niedziela, 10 stycznia 2016

6.Widokówka


6. Widokówka


"Widzę jak owszem
To bez znaczenia i
To nie istotne
Jak wszystko waży mniej
I nie przybliża się
Widzę jak małe
Nieidealne.
Nocne niebo
O ile znaczy mniej
Nieurodzajne
Nie nawołuje mnie
Widzę jak owszem
To nieistotne
Nieważne, niepiękne, wyblakłe.
"
~ COMA

Rok 2015.
Grudzień.


Czasem zdarza się tak, że człowiek sam ze sobą nie może już wytrzymać. Aż zastanawia się, jak to do cholery możliwe, że ludzie chcą z nim przebywać.
Ona miała właśnie taki okres. Nie mogła się nadziwić, że ludzie ją lubią. Przecież jest marudna, wyniosła, wybredna, potrafi otaksować i sponiewierać innego człowieka jednym spojrzeniem. A mimo to ludzie uważali ją za szczerą, naturalną, wierną i lojalną. Czyli za osobę o cechach, o które nigdy by sama siebie nie posądziła.
Wiedziała jednak, że jest dobrym człowiekiem. Takim, który stara się, żeby jego bliskim było jak najlepiej i, który z dobroci serca oddałby ludziom wszystko, co ma. Jednocześnie kochała i nie znosiła ludzi. Poprosiła nawet przyjaciółkę, żeby w razie jej śmierci, ta powiedziała wszystkim jej znajomym, jak bardzo ich nienawidzi. Mimo to nie była to do końca prawda. Nie nienawidziła ludzi, chociaż był jeden wyjątek. Kilkoro kochała, paru lubiła, ale większość była jej doskonale obojętna.
Z resztą wszystko zaczynało być jej obojętne. Znała ten stan. Już go kiedyś doświadczyła. Nie było to zbyt dobre, bo raniła innych, zawodziła ich i samą siebie. Co tu wiele mówić…? Była po prostu wredną szmatą. I doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Nie chciała wracać do tego etapu swojego życia. Zwłaszcza, że pół roku zajęło jej ponowne obudzenie w sobie wyższych uczuć. Nie była dumna ze swojej przeszłości.
Nie chciała ponownie popadać w ten stan, ale z drugiej strony miało to swoje zalety. Nikt nie mógł jej skrzywdzić, bo jakimś cudem nie czuła bólu. Żaden mężczyzna też nie mógł jej porzucić, bo to ona porzucała pierwsza. Bez wyrzutów sumienia. To było jak szybkie zerwanie plastra – znikała. Takie życie było z pewnością łatwiejsze. Ale czy lepsze?
Nauczyła się już żyć z dziurą w sercu. Potrafiła też funkcjonować bez niego. Zaczynała nienawidzić go coraz bardziej.
Nienawidzić jest łatwiej niż kochać i oba te uczucia są bezwarunkowe. A w jej przypadku były też wyjątkowo silne. Ona się nie zakochiwała. W nikim. Ale kiedy pokochała, również pierwszy raz w życiu znienawidziła całą sobą.
I było jej z tym dobrze.
Siedziała w pokoju. Sama. Dzień przed Sylwestrem podsumowywała miniony rok. Bez namysłu była w stanie stwierdzić, że, pomimo kilku fajnych momentów, ogólnie był tak chujowy, że aż boli. Wydarzyło się zbyt wiele. Wszystko się zepsuło i bała się, że to, co kochała już nigdy nie powróci. A oddała by wszystko za cofnięcie czasu, albo szansę od losu.
Cały mijający rok skwitowała szybko: dałaby mu 4 w dziesięciopunktowej skali. Taka nota z tej prostej przyczyny, że:
1.      wrzesień był najcudowniejszym okresem jej życia,
2.      miała piękne Walentynki,
3.      była na paru świetnych koncertach, które z pewnością będzie wspominać,
4.      nic sobie nie złamała.
Jeśli chodzi o ostatni punkt, to nigdy tak naprawdę niczego sobie nie złamała, ale dzięki tej jednej rzeczy, żaden rok przez ostatnie 21 lat nie miał 0/10. Podciągała w ten sposób punktację.
Może marudziła. Może zbyt wiele wymagała. Może… Ale mimo wszystko wydawało jej się, że zasługuje na kogoś kogo mogłaby kochać. Naprawdę starała się pomagać ludziom, być dobrą, szczerą i odpowiedzialną kobietą. Trzeba przyznać, że wychodziło jej to. Tylko dlaczego miała wrażenie, że odnosi porażki?
Usłyszała kilka razy, że powinna znaleźć sobie kogoś. Od tak, żeby był.
Ale nie potrafiła tak żyć. Oszukiwałaby nie tylko tego człowieka, ale również siebie. Swoją drogą uważała, że życie jest za krótkie, żeby marnować je na związki bez przyszłości, takie tylko dla towarzystwa, czy odskoczni od rzeczywistości na jeden dzień w tygodniu. Gdyby chciała mieć taką odskocznię, to od czasu do czasu poszłaby do jakiegoś baru czy klubu i na pewno śledziłoby ją wiele par oczu. Decyzja, którą z nich wybrać, należałaby już wyłącznie do niej. Napiłaby się, poudawała głupią i łatwą pannę, poszła z kimś do łóżka i na drugi dzień o wszystkim zapomniała. Ale po co? Nie o to jej w życiu chodziło.
Westchnęła głośno, obracając długopis w palcach. Miała przed sobą mały notes, który znał wszystkie jej myśli, boleści i zmartwienia.
Nakreśliła w lewym górnym rogu strony datę 31.01.15, a w prawym godzinę 02:42.

Nie pisałam długo ­­– zaczęła. – Jest stabilnie. Łzy przelewam tylko w gorszych chwilach, które zdarzają się nadzwyczaj rzadko, przyjacielu.
Mam nadzieję, że wiesz – wciąż Cię nienawidzę.
Ale czy to istotne?
Wiesz, przyjacielu, cisza rozdziera i niszczy bardziej niż odległość, przestrzeń, czas. Cisza zabija nawet myśl i wspomnienie.
Jestem zła na cały świat, bo Ty zamilkłeś, choć wiele obiecałeś. Fakt, to głupie, irracjonalne i samolubne. Ale taka jest prawda, mój drogi. Twa nieobecność towarzyszy mi o wiele bardziej wytrwale niż niejeden człowiek.
Czy byłeś kiedyś sam, przyjacielu? Czy odczułeś samotność tak bolesną, że słyszałeś ją w każdym kącie domu i pod każdym drzewem? Samotność, którą widziałeś nawet w oczach swojego psa czy kota?
„A Twoje bezwzględne ręce milczą w kieszeniach.”
Nie mogę wieść z Tobą teraz cichej rozmowy, poczuć Twojej dłoni. Ale wspomnieniem po Tobie, które pozostało mi jeszcze dość wyraźne, mogę dotknąć Twej myśli.
Myśli, która wciąż milczy do mnie.
Myśli, która jest coraz dalsza i nigdy nie powstanie.
A ta sama myśl kiedyś była mi bliższa, niż czyjakolwiek inna.
I własnym wspomnieniem będę czuć te pocałunki i spojrzenia gorące, i to jak ja dawałam Ci wszystko, a Ty nie chciałeś tego przyjąć.
Wzrosłam wtedy na nowo, myśląc, że to szczęście zagościło w naszym życiu na stałe. Nie odjąłeś mi rozsądku, a dodałeś nieba nad głową.
Wiesz, przyjacielu, myślenie o Tobie jest chyba o wiele rozsądniejsze do pisania do Ciebie. Wczorajszej nocy długo nie mogłam spać. Choć wielce prawdopodobnym jest to, że nie chciałam. Leżałam cztery godziny, patrząc w sufit, bardziej na jawie niż we śnie i wiedz, że owego sufitu nie widziałam. Jakbym patrzyła w niebo, zerkała na gwiazdy i zimny księżyc, wyobrażając sobie, że i Ty na nie patrzysz. Przez cały ten czas prowadziłam z Tobą rozmowę, przez którą czułam bliskość i oddanie, wciąż Cię nienawidząc.
Umarłam już tak wiele razy, że pozostało mi tylko zastanawiać się, czemu wciąż mi zależy.
Na zawsze, M.

            Już niedługo, z wybiciem północy przyjdzie nowy rok.
Sądzimy, że przyszłość będzie piękniejsza i lepsza.
A ja trzymam się tej myśli. Wierzę, że kolejny rok będzie niósł ze sobą chwile, dla których warto będzie żyć.
            Noszę nadzieję, że los przyniesie coś innego niż gorzki posmak na czubku języka.

niedziela, 6 grudnia 2015

1. 1. Jolly Roger. Piotruś

Jakiś czas temu wstawiłam prolog do "Jolly Rogera". Pytałam, co sądzicie o mojej, nieco zniekształconej i współczesnej wersji "Piotrusia Pana". Teraz postanowiłam pokazać pierwszy rozdział i poddać go waszej opinii, drodzy Czytelnicy,

Miłej lektury ;)



1

Piotruś


Wendy już, jako mała dziewczynka dowiedziała się, ze każde dziecko musi kiedyś dorosnąć. Ale nie przejmowała się tym. Sądziła, że owe "kiedyś" to bardzo dużo czasu. Z resztą każdego dnia skrupulatnie oglądała się ze wszystkich stron w lustrze i nigdy nie zauważyła żadnej zmiany. Znaczyło to, że wciąż jest dzieckiem i jeszcze długo nim będzie.
            Jej braci temat dorosłości nie interesował. Za każdym razem, kiedy Wendy chciała go poruszyć, John poprawiał okrągłe okulary zsuwające mu się na czubek nosa i pouczał ją, że jeszcze nigdy nie widział dorosłego dziecka i że nie mają się czym przejmować. Suma summarum przyznawała mu wtedy rację. Bo przecież któż słyszał o dorosłych dzieciach?! Chociaż któregoś razu, bawiąc się pod czujnym okiem Nany w ogrodzie usłyszała rozmowę pani Darling z jedną z jej znajomych. Oczywiście wiedziała, że niegrzecznie jest podsłuchiwać cudze myśli, więc zaraz uciekła, nie chcąc słyszeć więcej. Pani Darling wówczas przyznała przyjaciółce, że pan Darling często zachowuje się jak wieczne dziecko. Wendy bardzo zdziwiło to stwierdzenie, bo przecież wiedziała, że jej tato jest zbyt duży na dziecko. No i oczywiście dzieci nie mają wąsów.
            Pani Darling mimo takich słów zawsze bardzo szanowała swojego męża. W końcu tego od niej wymagał. Uczyła również dzieci, żeby zawsze były tacie posłuszne. Przecież tyle natrudziła się, żeby jej mąż pozwolił jej zatrzymać dzieci przy sobie. Bardzo długi czas zawzięcie twierdził, że nie dadzą rady finansowo, że nie utrzymają Wendy. Prowadził bardzo skrupulatne notatki na temat ich oszczędności i wydatków. Pani Darling zawsze w takich sytuacjach uważnie słuchała męża, przytakując, a na koniec jego monologu zawsze powtarzała to samo zdanie.
            - Damy sobie radę, kochanie.
            I dawali. Niedługo po tym jak do ich rodziny dołączyła Wendy, pojawił się John, a w końcu również mały Michael.
            W końcu jak każda szanująca się Angielska rodzina musieli zatrudnić niańkę do opieki nad dziećmi. Niestety nie było na to pieniędzy, więc koniec końców dla państwa Darling zaczęła pracować Nana - suka rasy nowofunlandzkiej i sprawowała się świetnie! A może nawet o wiele lepiej niż inne młode i nieuważne niańki zatrudniane przez sąsiadów.
            Co rano Nana wstawała ze swojego posłania skoro świt, budziła dzieci, ogarniała Wendy i przynosiła jej świeżą sukienkę z szafy, raz różową, innym razem niebieską lub żółtą, a na specjalne okazje - śnieżnobiałą. Potem budziła Johna, co za każdym razem nie było łatwe, więc prosiła błagalnym wzrokiem Wendy o pomoc. I tak we dwie doprowadzały Johna do porządku. Ostatni wstawał zawsze Michael, któremu łapą i szczotką trzymaną w pysku Nana ogarniała blond czuprynę. Wtedy dzieci były już gotowe na wizytę w przedszkolu.
            Innych nianiek i nauczycielek już nie dziwił widok Nany, choć wiele z nich uważało ją za gorszą od siebie, co oczywiście nie było prawdą, bo sama Nana była cudowna i świetnie sobie z dziećmi radziła.
            Każdego dnia po przedszkolu Nana pilnowała dzieci przy zabawie i nielicznych psotach, przynosiła nowe koszule albo sukienki, kiedy któreś się poplamiło, ocierała łzy, kiedy John lub Michael się przewrócił i była odpowiedzialną towarzyszką zabaw. Wieczorem, kiedy już ułożyła dzieci spać, zawsze sprzątała pokój dziecinny i kiedy zeń wychodziła, żeby położyć się w swoim legowisku w korytarzu, zostawiała za sobą nienaganny porządek. Firanki były ułożone, pluszowe misie i lalki patrzyły na śpiące dzieci z półek, książki ustawione były równiutko, a drewniane zabawki i klocki pod jedną ze ścian tworzyły fortecę nie do zdobycia.
            Kiedy wszyscy już głęboko spali, co noc do pokoju dziecinnego na palcach wchodziła pani Darling. Przeglądała wtedy rzeczy dzieci i przysłuchiwała się ich snom, siedząc wygodnie w bujanym fotelu. Szeptała cicho pytania, a zaspane dzieci zawsze jej odpowiadały. W taki sposób czyściła i porządkowała ich umysły. Kiedy powiedziały jej wszystko, każde po kolei, wszystkie dobre myśli powtarzała im raz jeszcze, wyciągając je na wierzch ich dziecięcych umysłów, a te psotne i niegrzeczne przemyślenia, chowała najgłębiej jak się dało, żeby nigdy nie wyszły. W głowie Wendy zaciekawił ją kiedyś płynący po niebie statek. Uznała, że jej córeczka ma naprawdę ciekawe i zabawne sny. Pewnego razu jakiś czas później zaczęła się jednak bardzo o swoje dzieci niepokoić. Podczas conocnego wypytywania Michaela o różne rzeczy, jej najmłodszy synek kilka razy powtórzył imię Piotruś. Bardzo ją to zdziwiło, bo żadnego Piotrusia nie znała. Zapytała więc o tego chłopca swojego starszego synka, Johna, który był zawsze bardzo odpowiedzialny. Dowiedziała się od niego niewiele więcej niż od Michaela. Coraz bardziej zaniepokojona zapytała Wendy, a córka zaczęła jej z wyraźną fascynacją w śpiącym głosie opowiadać o fantastycznym chłopcu.
            - On do nas przychodzi, mamusiu - powiedziała w końcu. - W nocy. I gra na czymś, kiedy śpię. Mówi, że to fletnia. I ma taki piękny głos.
            Po tej rozmowie pani Darling położyła się w łóżku obok męża bardzo zaniepokojona. Pamiętała z dzieciństwa jakiegoś Piotrusia Pana. Ale to przecież niemożliwe, żeby jej dzieci też go znały. Musiał być już dorosłym mężczyzną. Już dawno przestała w niego wierzyć - została przecież żoną i matką, musiała zapomnieć o przyjaciołach z dzieciństwa.
            Ale Wendy mówiła o nim z takim przekonaniem... Nie, to z pewnością się jej tylko przyśniło. Nie mogło być inaczej.


