Miłej lektury ;)
1
Piotruś
Wendy już, jako mała dziewczynka dowiedziała się, ze
każde dziecko musi kiedyś dorosnąć. Ale nie przejmowała się tym. Sądziła, że
owe "kiedyś" to bardzo dużo czasu. Z resztą każdego dnia skrupulatnie
oglądała się ze wszystkich stron w lustrze i nigdy nie zauważyła żadnej zmiany.
Znaczyło to, że wciąż jest dzieckiem i jeszcze długo nim będzie.
Jej
braci temat dorosłości nie interesował. Za każdym razem, kiedy Wendy chciała go
poruszyć, John poprawiał okrągłe okulary zsuwające mu się na czubek nosa i
pouczał ją, że jeszcze nigdy nie widział dorosłego dziecka i że nie mają się
czym przejmować. Suma summarum przyznawała mu wtedy rację. Bo przecież któż
słyszał o dorosłych dzieciach?! Chociaż któregoś razu, bawiąc się pod czujnym
okiem Nany w ogrodzie usłyszała rozmowę pani Darling z jedną z jej znajomych.
Oczywiście wiedziała, że niegrzecznie jest podsłuchiwać cudze myśli, więc zaraz
uciekła, nie chcąc słyszeć więcej. Pani Darling wówczas przyznała przyjaciółce,
że pan Darling często zachowuje się jak wieczne dziecko. Wendy bardzo zdziwiło
to stwierdzenie, bo przecież wiedziała, że jej tato jest zbyt duży na dziecko.
No i oczywiście dzieci nie mają wąsów.
Pani
Darling mimo takich słów zawsze bardzo szanowała swojego męża. W końcu tego od
niej wymagał. Uczyła również dzieci, żeby zawsze były tacie posłuszne. Przecież
tyle natrudziła się, żeby jej mąż pozwolił jej zatrzymać dzieci przy sobie.
Bardzo długi czas zawzięcie twierdził, że nie dadzą rady finansowo, że nie
utrzymają Wendy. Prowadził bardzo skrupulatne notatki na temat ich oszczędności
i wydatków. Pani Darling zawsze w takich sytuacjach uważnie słuchała męża,
przytakując, a na koniec jego monologu zawsze powtarzała to samo zdanie.
- Damy
sobie radę, kochanie.
I
dawali. Niedługo po tym jak do ich rodziny dołączyła Wendy, pojawił się John, a
w końcu również mały Michael.
W
końcu jak każda szanująca się Angielska rodzina musieli zatrudnić niańkę do
opieki nad dziećmi. Niestety nie było na to pieniędzy, więc koniec końców dla
państwa Darling zaczęła pracować Nana - suka rasy nowofunlandzkiej i sprawowała
się świetnie! A może nawet o wiele lepiej niż inne młode i nieuważne niańki
zatrudniane przez sąsiadów.
Co
rano Nana wstawała ze swojego posłania skoro świt, budziła dzieci, ogarniała
Wendy i przynosiła jej świeżą sukienkę z szafy, raz różową, innym razem
niebieską lub żółtą, a na specjalne okazje - śnieżnobiałą. Potem budziła Johna,
co za każdym razem nie było łatwe, więc prosiła błagalnym wzrokiem Wendy o
pomoc. I tak we dwie doprowadzały Johna do porządku. Ostatni wstawał zawsze
Michael, któremu łapą i szczotką trzymaną w pysku Nana ogarniała blond
czuprynę. Wtedy dzieci były już gotowe na wizytę w przedszkolu.
Innych
nianiek i nauczycielek już nie dziwił widok Nany, choć wiele z nich uważało ją
za gorszą od siebie, co oczywiście nie było prawdą, bo sama Nana była cudowna i
świetnie sobie z dziećmi radziła.
Każdego
dnia po przedszkolu Nana pilnowała dzieci przy zabawie i nielicznych psotach,
przynosiła nowe koszule albo sukienki, kiedy któreś się poplamiło, ocierała
łzy, kiedy John lub Michael się przewrócił i była odpowiedzialną towarzyszką
zabaw. Wieczorem, kiedy już ułożyła dzieci spać, zawsze sprzątała pokój
dziecinny i kiedy zeń wychodziła, żeby położyć się w swoim legowisku w
korytarzu, zostawiała za sobą nienaganny porządek. Firanki były ułożone,
pluszowe misie i lalki patrzyły na śpiące dzieci z półek, książki ustawione
były równiutko, a drewniane zabawki i klocki pod jedną ze ścian tworzyły
fortecę nie do zdobycia.
Kiedy
wszyscy już głęboko spali, co noc do pokoju dziecinnego na palcach wchodziła
pani Darling. Przeglądała wtedy rzeczy dzieci i przysłuchiwała się ich snom,
siedząc wygodnie w bujanym fotelu. Szeptała cicho pytania, a zaspane dzieci
zawsze jej odpowiadały. W taki sposób czyściła i porządkowała ich umysły. Kiedy
powiedziały jej wszystko, każde po kolei, wszystkie dobre myśli powtarzała im
raz jeszcze, wyciągając je na wierzch ich dziecięcych umysłów, a te psotne i
niegrzeczne przemyślenia, chowała najgłębiej jak się dało, żeby nigdy nie
wyszły. W głowie Wendy zaciekawił ją kiedyś płynący po niebie statek. Uznała,
że jej córeczka ma naprawdę ciekawe i zabawne sny. Pewnego razu jakiś czas
później zaczęła się jednak bardzo o swoje dzieci niepokoić. Podczas conocnego
wypytywania Michaela o różne rzeczy, jej najmłodszy synek kilka razy powtórzył
imię Piotruś. Bardzo ją to zdziwiło, bo żadnego Piotrusia nie znała. Zapytała
więc o tego chłopca swojego starszego synka, Johna, który był zawsze bardzo
odpowiedzialny. Dowiedziała się od niego niewiele więcej niż od Michaela. Coraz
bardziej zaniepokojona zapytała Wendy, a córka zaczęła jej z wyraźną fascynacją
w śpiącym głosie opowiadać o fantastycznym chłopcu.
- On
do nas przychodzi, mamusiu - powiedziała w końcu. - W nocy. I gra na czymś,
kiedy śpię. Mówi, że to fletnia. I ma taki piękny głos.
Po tej
rozmowie pani Darling położyła się w łóżku obok męża bardzo zaniepokojona.
Pamiętała z dzieciństwa jakiegoś Piotrusia Pana. Ale to przecież niemożliwe,
żeby jej dzieci też go znały. Musiał być już dorosłym mężczyzną. Już dawno
przestała w niego wierzyć - została przecież żoną i matką, musiała zapomnieć o
przyjaciołach z dzieciństwa.
Ale Wendy
mówiła o nim z takim przekonaniem... Nie, to z pewnością się jej tylko
przyśniło. Nie mogło być inaczej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz