I co z tego, że po pięciu latach związku zostawiła go dziewczyna, którą kochał nad życie? Ludzie mieli większe problemy niż złamane serce! Wojtek był przykładem. Dwa dni przed koncertem poznał tego gościa i wydał mu się niesamowicie sympatyczny. Maciek ściągnął go z Krakowa, poznali się na roku. Chłopak grał na altówce i był cholernie zdolny. Ale nie w tym rzecz. Eryk dowiedział się, że Wojtek chodzi w czarnych ciuchach, a na koncercie występuje w garniturze i pod krawatem, dlatego że niespełna miesiąc wcześniej jego ukochana siostra zginęła w wypadku. Nie znał szczegółów tej historii i nawet nie chciał wnikać. Podziwiał Wojciecha za to, że ten potrafił się otrząsnąć i przyjechać na prośbę przyjaciela z końca Polski do jej centrum.
Zszedł z podwyższenia i podszedł do grupki. Stał z nimi również chłopak, dość potężnej budowy, ale z miłą twarzą.
– Przepraszam was, dziewczyny – usłyszał monolog Wojtka – jeśli podejdziecie do mnie za godzinę, a ja nie będę pamiętał waszych imion. To nie to, że jestem najebany czy, że tak brzydko powiem, upity alkoholem, ale ja po prostu nie mam pamięci do imion…
Eryk zaśmiał się bezdźwięcznie. Wojtek bowiem na dowód swoich słów nadal wymachiwał butelką piwa i mówił zapijaczonym głosem. Chłopak wiedział jednak, że jego nowy kumpel jest całkowicie trzeźwy, bo była to jego pierwsza tego wieczora butelka, której połowę pił, jak Eryk zauważył, już pół godziny.
– Wojtek… – odezwał się chłopak, który towarzyszył dwóm dziewczynom. – Jaką skalę ma altówka?
– A żebym ja ci to, kurwa, wiedział... – mruknął chłopak z uśmiechem, a dziewczyny parsknęły śmiechem.
– Zajebistą – dodał Eryk zadowolonym tonem i oparł się na ramieniu kolegi od altówki.
Zwrócił uwagę, że wzrok wyższej dziewczyny powędrował ku Pawłowi, basiście towarzyszącemu zespołowi w dwóch kawałkach. Ten odwzajemnił jej uśmiech.
Pieprzona miłość, pomyślał mimochodem. Zwrócił uwagę, że basista nie odstępował dziewczyny na krok podczas imprez. Nie rozumiał jednak, dlaczego po koncercie utrzymywał dystans. Ona była piękna, delikatna niczym porcelanowa lalka, którą można pokruszyć choćby najdelikatniejszym dotykiem. Skoro ją kochał, to czemu nie przebywał bliżej niej?
Eryk zwyczajnie nie rozumiał zachowania wielu ludzi, a złapał się na tym, że zaczął się zastanawiać nad nim po zdradzie Niny. Jej postępowania też nie mógł pojąć. Jeśli było jej z nim źle, mogła zerwać w normalny sposób, lub powiedzieć, co jej nie pasuje. Ale nie zdradzać!
Nagle przyszła mu do głowy dziwna myśl. A może ona zdradzała go już wcześniej? Tylko on był wpatrzony w nią do tego stopnia, że nie zauważał oczywistych rzeczy i zachowań?
Bez słowa wyjaśnienia odwrócił się na pięcie i wyszedł z baru. Nie zwracał nawet uwagi na ludzi, między którymi się przeciskał w drodze do drzwi. Minął Maćka, którego pytające spojrzenie zignorował, a po chwili mignęły mu blond czupryny Adama i Sikora. Ich również ominął bez słowa. Michał ich klawiszowiec grzał się pewnie gdzieś w środku przy piwie i rozmowie z Wojtkiem i tamtymi dziewczynami.
Wetknąwszy dłonie do kieszeni dżinsów, ruszył przed siebie uliczką pomiędzy piętnastowiecznymi kamienicami.

***

– Chodź tu, cymbale! – usłyszał za sobą warknięcie Maćka.
Był już niemal w połowie głównego placu rynku, kiedy tamten go dogonił i rzucił w niego płaszczem i szalikiem.
– Mam ci za matkę robić? – warknął i przyłożył Erykowi pięścią w ramię. – Jest minus piętnaście i połowa lutego! Dookoła śnieg i pewnie znowu zaraz zacznie padać, a ty leziesz przez rynek w bluzce z krótkim rękawem? – marudził dalej. – Ty przygłupie! Ubieraj się i wracamy z powrotem do ciepłego baru, do kumpli i pozostałych trzech butelek darmowego piwa.
– Jakoś mnie nie skusiłeś – mruknął Eryk, bezwładnie jednak dając się poprowadzić kumplowi, który złapał go za ramię i zmienił tor kroków.
– Wiem, jak się czujesz – mówił Maciej. Nie był to zbyt przekonujący argument. Drugi z kolei to już zupełnie co innego: – Nie bądź taki jak ja sprzed trzech lat. Nie rób światu takiej krzywdy. Masz po co żyć i dla kogo. Są ludzie, którzy kochają twoją muzykę.
– Taaa… – sapnął Eryk, kiedy stanęli już pod klubem.
Maciek zmrużył oczy i zasadził przyjacielowi kuksańca łokciem w żebra, aż ten zgiął się wpół.
– Dobra! – zawołał Eryk, odskoczywszy w bok. Niemal poślizgnął się na oblodzonej kostce brukowej. – Załapałem! Nie będę, no!
Tamten zaśmiał się i podparł się pod boki zadowolony z siebie.
– Mam propozycję – oznajmił, ale na pytające spojrzenie Eryka odpowiedział dopiero po chwili. – Złóżmy sobie braterską przysięgę.
– Na temat…? – zapytał Eryk, mrużąc oczy nieufnie.
– Że się nie zakochamy… – zaciął się na chwilę – załóżmy, że przez jakieś najbliższe dwa, trzy lata.
Chłopaka zdziwiła deklaracja przyjaciela, ale nie miał nic do stracenia. Doszedł nawet do wniosku, że tak będzie mu się żyło lepiej.
– Dobra – odparł i uścisnął dłoń swojego druha. Przysięga została złożona i żaden z nich od tej pory nie miał prawa jej zerwać.
­– No, i zaje… – zaczął żywo Maciej, ale zaciął się i powłóczył wzrokiem za kimś, kierującym się do baru.
Eryk przyjrzał się postaci i szczęka mu opadła. Jeszcze trochę i musiałby szukać jej na bruku. Brunetka z włosami do pasa, talią osy, idealnym biustem i biodrami, nogami niemal do nieba… Miała twarz anioła z delikatnymi rysami, jasna cera, kształtne różane usta, kości policzkowe wyraźne, duże oczy okolone długimi rzęsami. W dodatku miała na sobie bluzkę z logo The Rolling Stones, co świadczyło, że słucha dobrej muzyki, a sposób w jaki się poruszała niemal w głos przemawiał o jej elegancji i gracji.
– O kurwa… – mruknęli obaj, jak jeden mąż, kiedy dziewczyna zniknęła za drzwiami baru, a przysięga złożona przez nich nagle przestała być tak ważna jak przed chwilą. Mimo wszystko jednak nie mieli zamiaru jej złamać.
Ludzie są dziwni, myślał Eryk. Zwłaszcza kobiety.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz