niedziela, 6 grudnia 2015

1. 1. Jolly Roger. Piotruś

Jakiś czas temu wstawiłam prolog do "Jolly Rogera". Pytałam, co sądzicie o mojej, nieco zniekształconej i współczesnej wersji "Piotrusia Pana". Teraz postanowiłam pokazać pierwszy rozdział i poddać go waszej opinii, drodzy Czytelnicy,

Miłej lektury ;)



1

Piotruś


Wendy już, jako mała dziewczynka dowiedziała się, ze każde dziecko musi kiedyś dorosnąć. Ale nie przejmowała się tym. Sądziła, że owe "kiedyś" to bardzo dużo czasu. Z resztą każdego dnia skrupulatnie oglądała się ze wszystkich stron w lustrze i nigdy nie zauważyła żadnej zmiany. Znaczyło to, że wciąż jest dzieckiem i jeszcze długo nim będzie.
            Jej braci temat dorosłości nie interesował. Za każdym razem, kiedy Wendy chciała go poruszyć, John poprawiał okrągłe okulary zsuwające mu się na czubek nosa i pouczał ją, że jeszcze nigdy nie widział dorosłego dziecka i że nie mają się czym przejmować. Suma summarum przyznawała mu wtedy rację. Bo przecież któż słyszał o dorosłych dzieciach?! Chociaż któregoś razu, bawiąc się pod czujnym okiem Nany w ogrodzie usłyszała rozmowę pani Darling z jedną z jej znajomych. Oczywiście wiedziała, że niegrzecznie jest podsłuchiwać cudze myśli, więc zaraz uciekła, nie chcąc słyszeć więcej. Pani Darling wówczas przyznała przyjaciółce, że pan Darling często zachowuje się jak wieczne dziecko. Wendy bardzo zdziwiło to stwierdzenie, bo przecież wiedziała, że jej tato jest zbyt duży na dziecko. No i oczywiście dzieci nie mają wąsów.
            Pani Darling mimo takich słów zawsze bardzo szanowała swojego męża. W końcu tego od niej wymagał. Uczyła również dzieci, żeby zawsze były tacie posłuszne. Przecież tyle natrudziła się, żeby jej mąż pozwolił jej zatrzymać dzieci przy sobie. Bardzo długi czas zawzięcie twierdził, że nie dadzą rady finansowo, że nie utrzymają Wendy. Prowadził bardzo skrupulatne notatki na temat ich oszczędności i wydatków. Pani Darling zawsze w takich sytuacjach uważnie słuchała męża, przytakując, a na koniec jego monologu zawsze powtarzała to samo zdanie.
            - Damy sobie radę, kochanie.
            I dawali. Niedługo po tym jak do ich rodziny dołączyła Wendy, pojawił się John, a w końcu również mały Michael.
            W końcu jak każda szanująca się Angielska rodzina musieli zatrudnić niańkę do opieki nad dziećmi. Niestety nie było na to pieniędzy, więc koniec końców dla państwa Darling zaczęła pracować Nana - suka rasy nowofunlandzkiej i sprawowała się świetnie! A może nawet o wiele lepiej niż inne młode i nieuważne niańki zatrudniane przez sąsiadów.
            Co rano Nana wstawała ze swojego posłania skoro świt, budziła dzieci, ogarniała Wendy i przynosiła jej świeżą sukienkę z szafy, raz różową, innym razem niebieską lub żółtą, a na specjalne okazje - śnieżnobiałą. Potem budziła Johna, co za każdym razem nie było łatwe, więc prosiła błagalnym wzrokiem Wendy o pomoc. I tak we dwie doprowadzały Johna do porządku. Ostatni wstawał zawsze Michael, któremu łapą i szczotką trzymaną w pysku Nana ogarniała blond czuprynę. Wtedy dzieci były już gotowe na wizytę w przedszkolu.
            Innych nianiek i nauczycielek już nie dziwił widok Nany, choć wiele z nich uważało ją za gorszą od siebie, co oczywiście nie było prawdą, bo sama Nana była cudowna i świetnie sobie z dziećmi radziła.
            Każdego dnia po przedszkolu Nana pilnowała dzieci przy zabawie i nielicznych psotach, przynosiła nowe koszule albo sukienki, kiedy któreś się poplamiło, ocierała łzy, kiedy John lub Michael się przewrócił i była odpowiedzialną towarzyszką zabaw. Wieczorem, kiedy już ułożyła dzieci spać, zawsze sprzątała pokój dziecinny i kiedy zeń wychodziła, żeby położyć się w swoim legowisku w korytarzu, zostawiała za sobą nienaganny porządek. Firanki były ułożone, pluszowe misie i lalki patrzyły na śpiące dzieci z półek, książki ustawione były równiutko, a drewniane zabawki i klocki pod jedną ze ścian tworzyły fortecę nie do zdobycia.
            Kiedy wszyscy już głęboko spali, co noc do pokoju dziecinnego na palcach wchodziła pani Darling. Przeglądała wtedy rzeczy dzieci i przysłuchiwała się ich snom, siedząc wygodnie w bujanym fotelu. Szeptała cicho pytania, a zaspane dzieci zawsze jej odpowiadały. W taki sposób czyściła i porządkowała ich umysły. Kiedy powiedziały jej wszystko, każde po kolei, wszystkie dobre myśli powtarzała im raz jeszcze, wyciągając je na wierzch ich dziecięcych umysłów, a te psotne i niegrzeczne przemyślenia, chowała najgłębiej jak się dało, żeby nigdy nie wyszły. W głowie Wendy zaciekawił ją kiedyś płynący po niebie statek. Uznała, że jej córeczka ma naprawdę ciekawe i zabawne sny. Pewnego razu jakiś czas później zaczęła się jednak bardzo o swoje dzieci niepokoić. Podczas conocnego wypytywania Michaela o różne rzeczy, jej najmłodszy synek kilka razy powtórzył imię Piotruś. Bardzo ją to zdziwiło, bo żadnego Piotrusia nie znała. Zapytała więc o tego chłopca swojego starszego synka, Johna, który był zawsze bardzo odpowiedzialny. Dowiedziała się od niego niewiele więcej niż od Michaela. Coraz bardziej zaniepokojona zapytała Wendy, a córka zaczęła jej z wyraźną fascynacją w śpiącym głosie opowiadać o fantastycznym chłopcu.
            - On do nas przychodzi, mamusiu - powiedziała w końcu. - W nocy. I gra na czymś, kiedy śpię. Mówi, że to fletnia. I ma taki piękny głos.
            Po tej rozmowie pani Darling położyła się w łóżku obok męża bardzo zaniepokojona. Pamiętała z dzieciństwa jakiegoś Piotrusia Pana. Ale to przecież niemożliwe, żeby jej dzieci też go znały. Musiał być już dorosłym mężczyzną. Już dawno przestała w niego wierzyć - została przecież żoną i matką, musiała zapomnieć o przyjaciołach z dzieciństwa.
            Ale Wendy mówiła o nim z takim przekonaniem... Nie, to z pewnością się jej tylko przyśniło. Nie mogło być inaczej.


piątek, 13 listopada 2015

PostcardUnited


Witajcie, moi drodzy.

Uznałam, że muszę wam to napisać: dostałam dzisiaj maila z powiadomieniem o dostarczeniu pocztówki do adresata z PostcardUnited. Kartka dotarła do Gujany (państwa sąsiadującego z Wenezuelą), a pani, która ją dostała, napisała mi piękną i wzruszającą wiadomość. Z resztą sami przeczytajcie (przełożona wiadomość):

„Cześć, dobry wieczór,
Dziękuję ci za piękną kartkę i cudowne znaczki. Uczyniłaś mój dzień trochę jaśniejszym. Twoja pocztówka znaczy dla mnie bardzo wiele w tym szczególnym czasie ogromnego smutku, ponieważ straciłam mojego drogiego przyjaciela Nigela Cromarty, który zmarł w wieku 69 lat. Proszę, nie bierz życia za pewnik i upewnij się, że ludzie, których kochasz, wiedzą o tym, jak bardzo ich kochasz i dbaj o nich… Najlepsze życzenia od Natashy o złamanym sercu.”

Uznałam, że Natasha w tej wiadomości zawarła wszystko, co najważniejsze. Jest ona dla mnie wyjątkowo osobista, uważam, że powinniśmy kochać całym sercem i żyć pełnią życia, a swój system wartości i poglądy przedstawiam w różny sposób w pracach.

No, na zakończenie wstawię swój ostatni obraz.
Miłego dnia, kochani.


 Lśnienie III
akryl na płycie HDF
100x140cm
2015 

PS. Kiedy już skończę malować, przestawię pełny cykl obrazów z wyjaśnieniem i wskazówkami do interpretacji.

wtorek, 3 listopada 2015

5.Spadam



Oto najprawdopodobniej ostatnie opowiadanie z tej serii ;)
Teraz zacznę nowe. Mam ostatnio mnóstwo pomysłów! Między innymi taki, żeby zacząć spisywać swój pamiętnik, bo to mogłoby być niezłe :D Dosyć zabawna telenowela bez happyendu w większej części odcinków - mój czarno-biały tok myślenia, te sprawy. Jestem pesymistką, jak już pewnie zdążyliście się przekonać :P
Ale spokojnie. Będą jeszcze opowiadania ze szczęśliwymi zakończeniami! Mam wiele ciekawych historii w zanadrzu ;)
Miłego czytania!

PS. Spróbujcie przemyśleć sobie tę historię.






5.Spadam

"Spadam
Chroni mnie wiara
Niech będzie chwała Bogu
A w mojej duszy spokój
"
~ COMA

Rok 2015.
Listopad.


            Wyobraź sobie pewną sytuację:
            Wstajesz rano z łóżka. Źle spałeś i boli Cię dosłownie wszystko, każda część ciała. Otrzepujesz się jednak i ogarniasz, ale wyglądasz jak przez okno.
Dzień jak co dzień – ptaki śpiewają, słońce świeci, świat płynie dalej i nie ogląda się na Ciebie, chociaż czujesz się jak śmieć. Mimo że już listopad, jesień jest piękna i w sumie to dobija Cię jeszcze bardziej. Najchętniej w ogóle nie podnosiłbyś się z łóżka, zawinąłbyś się w koc, udając krokieta i nie pokazywałbyś się ludziom przez resztę życia. Ale i tak musisz wziąć się w garść, wsiąść w samochód i jechać do szpitala na już dawno umówioną wizytę, na której masz odebrać wyniki badań. Jadąc, myślisz, że za późno wstałeś i nie zdążyłeś zjeść śniadania. Ale to trudno. Umówiłeś się ze znajomą, więc wtedy coś zjesz. Ciągle czujesz, że wegetujesz, bo kochasz ponad wszystko, ale nie możesz dać tej miłości ujścia. Cóż, fakt – wszystko Ci się zawaliło, ale życie nie dobiegło końca. Świat na Ciebie nie zaczeka. Myślisz ciągle, wchodząc do gabinetu. Twój lekarz wita Cię z ponurym uśmiechem.
            „On też chyba ma zły dzień”- myślisz.
Dostajesz kartkę, na której widnieją wyniki badać i oczywiście niewiele rozumiesz z tego bełkotu. I wtedy wszystko się zmienia.
A teraz przejdźmy do właściwej historii…