piątek, 13 listopada 2015

PostcardUnited


Witajcie, moi drodzy.

Uznałam, że muszę wam to napisać: dostałam dzisiaj maila z powiadomieniem o dostarczeniu pocztówki do adresata z PostcardUnited. Kartka dotarła do Gujany (państwa sąsiadującego z Wenezuelą), a pani, która ją dostała, napisała mi piękną i wzruszającą wiadomość. Z resztą sami przeczytajcie (przełożona wiadomość):

„Cześć, dobry wieczór,
Dziękuję ci za piękną kartkę i cudowne znaczki. Uczyniłaś mój dzień trochę jaśniejszym. Twoja pocztówka znaczy dla mnie bardzo wiele w tym szczególnym czasie ogromnego smutku, ponieważ straciłam mojego drogiego przyjaciela Nigela Cromarty, który zmarł w wieku 69 lat. Proszę, nie bierz życia za pewnik i upewnij się, że ludzie, których kochasz, wiedzą o tym, jak bardzo ich kochasz i dbaj o nich… Najlepsze życzenia od Natashy o złamanym sercu.”

Uznałam, że Natasha w tej wiadomości zawarła wszystko, co najważniejsze. Jest ona dla mnie wyjątkowo osobista, uważam, że powinniśmy kochać całym sercem i żyć pełnią życia, a swój system wartości i poglądy przedstawiam w różny sposób w pracach.

No, na zakończenie wstawię swój ostatni obraz.
Miłego dnia, kochani.


 Lśnienie III
akryl na płycie HDF
100x140cm
2015 

PS. Kiedy już skończę malować, przestawię pełny cykl obrazów z wyjaśnieniem i wskazówkami do interpretacji.