            W uszach dudniła jej głośna muzyka. Świat krążył dookoła niej, a światła zmieniały się jak w kalejdoskopie. Tańczyła ze swoim znajomym ze studiów i obojgu to odpowiadało. Nie ograniczali się w kontaktach fizycznych, skakali, pili co kilka chwil wódkę z baru, całowali się. Oj, nieźle się nawaliła. On z resztą też.
            Nie wiedziała ani która była godzina, ani ile czasu już tam spędziła, ale bawiła się doskonale. Jeszcze nigdy wcześniej tak się nie zachowywała. Pewnie w normalnych okolicznościach miałaby wyrzuty sumienia, ale nie w tamtej chwili. Wówczas starała się zapomnieć o całej tej siermiężnej rzeczywistości.
            W pewnej chwili poczuła, że ktoś uważnie przygląda się jej poczynaniom.
            Zwróciła się w kierunku wejścia do klubu i widząc jego spojrzenie, uśmiechnęła się. Zastanowiła się chwilę, co on tam robił, ale szybko zdała sobie sprawę, że przecież sama powiedziała mu, gdzie jest. Przez głowę przemknęło jej wspomnienie SMSa, jakiego dostała od niego jakiś tamtego wieczora.
            „Wpadnę do Ciebie, pogadać chwilę ;)”
            - Tygrysie! – zawołała do chłopaka, z którym tańczyła. Udało jej się przekrzyczeć muzykę na tyle, żeby ją usłyszał. – Zostawię cię na chwilę! Przyjaciel przyszedł. Pogadam z nim chwilę.
            Bo przecież byli przyjaciółmi. Zerwali ze sobą, ale przyjaźń miała zostać.
            - Okej – odparł. – Będę przy barze.
            I pocałował ją, wciąż tańcząc. Bynajmniej nie był to krótki pocałunek. Jakby nie chciał jej puścić, choć oboje wiedzieli, że kiedy wytrzeźwieją, nie zostanie nic z ich „bliskich” relacji.
            Tanecznym krokiem podeszła do mężczyzny, na którego widok jej serce biło szybciej i mocniej. Mimo że nie widzieli się już dłuższy czas i chwilami myślała, że jest już okej, że jej przeszło, czasem wszystko odżywało. Zwłaszcza kiedy go widziała. Był jedyną osobą, dla której mogła wszystko poświęcić. Chciała dla niego wszystko poświęcić. Ale on odszedł.
            Teraz przyglądał jej się wzrokiem bez wyrazu. Kiedy z ciepłym okrzykiem objęła go na powitanie, nie drgnął. Nawet nie pochylił się odrobinę, żeby było jej wygodniej. Mierzył sobie prawie dwa metry, a stanie na palcach w butach na obcasach w jej obecnym stanie graniczyło z cudem.
            - Co ci się stało? – zapytał ostro. – To twój chłopak?
            Trochę nie rozumiała, o co mu chodzi.
            - Nie – odparła z szerokim uśmiechem na ustach. Jej wzrok był nieco mętny. – W sumie to znamy się tylko z widzenia.
            Zobaczyła na jego twarzy smutek, złość, żal… i coś jeszcze. Czyżby zazdrość?
            - O co ci chodzi? – zapytała, biorąc się pod boki. – Jesteś zazdrosny? Przecież to ty mnie zostawiłeś?
            Nie była obrażona. Była zmieszana i grała wesolutką, co było dosyć łatwe dzięki sporej ilości alkoholu, jaką w siebie wlała tego wieczora. A do tego cierpiała. Bo tęskniła za nim jak za nikim innym w ciągu całego życia.
            - Właśnie w tej sprawie tutaj przyszedłem. Chciałem porozmawiać – powiedział powoli.
            Stali niedaleko schodów prowadzących do wyjścia, a akustyka w klubie była tak skonstruowana, że w okolicach stołów i loży mogli spokojnie rozmawiać, nie przekrzykując się.
Różowe i fioletowe światła padały na jego jasną cerę i zmierzwione blond włosy. Czuła jego zapach, ten przy którym kochała zasypiać, choć nie miała wielu ku temu okazji. Patrzyła w jego przepełnione bólem i zdezorientowaniem oczy… i miała ochotę paść na kolana i zacząć płakać.
            Po całym dniu dopiero teraz, kiedy stała przed nim w tandetnym klubie z dziadowską muzyką, zaczęło do niej docierać, co się wydarzyło i jak jej życie się właśnie zmieniło.
            - Ale widzę, że doskonale się bawisz… – mruknął. – Że zdążyłaś o mnie zapomnieć.
            To było dla niej jak cios w twarz, chociaż wiedziała, że wcale nie miał zamiaru, sprawić jej przykrości.
            - Nie zapomniałam – odparła twardo. – Musiałam nauczyć się żyć dalej. Ale już nie muszę… – zawahała się. – Do czego zmierzasz?
            Drgnął, jakby chciał ją przytulić, ale hamował się. Wciąż patrzył na nią z góry z pewnej odległości.
            - Jeśli kiedyś uznasz, że jesteś w stanie mi wybaczyć i dać nam jeszcze jedną szansę… Powiedz mi o tym – powiedział szybko, jakby na jednym wdechu. Najwyraźniej był mocno zestresowany.
            Znała te słowa. Sama powiedziała mu kiedyś podobne.
            Uśmiechnęła się smutno i jakby pobladła, czego z pewnością nie było widać w tym świetle.
            - Wybaczyłam ci już dawno – odpowiedziała dość cicho słabym głosem, ale on mimo to usłyszał jej słowa. – Nie. Nie mogę ci tego zrobić.
            Otworzył szeroko oczy.
            - Czego nie możesz mi zrobić? – zapytał drżącym głosem.
            - Jeśli teraz pozwolę ci ze sobą być… - pokręciła lekko głową. – Jeśli pozwolę na to, niedługo będziesz musiał szukać sobie nowej dziewczyny.
            Zmarszczył brwi. Nie rozumiał, o czym do niego mówiła. I w sumie wcale mu się nie dziwiła. Starała się omijać temat. Może sama bała się usłyszeć te słowa z własnych ust?
            - Marzenia się nie spełniają – kontynuowała.
            Dotknęła dłonią jego policzka. Musnęła palcami jego szczękę i położyła rękę na karku chłopaka. Przyciągnęła lekko jego twarz ku sobie i pocałowała delikatnie w usta. I to przelało czarę. Oczy zaczęły ją piec, a po policzkach spod zaciśniętych powiek strużkami popłynęły łzy.
            - Kocham cię najbardziej na świecie – powiedziała, wciąż muskając jego usta swoimi mokrymi od łez wargami. Wciąż mocno zaciskała powieki. – Nie… nawet te słowa to za mało, żeby sprecyzować, co do ciebie czuję. Żadne wymyślone dotychczas słowo nie jest w stanie opisać tego, co czuję. Osobno jesteśmy dwoma różnymi kolorami na palecie, ale razem tworzymy niezliczoną ilość barw. Nie wszystkie są czyste i piękne. Niektóre są brudne i błotniste, ale to nadal jesteśmy my. I na tym polega miłość… Ale nie możemy być już razem.
            - Nie rozumiem… – powiedział cicho.
            Otworzyła oczy.
            On też płakał.
            Ostatni raz widziała jego łzy, kiedy dał jej do zrozumienia, że to koniec.
            Uśmiechnęła się wesoło, choć jej oczy wyrażały niewypowiedziany ból.
            - Mam nieoperacyjnego raka – odpowiedziała, choć nawet dla niej samej jej głos brzmiał pusto, jakby dochodził do nich z innego pomieszczenia. – Jeśli pożyje jeszcze pięć lat, będzie super… I nie mów, proszę, że życie jest niesprawiedliwe… Marzenia się nie spełniają…
            Zaniemówił. Wpatrywał się w nią tylko przerażonym wzrokiem. Trochę jakby nie wierzył w to, co właśnie usłyszał. Zacisnął palce na jej dłoni.
            Ale ona i tak już spadała. Koniec jej życia miał być niczym w stosunku do wieczności i całego świata. Przecież tylu ludzi umierało każdego dnia, a po kilku chwilach żałoby stawało się zapomnianym przez wszystkich elementem życia. Ona też tak zniknie. Zapomniana. Jej życie było niczym z perspektywy wieczności.

            A co Ty byś zrobił, gdyby okazało się, że osoba, która jest spełnieniem Twoich marzeń, umiera?
Może lepiej nie stawiaj się w tej sytuacji. Po porostu żyj z całych sił i kochaj, jakby jutra miało nie być, nawet jeśli ten wybuch uczuć, kiedy masz motyle w brzuchu, przeminął. O marzenia trzeba walczyć, bo one stawiają przed nami perspektywę lepszego jutra. Musisz pamiętać o tym, że nigdy niewiadomo, kiedy wszystko się skończy. Bierz garściami, co daje Ci los i nigdy nie odrzucaj ludzi, bo następnego razu może już nie być.

„Miłość jest pierwszą wśród rzeczy nieśmiertelnych.”
Dante Alighieri